poniedziałek, 13 czerwca 2016

Opowiadanko #5

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że spało mi się cudownie, a ze snu zbudziły mnie promienie wschodzącego słońca i świergot ptaków. Na „szczęście” nie była to nasza woźna, która miała w zwyczaju wparowywać do pokoju i uderzać chochlą o garnek.
Tym razem była to Vellena, która wcześniej specjalnie nastawiła swój stary budzik, by równo o czwartej rano usiąść swobodnie na moim brzuchu.
- Ała! – wrzasnęłam. – Vella, co ty tu w ogóle robisz… złaź ze mnie!
Usiłowałam ją odepchnąć, jednak moja współlokatorka była nieugięta.
- Ciszej trochę, jeszcze jest cisza nocna… a tak w ogóle, to czeka cię dziś poważna wyprawa, śpiochu.
Nagle mnie zamurowało. „O kurde, to dziś!!!” – w mojej głowie pojawiło się milion wykrzykników. Myślę, że domyślacie się mojej reakcji po zdaniu sobie sprawy z tego, że tego dnia miałam wreszcie miałam odzyskać skradzioną dziesięć dni wcześniej… magiczną roślinkę.
*
Na śniadaniu było cicho jak makiem zasiał. Zlustrowałam wzrokiem skład drużyny, z którą miałam wyruszyć. Zapowiadało się, hmm, ciekawie.
Naprzeciwko mnie, najbliżej końca ławy, siedział Bogdasz. O rok starszy ode mnie Vinerczyk o żółtych włosach, które zawsze zdawały się być przetłuszczone. Zazwyczaj na jego twarzy gościł chytry uśmieszek, tym razem jednak zastąpił go kwaśny grymas.
Obok niego siedziała Allija – tyczkowata półelfka, której fizjonomia wskazywała na siedemnaście lat, jednak nikt tak nie wiedział, ile ich w rzeczywistości miała. Nawet o piątej rano jej kasztanowe włosy wydawały się być idealne, a skóra wprost nieskazitelna.
Jej widok tylko wprawiał mnie w niepotrzebną wściekłość, więc mój wzrok padł na Irlena. Był on ponoć dalekim kuzynem Alliji, jednak w przeciwieństwie do jego kuzyneczki miał nieco mniej elfiej krwi, a poza tym całkiem go lubiłam. Akurat był zajęty pochłanianiem swojej kanapki z dżemem, którym już zdążył ufajdać sobie koszulę.
Na następny (i zarazem ostatni) ogień poszła Brinette. Mała, blada i chuda, a do tego ruda paskuda, która jak każdy szanujący się lizus, miła była tylko w stosunku do wychowawców, natomiast rówieśnikom żałowała każdej, nawet najmniejszej wskazówki czy notatki.
Nie no, po prostu cudowny skład. Oto, mili państwo, piątka (włączając mnie, rzecz jasna) adeptów magii, która miała odzyskać jedną z najcenniejszych roślin na kontynencie.
*
- Dlaczego ja musiałam dać się uderzyć w głowę, dlaczego? – mamrotałam pod nosem, gdy opuszczaliśmy mury szkoły. Była wówczas godzina, o której normalnie uczniowie rozpoczynali swój dzień.
Przed wyjazdem spotkałam się tylko na parę minut z profesorem Błazenką. Nadal usiłował mnie przekonać, że to nie moja wina, a ja usiłowałam grzecznie potakiwać głową. Mój nauczyciel usiłował mi (również bezskutecznie) wmówić, że moi towarzysze to całkiem dobre dzieciaki, a do tego świetnie zapowiadający się magowie. Taaa, jasne. Może z wyjątkiem tej wredoty Brinette, reszta mieściła się w zakresie przeciętności. W tym ja.
- Jak tak bardzo ci się nie podoba, to było nie dawać się byle złodziejaszkowi, Vressin. – wysyczał Bogdasz, podjeżdżając do mnie na swoim siwku.
- Przepraszam, ktoś cię prosił o głos w tej sprawie? – odparłam oschle.
- Nie udawaj niewiniątka, Vressin. To przez ciebie jesteśmy skazani na tułaczkę po górach, nie wiemy nawet, dokąd on zwiał. Co to za czarownica, która tak łatwo daje się zrobić w konia?
Bogdasz, oprócz swojego chytrego uśmieszku, słynął również z tego, że kilkoma z pozoru prostymi zdaniami był w stanie wyprowadzić kogoś z równowagi w mniej niż dwie minuty.
Ta sytuacja należała do jednej z nich.
- Kpisz sobie ze mnie, Karyner? – spiorunowałam go wzrokiem. (W tamtej chwili najbardziej żałowałam tego, że nie umiałam strzelać błyskawicami z oczu jak nasza nauczycielka zielarstwa, pani Annyszka, kiedy była na nas wkurzona. Ale to szczegół.)
Jeden wkurzający uśmieszek stał się kroplą, która przepełniła czarę.
- Odszczekasz to wszystko, kiedy wygram wyścig. Stąd do tamtej sosny.
Nie czekałam na odpowiedź. Od razu popędziliśmy swoje wierzchowce w dół stoku. Z tyłu dało się jeszcze słyszeć wołanie Irlena żebyśmy się zatrzymali, bo to tylko nam szkodzi. Być może miał on rację, jednak w tej chwili w moich ustach czułam smak słodkiej zemsty i nie chciałam go stracić.

* * *
 Tak! Wreszcie udało mi się napisać kolejny przykład mojej tfurczości na Kreatywne Spojrzenie! Tym razem postanowiłam napisać kontynuację opowiadanka zamieszczonego na blogu w kwietniu. Hasła na ten miesiąc to: sen, dżem oraz czarownica.
Pragnę również podziękować za komentarze pod ostatnim tekstem, zarówno za te pochlebiające, jak i zawierające konstruktywną krytykę. Są one dla mnie bardzo ważne:) 

Pozdrawiam 

horsefan

wtorek, 7 czerwca 2016

Czy naprawdę warto czytać książki?

