Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

"Pora westchnień, pora burz", czyli parę słów o Lwowie... raz jeszcze

Witam...
... po nieco dłuższej przerwie. Niby z podróży wróciłam już w zeszłym tygodniu, ale najpierw musiałam trochę odetchnąć, potem się rozchorowałam, a jeszcze później (tj. wczoraj) odwiedziła mnie rodzinka, którą widzę raz na ruski rok i wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik...no, wiecie jak to jest.

Ale żyję! Tym razem mam dla Was recenzję kolejnej książki, tym razem jest to Pora westchnień, pora burz, czyli moje pierwsze zetknięcie z twórczością Magdaleny Kawki.

Jedźmy z tym koksem!

* * *

Źródło
 Lwów zdecydowanie jest na jednym z pierwszych miejsc na liście moich ulubionych miast. Właściwie czuję, że tam, a nie w rodzinnym Gdańsku, jest mój prawdziwy dom.



Kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek, lubię zabierać ze sobą książkę, która opowiada o miejscu, do którego jadę. W Gruzji czytałam Chleb i proch T. Andersona, w Wilnie natomiast czytałam Silva rerum K. Sabaliauskaitė. (Aż się boję pomyśleć, co będę czytała w czasie wyprawy na Kilimandżaro, którą planuję za kilka lat…:-D


Nie inaczej było w przypadku Lwowa. Do plecaka ostatecznie trafiła Pora westchnień, pora burz Magdaleny Kawki. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy, książka ta ma być znakomitą powieścią o trudnych ludzkich relacjach w jeszcze trudniejszych czasach.  

Czy tak rzeczywiście jest?

Powieść dzieli się na dwie części – tę przedwojenną i tę wojenną.
Historia bohaterów – rodziny Lindnerów, ich dzieci, przyjaciół, znajomych - rozpoczyna się zimą roku 1937, kiedy co prawda cała Europa ogarnięta jest kryzysem ekonomicznym, ale w wybuch wielkiej wojny raczej nikt nie wierzy. Wszyscy mieszkańcy Lwowa i okolicznych wiosek zajęci są swoimi mniejszymi lub większymi sprawami .
Szesnastoletnia Lilka Lindnerówna wraz z koleżankami szykuje się do matury, przeżywa pierwsze, nastoletnie zauroczenia i snuje plany na temat swojej przyszłości.


Wśród jej koleżanek są Sara Rothfeld (wywodząca się z inteligenckiej żydowskiej rodziny, która martwi się, że nigdzie nie będzie mogła wyjść w sobotę, bo przyjeżdżają jej ortodoksyjni dziadkowie, a babcia uważa, że w szabat to nawet chodzić nie wolno), ruda i piegowata Janka Szymonowiczówna, Nina Dejnis (córka ukraińskiego profesora Politechniki Lwowskiej, Aleksandra Dejnisa), Marysia Szczurko (zwana Szczurkiem, lecz nie przez swoje nazwisko, lecz z powodu swojej charakterystycznej urody), Marysia Baczyńska, która podejrzewała swojego ojca o szowinizm i antysemityzm (a to dlatego, że Żyd Rosenman zabronił ojcu Marysi przyprowadzać na śniadania do jego kafejki pieska o zacnym imieniu Mops, co w ocenie pana Baczyńskiego oznaczało, że Rosenmann nie odróżnia porządnego obywatela od brudnego batiara) i wiele innych...
Podobnie jest w świecie dorosłych. Mała stabilizacja, którą osiągnęli Lindnerowie, za chwilę runie w gruzy. Rozmowy na temat gotowości Polski do wojny za chwilę zweryfikuje skuteczność  faszystowskich dywizji pancernych i piechoty zmotoryzowane, perfekcyjnie realizujących teoretycznie założenia blitzkriegu Heinza Guderiana.