Wiecie co, ostatnio naszła mnie taka refleksja, dotycząca - jak widać w tytule - czytelnictwa.

A konkretniej rzecz ujmując: współczesnego czytelnictwa. I nie chodzi mi tu o to, że za mało ludzi w Polsce czyta książki, bo za chwilę może wyjść na to, że ci, którzy w ogóle nie czytają, mają rację.
Jakiś czas temu przejrzałam tzw. BookTube'a, czyli kanały na YouTube prowadzone przez vlogerów opowiadających o książkach. Niby fajnie, ale po jakimś czasie zaczęłam sobie myśleć: czy czytanie książek w jakikolwiek sposób sprawiło, że ci ludzie stali się mądrzejsi? Mam wrażenie, że nic w ich zachowaniu  na to nie wskazuje...
Niedawno postanowiłam przejrzeć moją półkę na książki i zdałam sobie sprawę z tego, że królują na niej młodzieżówki. Większość z nich przeczytałam, jednak czy przez to stałam się mądrzejszą, inteligentniejszą, lepszą osobą? Czy w jakikolwiek sposób powiększył się mój zasób słownictwa?
I znów przed oczami stanęło mi wielkie, nabazgrolone tłustymi literami, kategoryczne: NIE.

Człowiek, który nie czy­ta dob­rych książek, w niczym nie jest lep­szy od te­go, który w ogóle nie umie czytać.
 ~ Mark Twain


 Może teraz ktoś tu wyskoczy do mnie z tekstem: No horsefan, ale przecież ludzie czytają książki nie tylko po to, by się uczyć. Robią to na przykład dla relaksu, by na chwilę odciąć się od szarej rzeczywistości... 
Okej, okej. Ja te powody rozumiem, bo sama również czytam, by na chwilę odpocząć. Chodzi mi o tylko o to, w jakim stopniu to, co czytamy, nas rozwija?
Z tego powodu postanowiłam nieco częściej sięgać po lektury z wyższej półki, gdyż jak to pięknie ujął wspomniany już Mark Twain:
 Kla­syka, to to, co wszys­cy chcieli­by przeczy­tać i cze­go nikt nie czyta.
                                                                      

 Czy w swoim postanowieniu wytrwam, tego nie wiem, mogę jednak być dumna z tego, że (wreszcie!) wzięłam się za Dumę i uprzedzenie. Naprawdę nie wiecie, jak się cieszę! Niedawno skończyłam czytać to zacne dzieło i jestem jestem pod wrażeniem. Być może niewiele Wam to mówi o ogólnym zarysie fabuły i innych szczegółach, ale co do jednego jestem pewna - książkę gorąco polecam:)
W ramach tego przedsięwzięcia zamierzam również przeczytać nie tylko z ogólnie pojętej klasyki, lecz po prostu  kilka innych nieco bardziej sensownych pozycji. Trzymajcie za mnie kciuki:)

A Wy? Przeczytaliście już coś ostatnio bardziej ambitnego? 

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 25 maja 2016

horsefan na pięknej Wileńszczyźnie w XVII wieku, czyli o powieści "Silva rerum" słów kilka

Wiecie, co najbardziej uwielbiam w podróżach?
Kiedy mogę zabrać ze sobą książkę, której akcja dzieje się w miejscu, do którego się udaję. Jak na razie zrobiłam tak tylko jeden raz, ale wiem, że nie będzie to ostatni.

No, bo wyobraź sobie, że chodzisz tymi samymi ulicami, co bohaterowie. Oddychasz tym samym powietrzem, co oni. Kto wie, może nawet znajdujesz dom, w którym mogliby mieszkać, gdyby ich historia wydarzyłaby się naprawdę...
Tak właśnie się czułam, czytając książkę litewskiej autorki Kristiny Sabaliauskaitė, zatytułowaną Silva rerum.

Źródło: WeHeartIt
A tak na marginesie, zetknęliście się kiedyś z literaturą litewską? Ostatnio naszła mnie taka refleksja, że w sumie, to dużo u nas literatury amerykańskiej, brytyjskiej, skandynawskiej, są jakieś niedobitki z Francji, Włoch czy Niemiec, ale tak po za tym to klapa. (Chodzi mi oczywiście o takie książki, które zdobywają jakąś tam większą popularność, a nie przechodzą bez echa.)
Nie przypominam sobie, w jaki sposób dowiedziałam się o istnieniu Silvy..., ale pamiętam, że miało to miejsce gdzieś tak w listopadzie zeszłego roku (uwierzycie, że dwa miesiące wcześniej autorka była w Gdańsku i ja nic o tym nie wiedziałam? No co za ironia losu...). Od razu przyciągnął mnie łaciński tytuł oraz okładka - praktycznie biała, z barokowymi rzeźbami o dziwnych wyrazach twarzy. Pomyślałam sobie, że w sumie mogłabym to przeczytać i na szkolne mikołajki poprosiłam mojego Mikołaja - bo u nas w szkole się losuje, kto ci prezent kupi - o właśnie tę książkę. Mój Mikołaj, a właściwie Panna M., z którą od roku dzieliłam szkolną szafkę, wywiązał się z zadania, po czym spytał, czy pożyczyć by nie mógł, bo w sumie opis z tyłu taki interesujący...
Opis, fakt faktem - interesujący. Ale faktem jest również to, że lektura musiała sobie trochę poleżeć na półce, tak gdzieś do końcówki kwietna, bo wtedy właśnie udałam się razem z Panią Matką na Wileńszczyznę...


Kurczę, ja tu się rozpisuję na temat mojego szarego życia, a w ogóle nie napisałam, o czym to zacne dzieło w ogóle jest!

"Silva rerum" opowiada o rodzinie Narwojszów. Powieść rozpoczyna się w 1659 roku na Wileńszczyźnie, niemalże sto lat po podpisaniu Unii Lubelskiej, proklamującej Rzeczypospolitą Obojga Narodów. Wilno podnosi się ze strasznego kataklizmu po najeździe Kozaków. Wbrew oczekiwaniom jednak Silva rerum nie jest książką, w której wydarzenia i postaci historyczne odgrywają pierwszoplanową rolę. Historia to tylko tło dla przedstawienia losów rodziny Narwojszów ze Żmudzi. Rolę głowy rodu pełni Jan Maciej, szlachcic, erudyta, z zamiłowania przyrodnik. Jego żoną i matką ich dwojga dzieci – Urszuli i Kazimierza – jest Elżbieta. Urszula postanawia pójść do klasztoru i oddać się Bogu, Kazimierz natomiast poszukuje swojego miejsca na świecie poprzez przygodę z wolnomyślicielami, aż po decyzję o zostaniu prawnikiem. Istotną rolę w książce odgrywa również Jan Kirdej  Biront – szlachcic cudem ocalały z kozackiego pogromu…
(To fragment szkolnego wypracowania, możecie całą recenzję znaleźć na tym blogu.)

Opis w sumie nie do końca typowy jak na współczesną powieść historyczną, co nie? Pozycja, przez to, że nawiązuje do czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, najpierw wywołała na Litwie kontrowersje, by za chwilę stać się bestsellerem i Książką Roku 2009. Za powieść autorka otrzymała nawet najwyższą literacką nagrodę za obraz Wilna w literaturze - świętego Krzysztofa.
Znalazłam nawet w internecie artykuł, którego autor pisze, że ta książka właściwie to nie miała prawa stać się bestsellerem - przecież ona ma łaciński tytuł, to powieść historyczna, tekst składa się z bardzo długich zdań (serio, najdłuższe z nich ma ponad 2,5 strony!), do tego dochodzi brak dialogów...
Co zatem jest w niej tak niezwykłego, że stało się to, co opisałam?
Z pewnością wiele czynników miało na to wpływ. Ja, osobiście, muszę przyznać, że ostatni raz, kiedy postaci stanęły mi jak żywe przed oczami miałam czytając rodzimą wiedźmińską sagę. Autorka bardzo dba  nie tylko o szczegóły związane z realiami, w których osadziła swoje dzieło, ale również z kreacją postaci. Do tego dochodzi jej styl pisania, czyli już wcześniej wspomniane długie zdania pełne archaizmów, które jednak - nie tak, jak było u mnie na przykład z Sienkiewiczowskim Potopem - nie zniechęciły mnie do lektury, właściwie to one ciągle zmuszały mnie, żebym jeszcze trochę sobie posiedziała i poczytała sobie dalej... a brak dialogów? Szczerze mówiąc, trochę mi zajęło przywyknięcie do tego i z początku sądziłam, że jest to swego rodzaju stylizacja, mająca naśladować powieść barokową, jednak sama autorka tłumaczy to w zupełnie inny sposób:
Kwestie językowe to jeden z powodów, dla których w moich książkach nie ma dialogów. Piszę po litewsku, a nie chciałam imitować ani tłumaczyć na litewski starowileńskiej polszczyzny. Moi bohaterowie są więc "niemym chórem", co zbliża te powieści do poetyki historii rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie w opowieściach prowadzonych w trzeciej osobie, czyli bez dialogów. (klik!)
 Barwne postaci, wiedza, jaką prezentuje autorka i język to jednak nie wszystko, co - również moim skromnym zdaniem - czyni ten skrawek literatury niezwykłym. Kristina Sabaliauskaitė sprawiła bowiem, że historia lokalna mogłaby wydarzyć się tak naprawdę wszędzie, gdyż pojawia się tutaj odwieczny wątek balansowania pomiędzy życiem a śmiercią, świętością a grzechem, pięknem a brzydotą. Wbrew pozorom, przesłanie tej historii jest dosyć proste, o czym już wspominałam w poprzedniej recenzji: w jakiejkolwiek pożodze byś nie był, przed jakąkolwiek wojną byś nie uciekał, wyboru jednej z tych wartości musisz dokonać sam i pozostaniesz za nią odpowiedzialny, tak względem siebie, jak i względem innych. 

Tak na koniec muszę również powiedzieć, że przed wyjazdem na Litwę dużo nasłuchałam się o dwóch rzeczach: o popularności i szacunku, jakim darzy się tam Kristinę Sabaliauskaitė oraz o, delikatnie rzecz ujmując, niechęci Litwinów wobec Polaków. Na miejscu przekonałam się jednak, że owa niechęć jest znacznie mniejsza, niż słyszałam w ojczyźnie i później udało mi się przeczytać w internetach, że taką zmianę zauważyła również sama autorka Silvy rerum:
Od powstania styczniowego polityka Rosji carskiej opierała się na zasadzie "divide et impera", czyli świadomego nastawiania Polaków i Litwinów przeciwko sobie. Za czasów sowieckich ta polityka była kontynuowana, a jej ślady można znaleźć do dziś dnia w litewskich podręcznikach do historii. Ale to się zmienia. Powody do optymizmu daje działalność naukowa, jest więcej wspólnych konferencji, projektów i badań, co daje szansę porozumienia w spojrzeniu na wspólną historię. Ten pewnego rodzaju litewski brak szacunku dla historii, wypieranie faktów, zmienia się na naszych oczach.
Obserwuję to w reakcjach na moje książki. Opisuję epokę, która w masowej świadomości Litwinów ma bardzo negatywne konotacje - w sowieckich szkołach uczono, że to było 300 lat upadku, podczas których spolonizowana szlachta przepiła państwo. Ja opisuję szlachtę pozytywnie, a jednak Litwini przyjęli i polubili moje historie. (klik!)
 *


 A tak w ogóle, to jako ciekawostkę mogę Wam podać, że wszystkie okładki z całej trylogii Silva rerum to zdjęcia fragmentów zdobień w kościele św. Piotra i Pawła w Wilnie, który sama miałam przyjemność zobaczyć. Powyżej macie ten fragment z okładki, który udało mi się znaleźć:) 

A poniżej zamieszczam dwa naprawdę interesujące wywiady z autorką:




Pozdrawiam 

horsefan

czwartek, 19 maja 2016

Powrót do świata żywych

Witojcie po... nieco dłuższej przerwie.