Oczywistym jest, że autorka musiała zmierzyć się z bardzo trudnym zadaniem, polegającym na odtworzeniu tamtego przedwojennego świata z całą jego małą, codzienną krzątaniną, wiedząc, że będziemy go oceniać z perspektywy tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły we wrześniu 1939 roku. O ile świat nastoletniej Lilki został przedstawiony realistycznie, prawdopodobnie, nawet czasami zabawnie, o tyle przedstawienie świata dorosłych wydało mi się nieco schematyczne. Poglądy, rozmowy, rys postaci był jakby zaczerpnięty z podręczników historii, zanadto uwspółcześniony i tym samym niewiarygodny. 


Druga część książki, która traktuje o wejściu Sowietów 22 września zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Z uwagi na to, że powieść oparta jest częściowo o osobiste relacje członków rodziny autorki, to zakładam, że opisane okrucieństwa, jakich dopuszczali się Sowieci na ludności lwowskiej nie są produktem wyobraźni autorki, a przynajmniej w części prawdziwą relacją. Dotyczy to w szczególności takich opisanych zdarzeń jak: ukrzyżowanie księdza A. Fedorowicza z kościoła św. Marii Magdaleny czy morderstwo Janeczki Szymonowiczówny w dniu jej ślubu ze Zbigniewem Szczawińskim. Relacja dotycząca sposobu postępowania Sowietów z lwowską ludnością, zakładam, że też jest prawdziwa. Będąc we Lwowie, zapytałam  moją panią przewodnik o to, czy takie zdarzenia miały miejsce, a ona je potwierdziła, a także to, że Sowieci jedli zupę z nocników i w szlafrokach i koszulach nocnych chodzili do teatru (w głębokim przekonaniu, że mają na sobie wieczorowe kreacje, czym niewątpliwie były, ale z innym przeznaczeniem).  
Dobrze oceniam także sposób przedstawienia relacji między lwowianami po wybuchu wojny. 

Ulica, która ma tyle nazw, ale nikt nie wie, którą jest tą prawidłową;)
Z wesołych, życzliwych lwowian wychodzą wszystkie najokropniejsze cechy, każdy zaczyna myśleć tylko o sobie; czar miasta pęka niczym bańka mydlana. Zaczyna się kategoryzacja według narodowości: to Polak, tamten to Żyd, a jeszcze inny to Ukrainiec. Wszyscy podejrzliwie łypią na siebie spode łba. Dawne przyjaźnie oraz do tej pory wyznawane wartości zostają wystawione na ciężką próbę…
W drugiej części powieści autorka pokazała prawdziwy literacki pazur.


Jednak pewnym rozczarowaniem dla mnie było to, że sam Lwów paradoksalnie nie jest tak bardzo obecny w tej książce. Pisząc tę recenzję, natrafiłam na informację, że autorka nigdy nie była w tym mieście, a zna je wyłącznie z relacji rodziny, ze zdjęć, map, opracowań, a nawet rozkładu jazdy tramwajów. I niestety, to widać. O ile Kristina Sabaliauskaitė pokazała bijące serce Wilna, miasta, które doskonale znała i w którym się urodziła, o tyle Magdalena Kawka pokazała miasto papierowe. Pomimo tego, że główni bohaterowie mieszkają na ulicy Tatarskiej, Lilka uczęszcza do gimnazjum im. Św. Marii Magdaleny przy ulicy Sapiehy, razem z koleżankami chodzą do Parku Stryjskiego, jej koleżanka Marysia Baczewska jest z tych Baczewskich, w związku z tym musiała mieszkać w kamienicy przy wschodniej części Rynku, to jednak drzewa w Parku Stryjskim nie szumią, dzwonek w gimnazjum nie dzwoni, a ulica nie drży, jak przejeżdża tramwaj, a z fontann wokół Rynku (z Adonisa, Neptuna, Amfitryty i Diany) nie tryska woda. Wszystko widzimy jak przez szybę. Wydaje się, że to jest największy mój zarzut do autorki. Pisząc taką książkę, o takim mieście, grzechem pierworodnym było do miasta tego nie pojechać, każdej kamienicy przy starym Rynku nie dotknąć, Lwa świętego Marka nie podziwiać, pod Jezusem Frasobliwym nie pochylić głowy, do Katedry Ormiańskiej nie wstąpić, fresków J.H. Rosena nie podziwiać i powietrzem, którym oddychali bohaterowie jej książki się nie zachłysnąć.