Dużo działo się ostatnimi czasy w życiu horsefana. Oj, dużo. Po pierwsze - horsefan udał się na majówkę na piękną Wileńszczyznę. Dobrze się bawił, najadł cepelinów (litewskich pierogów tudzież kluch z mięsem), pozwiedzał, choć żałuje, że nie został tam na dłużej. Więcej o tym horsefan zamierza napisać już wkrótce, ale jak na razie ma pewien zgrzyt w kalendarzu.
Dlaczego?
I tutaj pojawia się już drugi punkt horsefanowskiej wypowiedzi. Otóż, wyobraźcie sobie, mili państwo, że horsefana czekała tak sobie zwana akcja sprawdzająca, czyli byt ponoć służący sprawdzeniu postępu uczniów w nauce, a w rzeczywistości rozwaleniu im ocen. Po co robić test z historii, biologii i geografii z zakresu dwóch lat? Tego horsefan nigdy nie zrozumie.

Uff, ale już jest, nasza blogerka wróciła ze świata umarłych i nie zamierza tam (jak na razie) więcej wracać.

A żeby to zamanifestować, zamierza się z Wami w dokładnie tej chwili podzielić swoimi ostatnimi przeżyciami, przemyśleniami, ble, ble, ble... no, wiecie, o co chodzi.

(I przy okazji horsefan pozwoli sobie teraz na przejście do narracji pierwszoosobowej, okej?:))


Długo się zabierałam do napisania recenzji tej książki. Tak długo, że w końcu wyszło, że zapomniałam o wszystkich najważniejszych faktach, o których chciałam wspomnieć, a ja - jak to ja - wcześniej sobie ich nie zapisałam...
Mogę tylko powiedzieć, że osoby, którym do gustu przypadła pierwsza część, na pewno się nie zawiodą. Wartka akcja, różnobarwni bohaterowie, a do tego totalnie niespodziewane zakończenie... to było coś!

Źródło
Na Panią Noc czekałam rok. Nie, ponad rok, bo pierwsze zapowiedzi pojawiły się jeszcze w 2014 roku.
Pewnie więc zrozumiecie moją radość, kiedy dowiedziałam się, że pod koniec marca br (czyli niemal tuż po amerykańskiej premierze) książka trafi do księgarni. Od razu ruszyłam patrolować Empiki, a właściwie, to dzień po premierze... i szok. 1) Półki były już przeczesane przez fanki, 2) nie spodziewałam się, że to taka cegła! Kurczę, to chyba jest grubsze od Miasta Niebiańskiego Ognia!
Wkrótce później wzięłam się za lekturę. Muszę przyznać - spodziewałam się czegoś gorszego. Od wcześniej wspomnianego 6 tomu Darów Anioła myślałam, że pani Clare schodzi na psy. A tutaj takie miłe zaskoczenie... Podobało mi się to, że autorka odeszła od "tradycyjnego" schematu ona - szara myszka/on - bóg, co było bardzo wyraźnie - moim skromnym zdaniem - w Diabelskich Maszynach. Emma - dziewczyna odważna acz trochę lekkomyślna oraz Jules - wrażliwy, opiekuńczy artysta:) Co prawda, to już żaden sekret, kto tutaj jest z kim, ponieważ na długo przed premierą fani (w tym ja) robili sobie o to zakłady w internetach i nie tylko.
Jest jeszcze coś, co mi przyszło na myśli i tutaj zwracam się z pytaniem do Was - zdarzyło się Wam kiedyś, żeby Wasz umysł i umysł Waszego ulubionego autora się "zsynchronizowały"?
Mnie Emma dziwnie przypominała (i nadal przypomina) moją własną bohaterkę ze świata Nocnych Łowców - Marię, o której napisałam w tym poście. I nie chodzi mi tylko o charakter, ale również o wygląd, a dokładniej rzecz ujmując, to o kolor włosów. A poza tym - oczy Maryśki i Juliana są takie same (czyli zielononiebieskie)! Pragnę podkreślić, że Marię wymyśliłam dosłownie na parę miesięcy przez oficjalną zapowiedzą pierwszego tomu Mrocznych Intryg. No błagam... chyba jakąś teorię spiskową muszę wymyślić...

Źródło
Okej, horsefan, przepraszamy Cię, ale co to jest?
Wyobraźcie sobie, że moja pierwsza myśl była taka sama, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam okładkę. Co to za tytuł? I czemu autorka ma takie dziwne, obco brzmiące nazwisko?
Teraz wyobraźcie sobie, że ta książka miała na Litwie bodajże już 15 wznowień (!), a pierwsze wydanie  trzeciego tomu trylogii wyprzedało się w trzy dni.
Jak to możliwe, że książka o łacińskim tytule, opowiadająca o losach szlacheckiej rodziny z XVII wieku, a do tego pozbawiona dialogów stała się bestsellerem? Cóż, na to pytanie postaram się szerzej odpowiedzieć w nadchodzącej (mam taką nadzieję) recenzji. Na chwilę obecną mogę Wam powiedzieć, że autorka ogromną wagę przywiązuje do języka i do realiów, w jakich toczy się jej powieść. Historia w tej książce to tylko tło dla ukazania ludzkich dramatów z jakimi muszą się stykać bohaterowie i to jest to, co najbardziej mnie w tej książce urzekło.
A sama autorka - Kristina Sabaliauskaitė - z wykształcenia jest historykiem sztuki i obecnie mieszka w Londynie.
All I want for Christmas is you: 

Źródło


Źródło
 Dlaczego akcje musiały nadejść akurat wtedy, kiedy Ciebie czytałam, słoneczko? Dlaczego, och, dlaczego?!
Postanowiłam, że drugi tom Roku Szczura przeleży sobie nieco krócej niż pewne książki, które są na niej od dwóch lat i zaczęłam czytać... i czytać... i czytać...
...i doszłam do jednego prostego wniosku: Ryska już nie jest szmatą, którą wszyscy mogą sobie pomiatać, oj nie.  Co prawda, nadal jest głupiutka i naiwna, ale tak jakby mniej.
Melduję, że mój ukochany mąż wylosowany w Wedding Book Tag, czyli Szanowny Pan Alk Haskil nadal jest wredny jak zawsze. Ale cóż... ja też, jak zechcę, potrafię pluć jadem na prawo i lewo (choć pewnie znajdą się osoby temu zaprzeczające), więc z Alkiem bylibyśmy całkiem udanym małżeństwem, czyli takim, które nie znosi 99,99% populacji.
A tak nieco z innej beczki: słyszeliście już, że wydawnictwo Papierowy Księżyc zamierza wznowić pierwszą powieść Olgi Gromyko Zawód: Wiedźma? Okładka już się znalazła w sieci, ale daty premiery jeszcze nie ma...
Źródło
I co o niej myślicie? Słyszałam już głosy, że cukierkowa trochę...

A teraz, kochani, czas na muzykę
W przybliżeniu, to na jeden kawałek, którego słucham już od paru miesięcy. 
Nadal mi się nie znudził i nic nie wskazuje na to, by miało to miejsce w najbliższej przyszłości. 


To wideo powyżej, to nie jest to, którego szukałam, ale piosenka się zgadza. 
Link do tego-które-wstawić-chciałam-ale-nie-mogłam:  

I takim oto muzycznym akcentem kończę dzisiejszego posta:) 

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 27 kwietnia 2016

Opowiadanko #4

„Ten śledź w kapturze pana Błazenki to był zły pomysł. Bardzo, bardzo zły” – powtarzałam sobie w myślach, idąc na wieczorną wartę na zewnątrz, dokładniej to w kierunku smoczej jaskini.
Co ja w  ogóle myślałam, kiedy przyszło mi to do głowy? A może należałoby myśleć nie co, ale czy w ogóle miałam cokolwiek sensownego w mózgu?
Hm, chyba wychodzi jednak na to, że nie. Trudno, jak to mówiła babcia Esterka. Każdy okres w życiu człowieka (lub wiedźmy, w moim przypadku) rządzi się swoimi prawami. Okres dojrzewania również.
Z resztą, co ja mam się martwić? To nie mój pierwszy raz na warcie. Z Geraltem (tak, wiem – nazwaliśmy smoka na cześć tego legendarnego wiedźmina. Super, co?) jesteśmy za pan brat. W sumie, to mogłam trafić gorzej. Mogłam skończyć jak Bogdasz z trzeciej klasy, który za zaczarowanie kosiarki musiał czyścić toaletę. Bez użycia magii i żadnych narzędzi. I do tego gołymi rękoma. Brrr.
Kiedy wyszłam na zewnątrz, była już dziesiąta wieczór. Smocza jaskinia znajdowała się na samym wejściu do ogrodów. Geralt musiał ich strzec co noc, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy jakiś złodziej by się włamał w celu kradzieży cennych roślin. Pojawienie się ucznia miałoby pozwolić mu na chwilę odpocząć, ponieważ w trakcie dnia również bywał zajęty. (Biedak służył jako królik doświadczalny dla uczniów, którzy za swoją specjalizację wybrali smokologię.)
- Co tam? – odezwałam się do gada, który akurat raczył wychylić łeb na zewnątrz swojej kryjówki.
- Oho, i kogo ja tu widzę! – uradował się smok. – Panienka Żywienka… który to już raz w tym miesiącu? Trzeci?
- Czwarty – przyznałam niechętnie. – Zapomniałeś już, jak przez przypadek podpaliłam gobelin na ścianie moją kulą ognia?
- To na lekcji kontroli żywiołów, jeśli się nie mylę? – Geralt uniósł lekko swoją „brew”.
Potaknęłam głową.
- No, to w takim razie czeka cię długa noc. – ziewnął głośno, co w jego smoczym przypadku wyglądało naprawdę spektakularnie. – Dobranoc, panienko Żywienko.
W chwili, kiedy usłyszałam pierwsze chrapnięcie Geralta, zaczęłam rozstawiać cały mój majdan, począwszy od ulubionego kocyka, a skończywszy na moich notatkach i czajniku z herbatą. Za parę dni miałam przystąpić do ważnego egzaminu, więc wolałam się teraz pouczyć, niż nic nie robić. 