Autorka miała doskonały pomysł. Brakuje w naszej literaturze książki, która mierzyłaby się z tamtym czasem w tamtym miejscu. I chociaż uważam, że lepiej, że Pora westchnień, pora burz powstała, to mimo tego autorka wielkiej szansy, jaką miała, nie wykorzystała w pełni. To trochę tak, jak z filmem Historia Roja… (zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji tego filmu na blogu). Nie jest to dobry film, ale bardzo dobrze, że powstał.


Pomimo tego drobnego w sumie zarzutu, nie dostrzegalnego dla wszystkich, nadal gorąco polecam tę książkę. Autorce udało się umiejętnie i ze swadą przedstawić swoich bohaterów, że tęskni się za nimi po odłożeniu książki chociażby na chwilę. Gorąco polecam!
[Recenzja została dodatkowo okraszona zdjęciami z mojej podróży:)]


~ Mała anegdotka...~
...z horsefanowskiej wyprawy po Lwowie.
(Nigdy nie wiesz, co możesz napotkać!)

 Wyszłam sobie rano na spacer po Rynku razem z Panią Matką. Niedaleko tzw. Czarnej Kamienicy zauważyłyśmy takie figury baranów ze słomy, ale nie wiedziałyśmy, o co w nich właściwie chodzi. Więc sobie szłyśmy, szłyśmy... a tu nagle - podszedł do nas chłopak w ukraińskiej wyszywance i sobie mówimy: "Dobry deń", "Dobry deń". Chcemy razem z Panią Matką pójść gdzieś dalej, ale chłopak nas zatrzymuje. Ujął moją dłoń i zapytał: "Kak malieńka twoja 'mienia?"*. Ja, jako że całkiem dobrze rozumiem ukraiński, zwłaszcza ten, którym posługują się Ukraińcy z zachodniej części kraju, więc odparłam: "Na imię mi Sofija". 
Chłopak już uradowany, że złapał dziewuchę, ale moja mama przerwała: "Ale Zośka, czy jemu nie chodziło o imię matki? No bo powiedział matieńka...". Ukraińcowi oczy urosły do rozmiarów spodków. Powiedział: "A mama...! Nie, mnie o córkę chodzi!"**. Wziął mnie mocniej za rękę, ja aż trochę się przeraziłam: no bo co? Może okraść chce, albo coś? 
"Panie z Polsz'czy?" - zapytał. Odparłyśmy zgodnie, że tak. "To z Rzeszowa?" No i z mamą obie w śmiech, bo on zadał to pytanie tak, jakby wszyscy Polacy byli z Rzeszowa... "Nie, nie, my z Gdańska!" - tłumaczę pospiesznie, z uśmiechem na ustach. "A, Gdańsk!" - Ukrainiec radośnie rozstawił ręce. - "Morie! [Morze!]"
Po czym znów zwrócił się do mnie: "A ty, Sofija - ze mną!". Pociągnął mnie parę metrów dalej i pokazał na jednego ze słomianych baranów: "No, proszę siadać!". Ja, już nie wiedząc, co ze mną będzie, posłusznie wykonałam jego polecenie... Chłopak i jego kolega ze sztuczną czarną brodą a la Święty Mikołaj nałożyli mi zieloną chustę na ramiona, kapelusz ze sztucznymi rogami na głowę, a do rąk wetknęli po jednej ciupadze.
"A teraz powtarzaj za mną, Sofija" - odezwał się chłopak, ten sam, który wyciągnął mnie z tłumu. A ja już się zlękłam, co on może mi kazać mówić. Slawa Ukrajini, Herojam Slawa
"Putin ne prydziot! Putin ne prydziot! PUTIN NE PRYDZIOT!"***
 Kiedy cyrk z "nieprzepuszczaniem" Putina się skończył, "czarnobrody" poprosił mnie, bym wstała z barana, po czym oznajmił: "Budziemy tańcowat'."****. "Ale ja nie umiem tańczyć!" "Kak to nie umiesz! Kak to nie umiesz!" - pseudobrodacz wziął mnie za rękę odtańczył ze mną coś na kształt polki. W pewnym momencie myślałam, że już ze mną skończył, ale to był dopiero początek... Pseudobrodacz wziął mnie na ręce i zaczął okręcać wokół własnej osi! "Maaamooo! Pooomooocyyy!" - darłam się jak ta głupia pomiędzy atakami nieopanowanego śmiechu, bo nadal miałam w głowie lampkę, że mogą chcieć mnie okraść... Ale na szczęście miło się skończyło, chłop odstawił mnie na ziemię i powiedział tylko, że ja się bać nie powinnam, ale po za tym spoko ze mnie dziewuszka
 Koniec bajki