Źródło

Kiedy akurat przeglądałam podręcznik od magii praktycznej, usłyszałam dziwny szmer. Z początku miałam trudności z określeniem, skąd pochodził, ponieważ wcześniej wypiłam własnoręcznie przyrządzony eliksir na wyczulenie zmysłów. Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że ktoś (lub coś) może się zbliżać od strony szkoły. Może to był któryś z nauczycieli? Z doświadczenia wiedziałam, że o każdej porze dnia i nocy można było tu spotkać któregoś z alchemików.
„…a co jeśli to nie alchemik?” – moja intuicja, jak zwykle, odezwała się w najmniej oczekiwanym momencie.
Postanowiłam jej posłuchać, więc na wszelki wypadek przygotowałam sobie moją laskę magiczną do obrony.  
Przez jakiś czas nic się nie działo. Nadal się uczyłam, a Geralt smacznie sobie spał, mieniąc się w blasku księżyca.
„Może to tylko mi się wydawało?” – pomyślałam. – „Skoro smok niczego nie usłyszał… a przecież smoki mają bardzo dobry słuch…”
Niespodziewanie poczułam, jak coś unosi mnie do góry. Nim się obejrzałam, leżałam pod ścianą jaskini. Bolały mnie głównie plecy i kark, tak mocno, że przez chwilę się bałam, że jakaś kość się we mnie złamała. Gdy jednak wstałam, zrozumiałam, że jeszcze jestem w jednym, solidnym kawałku.
Następnie przyjrzałam się okolicy. Już pomijam to, że moje notatki i podręczniki totalnie się rozleciały, a herbata wylała się na trawę. W okolicy dało się czuć czyjąś obecność, ale nie mogłam dokładnie określić, gdzie ów delikwent się znajdował. Dziwne... zanim zostałam rzucona o ścianę, niczego takiego nie czułam.
- Geralt – syknęłam do smoka. – Geralt! Wstawaj! Alarm!
By go jeszcze bardziej rozbudzić, pociągnęłam za jego nozdrza, wiedząc, jak bardzo tego nie znosił.
Nic. Zero reakcji.
W tamtej chwili wyczułam pewien dziwny zapach unoszący się wokół smoka. Wysiliłam swoje szare komórki i doszłam do wniosku, że to środek nasenny.
„Oczywiście, głupia babo.” – skarciłam się. – „Przecież on choruje na bezsenność, zapomniałaś?”
A więc z tajemniczym Ktosiem musiałam poradzić sobie sama.
Długo czekać nie musiałam. Od razu coś przemknęło mi przed nosem z dużą prędkością, wysyłając do tego atak. Wcześniej zdołałam obudować wokół siebie magiczną tarczę, więc bez trudu się obroniłam.
Skup  się… on tu gdzieś na pewno jest…
…on tu gdzieś…
…na pewno…
- Au! – wrzasnęłam. Ból głowy zaczął się rozpływać po całym ciele. Obraz przed oczami zaczął się zamazywać.
- Nie… uda ci… się – wymamrotałam, a potem wszystko stało się czarne. 

*

- …myśli pan, że wyzdrowieje?
- Powinna. Jest wystarczająco silna.
- …a może jednak umarła?
- Bogdasz! Przestań pleść głupstwa!
- Co… co się stało? – wymamrotałam tak niewyraźnie, że ledwie poznałam własny głos. Światło lampy okropnie raziło mnie w oczy.
- Żyje! – rozpoznałam głos mojej współlokatorki,Velleny. - Widzisz, Bogdasz, wygrałam zakład! Dawaj moje 50 renów!
- Panno Allderburn, proszę o ciszę.
To był pan Błazenka, ten sam, któremu wsadziłam śledzia do kaptura od szaty. Siedział na krześle po prawej… mojego łóżka.
Chwila, jak ja tu się znalazłam?! Zaczęłam się gorączkowo rozglądać po sali…
…szpital. Trafiłam do szkolnego szpitala. Po prostu bomba.
- Wyjdźcie. Muszę uzgodnić pewną sprawę z panną Vressin.
Wśród tłumu uczniów dało się słyszeć pomruki niezadowolenia. Kilka sekund później w pomieszczeniu byłam tylko ja i mój brodaty nauczyciel od nauk przyrodniczych.
- Ktoś włamał się do ogrodów… i zerwał jeden z naszych najcenniejszych kwiatów. Ta roślina kwitnie raz na dziesięć lat, dlatego jest taka cenna…
- I co? Zawaliłam?
- Drogie dziecko – pan Błazenka popatrzył mi głęboko w oczy. – To nie jest kwestia tego, czy zawaliłaś czy nie zawaliłaś, to nie twoja wina, wiemy, że Geralt zasnął i nie mógł ci pomóc.
- O co w takim razie chodzi?
- O to, że ktoś teraz musi odzyskać ten kwiat. Razem z radą pedagogiczną stwierdziliśmy, że najlepiej będzie, jeśli na poszukiwanie wyruszy piątka naszych najbardziej uzdolnionych i doświadczonych uczniów…
Przełknęłam ślinę. Zdecydowanie nie podobało mi się to, co mówił mój wykładowca.
- …i pierwszą wybraną osobą do tej drużyny jesteś ty.

* * *

 No, czas na kolejne opowiadanie na Kreatywne Spojrzenie! 
Tym razem moją inspiracją była seria o wiedźmie Wolsze Rednej autorstwa jakże często wspominanej Olgi Gromyko oraz po części była to również  nasza rodzima wiedźmińska saga. 
Mam nadzieję, że kolejne pseudodzieło mojego autorstwa przypadnie Wam do gustu. Tym razem udało mi się nawet znaleźć do niej jakąś ilustrację (jej autorem jest hiszpański artysta Luis Royo).
Aha, i nie pytajcie mnie, skąd wziął się u mnie pomysł na tak dziwne nazwisko dla bohaterki jak Żywia* Vressin. Po prostu miałam taki pomysł i już:P

* najprawdopodobniej imię słowiańskiego bóstwa życia. 

Pozdrawiam 

horsefan

PS Już jakiś czas temu ruszył u mnie pewien szkolny projekt, a mianowicie jest to blog krytycznoliteracki, na który ja i moje koleżanki z fakultetu wstawiamy nasze recenzje książek. 
Link: http://makulaturab.blogspot.com/

wtorek, 19 kwietnia 2016

Najpiękniejszy dzień w życiu horsefana, czyli Wedding Book Tag

Hej... Ludziki
(W sumie Olsikowa tak nazywa swoich widzów, więc czemu horsefan ma tak nie nazywać swoich czytelników?)

Już jakiś czas temu podpatrzyłam u Tutti tzw. Wedding Book Tag (nie wiem, kto dokładnie to zapoczątkował, więc nie pytajcie się mnie). Niedługo później moja koleżanka, zarówno w blogosferze i w prawdziwym życiu, Pola, zrobiła go również u siebie.
A teraz, drodzy widzowie, nadszedł czas na horsefana!

Hm, chyba jest jakaś nadzieja na to, że za trzydzieści lat nie będę wyglądać w ten sposób:

Źródło
...i nie będę musiała zamieszkać na jakimś pustkowiu na Kaukazie i dziergać swetry. Ewentualnie zajmować się uprawą arbuzów. Oh yes.

UWAGA
Niniejszy materiał, który znajduje się poniżej, może zawierać pewne spoilery. 
Czytasz na własną odpowiedzialność. 

A teraz... losowanie czas zacząć!

1. Osoba, która pomoże Ci wybrać suknię ślubną (kobieta) 

Okej. Wylosowałam Gwendolyn Shepherd z Trylogii Czasu. Gwen jest podróżniczką w czasie, więc pewnie ma szafę pełną strojów z różnych epok. Gdybym tak pokazała się w kiecce w stylu rokoko... cóż, pewnie bym zemdlała z gorąca i z samego faktu, że mam na sobie gorset, ale wyglądałabym fenomenalnie. A poza tym mój pan młody miałby szansę się wykazać. 
Nie jest tak źle.

2. Osoba, która urządzi Twój wieczór panieński (kobieta)  

Łohoho! Zaczyna się robić interesująco. 
Wylosowałam Małgorzatę z Mistrza i Małgorzaty.
Kurczę. 
Co my będziemy robić? 
Ha! Już wiem! Wieczór z literaturą klasyczną! Będziemy czytać! Deklamować wiersze! 
I napiszemy własne, niepowtarzalne opowiadanie! 
*badabum tsss*

3. Osoba podprowadzająca Cię do ołtarza (mężczyzna) 

Nie. Nie. Nie. 
To nie może być to. 
Sage z Trylogii Władzy. 
Dlaczego?! Sage, miałeś być moim mężem, a nie odprowadzać mnie przed jego oblicze!
Nie... nie chcę dalej... 

4. Ksiądz (mężczyzna) 

Alec Lightwood z Darów Anioła. 
Alec, wierzę w Ciebie! Dasz radę! 
Magnus też w Ciebie wierzy, siedzi i patrzy w pierwszej ławce! 

5. Szczęściara, czyli ta, która złapie welon (kobieta) 

Hm. Hm. Hm. 
Triss Merigold? Ty tutaj?  
W sumie to... cóż za niespodzianka! A więc - bierz kochana! 
I przestań wreszcie podkradać Geralta Yennefer, okej? 
No. Widzę, że doszłyśmy do porozumienia. 

6. Osoba, która wygłosi przemówienie (mężczyzna)

Panie i Panowie! 
Półbogowie i Śmiertelnicy! 
Oto dla państwa wystąpi: 
Percy Jackson! 
Nie no, chłopie, gratuluję ci z całego serca, naprawdę.
Co prawda, nie przypominam sobie, żebyś był dobrym mówcą, ale niech już będzie. 

7. Osoba, która zajmie się muzyką (mężczyzna) 

Nie no... wylosowałam nieboszczyka. 
Przed państwem kolejna postać z Mistrza i Małgorzaty - Michał Aleksandrowicz Berlioz! 
Cóż, drogi Michale Aleksandrowiczu, nie wiem, czy podołasz temu zadaniu, ponieważ: 
a) jesteś, no, tak jakby... trupem. Tak na marginesie... bolało, kiedy urywało ci głowę? 
b) ty chyba jesteś bardziej typem poety niż muzyka, mam rację? 
Mimo to, wierzę, że podołasz temu trudnemu zadaniu. 
Liczę na pana, panie Berlioz. 

8. Król parkietu (mężczyzna) 

Kto nie czytał piątej części cyklu Baśniobór, nie ma prawa wiedzieć, kim jest Paprot. 
A kto czytał, ten wie. 
Cóż, Paprot w roli Króla Parkietu zapowiada się całkiem ciekawie... 

9. Osoba, która wypije za dużo i wyląduje pijana pod stołem (mężczyzna) 

Mistrz Dannyl z Trylogii Czarnego Maga. Z czego, co wiem, to Mistrz Dannyl cenił sobie dobre alkohole, ale żeby od razu lądować pijany pod stołem... 
...cóż - wszystko jest możliwe. 

10. Mąż (mężczyzna) 

Wow! 
Mili państwo, oficjalnie mogę ogłosić, że moim mężem zostaje...
...szczur. 
Ale za to nie byle jaki szczur. To bogaty szczur. 
A w dodatku to szczurem on tak naprawdę nie jest. Tylko został nim... na czas nieokreślony, powiedzmy. 
A jest nim: Alk Haskil z trylogii Rok Szczura autorstwa Białorusinki Olgi Gromyko! 
Będziemy mieli mieli piękne stadko malutkich szczurzątek, a kiedy ich tata wreszcie wróci do ludzkiej to zamieszkamy w pięknej Sawrii! 

Źródło
(Mój przyszły małżonek to ten białowłosy po prawej, tak dla czytelnika wiadomości.)

Nasze dzieci będą takie urocze... (źródło: WeHeartIt) 


I tym oto optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy post. 
Żegnam państwa. 
horsefan















piątek, 15 kwietnia 2016

Komunizm, walka o wolność, Żołnierze Wyklęci - czyli parę słów o "Historii Roja"

Okej, okej.

Zacznijmy od tego, że od dawna chciałam napisać ten post, ale przez szkołę ciągle nie udawało mi się tego zrobić. Ale już dziś, drodzy państwo poznacie moją opinię na temat... *rytmiczne uderzenia bębnów*
...filmu Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać.
Kurczę, jak dawno nie zrecenzowałam żadnego filmu! Ostatnim razem było Miasto '44, kto czytał recenzję, to wie, że szczególną fanką tej produkcji nie jestem, a tak dokładniej to z chęcią bym twórcy zrobiła... no właśnie, co? Hm, na pewno byłoby to coś takiego, po czym Janowi Komasie odechciałoby się kręcić filmy, bo Miasto '44 to... nie. Szkoda słów. Po prostu szkoda, i tyle.