*A tak przynajmniej zapamiętałam. [A potem od cioci Ukrainki dowiedziałam się, że chłopak posługiwał się na w pół ukraińskim, na w pół rosyjskim.]
**W większości nie pamiętam, co powiedział "w oryginale", dlatego podaję - w moim mniemaniu - polskie tłumaczenie.
***"Putin nie przejdzie", czy jakoś tak...
****"Będziemy tańczyć/tańcować."

No, cóż by jeszcze więcej powiedzieć? Do zobaczenia w następnym poście!

horsefan

piątek, 7 sierpnia 2015

Lwów według horsefana #2

Witam, witam zacnych internetowych surferów,

zanim rozpocznę, pragnę Was poinformować, że wkrótce czeka mnie wyjazd do Gruzji. Czy na jej temat też coś się pojawi? Planuję wstawić jakieś zdjęcia, ale teraz - gdy idzie mi tak ciężko z Lwowem - to wiem, że nieprędko to zrobię. Posty o Lwowie pojawią się po powrocie z mojej wyprawy do Kaukazu, tak w ogóle.
Tyle z ogłoszeń parafialnych.

* * *

Rano obchodzimy rynek lwowski po kilka razy. Naprawdę, trudno mi było uwierzyć w fakt, że na drugim końcu tego kraju toczy się wojna. Ktoś zupełnie niepoinformowany o niej, nie wyciągnąłby takich wniosków patrząc na tutejszych uśmiechniętych, spacerujących po uliczkach ludzi. Widzimy kamienicę Baczewskich. Z góry surowo patrzyły na mnie popiersia takich wielkich literatów, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Staff i paru innych. Z daleka była bardzo widoczna...

Zajrzeliśmy, właściwie przez przypadek, do Kościoła Garnizonowego Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Muszę przyznać, że niewiele o nim wiedziałam, właściwie to nic. 
Ale widok, jaki czekał mnie w środku spowodował, że łzy prawie napłynęły mi do oczu. 
Tynk odpadający czy to z sufitu, czy to z kolumn, zniszczone balustrady, a gdzieniegdzie ściany pozakrywano czarną folią. "Czyżby ktoś usiłował robić tu renowacje?" - pomyślałam z nadzieją na ich widok.



W lewej nawie zwróciły moją uwagę trzy sztalugi. Gdy podeszłam bliżej, dostrzegłam, że to zdjęcia poległych na wschodzie żołnierzy pochodzących ze Lwowa. I tak jak nauczono mnie, gdy byłam młodsza, odmówiłam za nich krótką modlitwę.



Po wyjściu obraliśmy tę samą drogę, co poprzedniego dnia, gdy wracaliśmy z "Amadeusza". Przed sobą widzimy Katedrę Łacińską, zwaną poniekąd Polską.
Po przeciwnej stronie, pod numerem 10, rezydencja Lubomirskich złożona siedmiu połączonych kamienic. (Niedaleko od rynku wspaniały pałac Potockich, w którym obecnie mieści się Galeria Lwowska.)
Nagle drogę przejeżdża nam tramwaj; taki, jaki widziałam na starych zdjęciach Warszawy czy Krakowa, tylko bez koni, oczywiście. Tramwaj zatrzymuje się na chwilę, wychodzą pasażerowie, a my idziemy dalej.
I po raz kolejny przed naszymi oczyma ukazuje się księgarnia z szyldem po ukraińsku i po... polsku.