* * *

I teraz, jak na ironię, znów wzięłam na warsztat film o tematyce związanej z patriotyzmem i walką o niepodległość.
Szczerze mówiąc, nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego filmu. Przed jego obejrzeniem zajrzałam do jednej, może dwóch recenzji. Ale i tak przed ostatecznym pójściem na seans, o wszystkim, co w nich było napisane, zdążyłam  zapomnieć...

Źródło

Sala kinowa. Prawie pusta. Gdzieś dalej siedzi moja nauczycielka od plastyki, którą spotkałam przed wejściem. Obok mnie - moja mama. Cisza. No, prawie. Powiedzmy, że cisza się zaczęła wraz z końcem reklam.
W końcu film się zaczyna.
I przez całe dwie i pół godziny siedziałam wmurowana w fotel i kilka godzin po seansie próbowałam uporządkować sprzeczne uczucia. To, co teraz piszę, jest także próbą ich uporządkowania.

Film opowiada historię, jak wynika z tytułu, Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja", żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych, urodzonego i walczącego na Mazowszu. Znana mi historia jego życia potwierdza to, że "Rój" był niezłomnym żołnierzem walczącym o niepodległą Polskę. Bohaterem. Niewielu Polaków zasługuje na to określenie bardziej niż on.
Czy autorzy filmu udźwignęli brzemię jego bohaterstwa? O kimś takim, jak "Rój" trzeba opowiadać subtelnie. Bez patosu, ale i niezwyczajnie, oddając cześć wszystkiemu, czym był i w co wierzył, ale bez zbędnej wzniosłości. Tak jak głęboko uważam, że "Rój" zasługuje na pięknie opowiedzianą historię, to niestety ten film jeszcze nią nie jest, choć w sumie dobrze, że powstał.

Kilka szczegółów:

Aktorzy i grane przez nich postacie

a)  Jeśli chodzi o aktora odtwarzającego tytułowego Roja, to tutaj jestem zawiedziona. Zdecydowanie nie był w stanie udźwignąć roli, miało być świetnie, a wyszło jak zawsze. Czyli po prostu nijako; płasko, beznamiętnie, jakoś tak sztubacko - bez wiary, bez pasji... Brakowało mi tego ognia, który musiał mieć "Rój". Nie można walczyć i umierać dla idei, której ślubowało się wierność bez wiary przenoszącej góry. Krzysztofowi Zalewskiemu-Brejdygantowi brakowało i ognia, i wiary, i idei.
b) W żadnym wypadku nie można tego powiedzieć o filmowym adwersarzu "Roja" - Wyszomirskim. W życiu Mieczysława Dziemieszkiewicza trudno szukać takiej postaci, zapewne zatem reżyser wymyślił ją w celu spersonifikowania przeciwnika "Roja". I rzeczywiście - Wyszomirski to zło wcielone i świnia skończona (bez urazy dla świń). Można było różnie zagrać tę postać. Piotr Nowak nie zostawił miejsca na półcienie. Jego Wyszomirski jest jednoznacznie zły. Nawet sowiecki oficer wódki by z nim nie wypił. O przyzwoitych ludziach nie wspominając - ci nawet nie chcieliby oddychać powietrzem tym samym, co on. A jednak od kreacji Piotra Nowaka wzroku oderwać nie można i to on dużo bardziej aniżeli Zalewski-Brejdygant przyciąga uwagę widza. Jest krwisty, spocony, a jak gra pijanego, to aż się czuje wódkę.
Może rzeczywiście łatwiej jest zagrać czarny charakter? Chyba jednak nie, tym bardziej, że Piotr Nowak swoją postać również sprowadził do jednego wymiaru. Kata pozbawionego sumienia. 
Dodatkowo tezie tej zaprzecza rola Jerzego Światłonia.
c) Chorąży Józef Kozłowski ps. "Las" to postać pozytywna, a jednocześnie świetnie zagrana. Światłoń umiejętnie pokazał, jak w świadomości Kozłowskiego konfrontują się wszystkie idee niepodległej Polski, którym przysięgał wierność z miłością, troską i strachem o najbliższych: o żonę, dzieci, przyjaciół. Jemu wybór idei nie przychodzi łatwo, ale tylko takiego wyboru dokonuje i płaci za niego najwyższą cenę. Jest to na pewno postać niejednoznaczna, "Las" upada na kolana i wstaje, upada i walczy.


Reszta, czyli...

W kwestiach technicznych montaż wypada słabo. Opowiadanej historii brakuje: dynamiki, spójności, fabuła momentami się rwie. Momentami można odnieść wrażenie, że reżyser składa w jakiejś sekwencji mniej lub bardziej przypadkowej niekoniecznie dobrze powiązane ze sobą sceny.          
Mam też wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować na stylistykę swojej opowieści, bo czym miał być ten film? Filmem akcji? Biografią? Filmem społecznie zaangażowanym? Na te pytania reżyser Jerzy Zalewski powinien był odpowiedzieć przed pierwszym klapsem: "akcja".  Tymczasem odnosi się wrażenie, że albo nie zadał tego pytania w ogóle albo zadawał je sobie przed każdą kręconą sceną i za każdym inaczej na nie odpowiadał. Efekt widać na ekranach. Stylistyczny chaos. \
Ścieżki dźwiękowej nie pamiętam, ale to może oznaczać, że raczej filmowi pomagała, zamiast odwrotnie.

Podsumowując

Pomimo tego, że napisałam tyle krytycznych słów na temat filmu Jerzego Zalewskiego, to mimo wszystko uważam, że bardzo dobrze, że powstał i że jeśli tylko możecie, to koniecznie obejrzyjcie ten film. Być może wtedy - bez względu na to, z jakiego powodu: czy to dlatego, że film się wam spodoba lub tak bardzo nie spodoba - sięgniecie do innych źródeł wiedzy o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu i innych Żołnierzach Wyklętych.
Bo pamięć o nich jesteśmy przecież im winni.

Obejrzyjcie zatem ten film.

Szóstka Wron.