- Może chcesz wejść? - zapytała mnie mama. Wie doskonale, że gdziekolwiek jestem i jest tam możliwość kupienia książki, to zazwyczaj kończy się to tym, że niemal wyczarowuję jakby z powietrza setki pozycji, które ledwie można donieść do kasy, a co dopiero do domu;P
Mój poziom czytania cyrylicy jest na niskim poziomie, nie wspominam już o jakimkolwiek rozumieniu tego, co czytam (to kwestia... problematyczna), więc odpowiedź brzmi... 
- Nie, dzięki. - odpowiadam. Jak zwykle, znalazł się jednak jakiś szczegół, który zmusił mnie do zatrzymania się pod księgarnią na jeszcze jedną chwilę. 

Specjalnie dla fanów "Niezgodnej"

Odchodzimy nieco dalej, żegnając wzrokiem księgarnię; naszym oczom teraz ukazuje się... kolumna Mickiewicza.



Tutaj na każdej ulicy są choćby najmniejsze ślady polskości. Powoli zaczęłam rozumieć, że jest tutaj, jak w Krakowie - tylko, że jakby większym. Zaczęłam się nawet zastanawiać przez chwilę, dlaczego mi się tak tutaj podoba - przecież moją złotą zasadą podróżowania jest, by udać się tam where nothing looks familiar...



Zanim się tutaj wybraliśmy, zaczęliśmy przeglądać masę stron internetowych o różnych ciekawych miejscach i atrakcjach w tym zacnym mieście. Zauroczyła mnie Lwowska Manufaktura Czekolady, chyba głównie ze względu na moje czekoladowe uzależnienie. Wmówiłam sobie, że muszę ją odnaleźć:)!
Wędrując pomiędzy uliczkami, rzeczywiście - napotykamy znajomo wyglądającą kamieniczkę, a zapach sam zaprasza do środka...
W środku, na parterze, znajduje się tylko kasa i kilka stolików. Jest dość ciasno ze względu na to, że wejść i wyjść można tylko przez jedne drzwi. Weszliśmy więc, a pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to szklana ściana po lewej. Przez szybę widać było kadzie i maszyny przez które przepływa płynna czekolada...
- Przepraszam, czy mogłaby pani nieco szybciej iść? - odezwał się do mnie ktoś po ukraińsku. Słowa uderzyły mnie niczym piorun i wyrwały ze słodkich marzeń.
- Zośka! - usłyszałam wołanie taty. Spokojnie weszłam w kolejkę, która po jednej stronie wchodziła, a po drugiej wchodziła po krętych schodkach na kolejne kondygnacje kamieniczki.
Wydobyłam się z kolejki na poziomie ze sklepikiem. Od razu odnalazłam czekających na mnie rodziców. Po krótkiej chwili wchodzimy do sklepu. Miłośnicy czekolady jak ja zapewne nazwaliby to miejsce salą tortur. 
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ozdobne czekoladki - sprzedawali je przy kasie. Dalej, za szkłem, znajdowały się kostki sprzedawane na wagę. Czysta czekolada, czarna, mleczna i biała... były nawet lizaki czekoladowe, samochodziki jak dawne dziecięce zabawki, albo nawet buty na wysokim obcasie (nawiązanie do Kopciuszka?)!



Niestety, musieliśmy opuścić Manufakturę dość szybko.
Dlaczego? Otóż, wcześniej, kiedy jeszcze włóczyliśmy się po rynku bez celu natrafiliśmy na pewny zakład fryzjerski. Napis na drzwiach głosił: "Best Hairdresser in Town". Cóż, czy to jest właściwie best hairdresser in town, mieliśmy się za chwilę przekonać.



Na miejscu fryzjerka posadziła mnie na krześle i po krótkiej instrukcji zaczęła majstrować z moją fryzurą; jakieś płyny, pianki, a za chwilę w lustrze dostrzegłam lokówkę... Wkrótce usłyszałam: "Gotowi" i na chwilę zostałam sam na sam ze swoim nieco odmienionym odbiciem. Nie chcę się tu jakoś na jego temat wylewnie wypowiadać, więc powiem tylko, że zrobiono mi całkiem fajne loki, które wytrzymały do wieczoru...
...właśnie, wieczoru. Odrestaurowana Opera Lwowska zrobiła na mnie niemałe wrażenie, przeplatające się style, głównie barok i klasycyzm, złote zdobienia.
Poszliśmy na operę pt. "Don Juan" (czyt.: don żuan, właściwa nazwa to Don Giovanni). Wykonanie, które zobaczyłam, bardzo mi się spodobało, choć miewałam trudności w rozumieniu całości - opera sama w sobie była w języku włoskim, ale nad aktorami, tuż przy kurtynie powieszono multimedialną tablicę, na której wyświetlało się tłumaczenie scenariusza na język ukraiński. Raz po raz, gdy moja znajomość hiszpańskiego, podobnego do włoskiego, zawodziła, moje oczy wędrowały na cyrylicę. I odwrotnie.
Spektakl kończy się hucznymi brawami, które odbijają mi się o uszy jeszcze długo po wyjściu z Opery i zmieszały się z odbijającymi się od naszego parasola kroplami ulewnego deszczu.

 * * * 

To co? Reszta wkrótce:) 

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 1 lipca 2015

Horsefanowe plany na wakacje

Witam, jak niemal zawsze, po dłuższej przerwie!

Ostatnio oglądnęłam na kilka innych blogów i zauważyłam, że na nich autorzy opisują z wypiekami na twarzy (lub bez nich) swoje wakacyjne plany itp. itd...
Postanowiłam więc... opisać... napisać o tym... ach, wiecie, co mam na myśli!

Więc tak, na początek postanowiłam wyznaczyć sobie takie małe... zadanie na te wakacje. A mianowicie *słychać rytmiczne uderzenia bębnów* posprzątać mój pokój! 
Niby coś banalnego, a jednak od początku muszę przyznać, że zadanie do łatwych się nie zalicza. Grzebiąc, dajmy na to, w mojej komodzie znalazłam nawet stare życzenia urodzinowe sprzed roku od moich koleżanek:) Ponadto, zainspirowały mnie bardzo pomysły autorki bloga Niebałaganka, i to dzięki niej narodził się pomysł na to:













Dodatkowo, sporą część tych wakacji mam niezaplanowaną i chciałabym trochę pobyć w domu, zrobić jakieś wypady na miasto, a resztę wyjazdów będę planować w międzyczasie.

Właśnie, jeśli chodzi o jakiekolwiek wyjazdy, to z pewnością będzie to obóz literacki, na który jadę z moją dobrą koleżanką, zacną Polą (więcej o niej znajdziesz tutaj). Odbędzie się on w górach, a dla mnie i Poli - jako, że jesteśmy z Trójmiasta - oznacza to, że musimy wyruszyć dzień przed innymi członkami naszej zacnej wyprawy i spać w autokarze pierwszą noc... same przyjemności;p I jeszcze zaskoczyło mnie to, że obóz odbędzie się w Poroninie - w tym samym, w którym mieszkał nikt inny jak niejaki Włodzimierz L., który w sumie nic takiego nie zrobił, oprócz tego, że, hmmm... wywołał Rewolucję Październikową? *ach, ja i mój kochany sarkazm*
Drugą podróżą, która mnie czeka, jest wyprawa (jeszcze nie do końca zaplanowana) do Gruzji. Pierwotnie miała naszą destynacją być Armenia, ale kiedy dowiedzieliśmy, że szykuje tam coś na wzór ukraińskiego Majdanu, tzw. Electric Yerevan, to z rodziną stwierdziliśmy, że wybór pada na jej północnego sąsiada. Może mnie czekać przed tą wyprawą szybki kurs języka rosyjskiego, bo w Kaukazie to podobno mało kto zna angielski;) W planach mam również zabranie Kajaxa na wyprawę, ale czy się to uda? Miejmy nadzieję...

W dalszych planach są książki, jak zawsze. Więc... oto moja lista:

1. Trudi Canavan - "Głos Bogów"



Trzecia część trylogii "Era Pięciorga" tak mocno lubianej w naszym kraju australijskiej pisarki. Jestem w trakcie czytania części drugiej i muszę przyznać, że im dalej ją czytam, tym bardziej zaczyna mnie... niepokoić (to chyba dobre określenie) zakończenie trylogii. Co się stanie z Aurayą, Emerahl i innymi bohaterami, których poznałam w pierwszej części?...
...właściwie, to nawet przypomniała mi się moja mała przygoda, którą miałam w Empiku, kupując ostatni, brakujący tom Trylogii Czarnego Maga, debiutanckiej serii pani Canavan. Przy kasie ekspedient rzucił komentarz, że on to w sumie nie lubi jej twórczości, ale rozumie, że komuś może się ona podobać. Zapytałam więc, dlaczego za nią nie przepada. A ten miły pan na to odpowiedział, że po prostu ona opisuje średniowieczny zamek tak, jakby nigdy w nim nie była. Ale cóż się dziwić? Trudi jest z Australii, a u nich nie ma zamków pod dostatkiem jak w Polsce, Francji czy Niemczech, dajmy na to. I to mu odpowiedziałam. Odpowiedź była taka: "Właśnie...", z cichym westchnięciem w tle. Może nic wielkiego z tej historii nie wynika, ale chciałam ją od dawna opisać na blogu:)

2. Olga Gromyko - "Zawód: Wiedźma" cz. 1 i cz. 2




Z twórczością pani Gromyko zaznajomiły mnie moje dwie koleżanki, o których już wspominałam - Kaja i Pola.
Obie są fankami tej zacnej białoruskiej pisarki i tak właściwie, to im się nie dziwię - zajrzałam do pierwszej części i o mały włos nie dałam się kompletnie wciągnąć. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z czymś podobnym do stylu pani Olgi i - jak pewnie się spodziewacie - nie mogę się doczekać, by po nią wreszcie sięgnąć. Postaram się przeczytać dwie pierwsze części serii o przygodach Wolhy Rednej, ale kto wie... może pójdę jeszcze dalej i przeczytam "Wiedźmę Opiekunkę"?
Jednak dla tych, którzy chcą jej książki normalnie kupić w księgarni mam smutną wiadomość. Z czego, co się dowiedziałam, nakład tego cyklu właściwie to się wyczerpał, a nieliczne egzemplarze są dostępne w sklepach internetowych. Mi się udało kupić po okazyjnej cenie całą serię na Allegro, całe moje szczęście; poza Allegro, nie znalazłam zbyt wiele...





3. Rae Carson - "Dziewczyna Ognia i Cierni"



Rae Carson to jedna z pisarzy dopiero wchodzących na polski rynek. Z tego, co znalazłam o niej w internecie, to to, że mieszka w stanie Ohio z mężem i dwójką przybranych synów oraz, że pisarstwem zajmuje się praktycznie przez cały czas.
O tej książce dowiedziałam się z tego bloga. Jest to opowieść z motywem religijnym, nieco inspirowanym chrześcijaństwem. Muszę przyznać, że pomimo tego, że jestem wierząca, to średnio przepadam za tego typu książkami, ponieważ ich autorzy zazwyczaj nierzetelnie piszą, a ich "świątobliwość" kojarzy mi się raczej ze zwykłą ciemnotą.
Autorka wcześniej wspomnianego bloga jest zadeklarowaną ateistką, lecz jej recenzja była w miarę pozytywna i ostatecznie zachęciła mnie do nabycia tej książki. Czy historia Elisy - bo takie jest imię głównej bohaterki - mi się spodoba? Jak zwykle, to jeszcze się okaże.


4. Anne Rice - "Wampir Lestat"



Druga część bestsellerowej serii "Kroniki wampirów" autorstwa amerykańskiej pisarki Anne Rice. Już wiem, że nie jest to bezpośrednia kontynuacja historii, którą poznałam w "Wywiadzie z wampirem", ale opowieść jednego z bohaterów, który miał w "Wywiadzie..."  raczej drugoplanową lub epizodyczną rolę - tytułowego Lestata. Większość osób (zwłaszcza kobiet;p), które już zdążyły się zaznajomić z pierwszą częścią, fascynuje postać niedojrzałego, ale także nad wyraz okrutnego stwórcy Louisa i Claudii. Ja także się do tych osób zaliczam i mam nadzieję, że gdzieś w trakcie tych wakacji uda mi się chociaż do niej na chwilę zajrzeć:)


Co więcej? Ostatnio wróciło do mnie kilka moich dawnych zainteresowań jak dawno zagubiony bumerang. A właściwie jedno, czyli malarstwo. Oto dwa efekty mojej zabawy z akwarelami (i tuszem):










Ponadto, w zeszłym roku zainteresowało mnie ikonopisartwo, czyli po prostu malowanie świętych obrazów na desce. Ktoś by pomyślał: "Czy horsefan nie upadła na głowę?". Być może Otóż nie! Tak się złożyło, że latem w zeszłym roku, gdy udałam się z mamą na górską wyprawę po Bieszczadach i udało nam się zajrzeć do kilku warsztatów ikon. Zamyślone, na swój sposób magiczne twarze postaci, właściwie to cały styl w jakim były namalowane wydał mi się niezwykle fascynujący. I tak się szczęśliwie złożyło, że moja znajoma nauczycielka plastyki dogadała się ze swoją kuzynką, która z zawodu jest konserwatorem sztuki i razem zaczęły prowadzić cykl zajęć o pisaniu ikon. W trakcie trwania tych zajęć udało mi się stworzyć dwie, z których bardzo jestem dumna, ale bardziej chyba z tej drugiej. Załączam więc zdjęcie tej lepszej, przedstawiającej Archanioła Gabriela:




Pewnie też niektórych interesuje, czy jeszcze będzie cykl o Lwowie. Cóż, raczej na pewno, mam nadzieję, że uda mi się wszystko w miarę ogarnąć i wkrótce poznacie kilka innych, ciekawych i także historii z tego cudownego miasta:)

Pozdrawiam i życzę miłych wakacji

horsefan


piątek, 12 czerwca 2015

Lwów według horsefana #1 - Objadam się jak prosię...

Witajcie, cześć i czołem!

Dziś kontynuuję moją opowieść z wyprawy do Lwowa. (Znów dopadły mnie moje obowiązki, ale mam nadzieję, że teraz będzie gładko...)

Jedźmy z tym koksem! Zaraz, na czym to ja skończyłam...?

* * * 

Nim otrząsam się z szoku, jakiego doznaję na widok niemal pustego lotniska, moi rodzice zdążają  wychwycić w niewielkiej grupce kierowców jednego, który macha tą z naszym nazwiskiem.
I w sumie nie dzieje się nic zachwycającego, do chwili, gdy zajmujemy się wpakowywaniem naszych tobołków. 
Rozmawiamy z kierowcą do tej pory po angielsku, święcie przekonani, że tak powinno być. 
I nagle padają teksty: 
- Where are you from? 
- Ah, we're from Poland. 
- Z Polski? A, to witamy! 

Czuję , jak powoli drętwieję. Z jednej strony gdzieś we mnie nie mogłam uwierzyć, że tu jestem; długo marzyłam, żeby przyjechać do Lwowa i na Ukrainę ogółem tak, wiem, jestem dziwna, a z drugiej byłam przekonana, że tutejsi unikają raczej kontaktu z polszczyzną. A tutaj, taka miła niespodzianka! 

Wsiedliśmy do samochodu i zapięliśmy pasy jak w tej reklamie o pancerniku. 
Wyjeżdżamy z lotniska i mój tata rozpoczyna rozmowę z kierowcą. Moim oczom ukazuje się Lwów bardzo odległy od tego, co znam ze zdjęć i opowieści starszych krewnych, z których część wychowała się na tych ziemiach. Czytelniku z Polski (bo wiem, że są też zza granicy), jeśli myślisz, że blokowiska w naszym kraju wyglądają tragicznie, to przyjedź tutaj. Ten widok wyciska łzy z oczu, a przynajmniej u mnie.

Starałam się słuchać rozmowy, jednak było w tym widoku coś, co sprawiało, że chciałam patrzeć. Więcej i więcej. Jednym z nielicznych "ulepszeń" w tym widoku była cerkiew, której złote kopuły połyskiwały dumnie w słońcu, rażąc mnie dodatkowo w oczy. 

- A ta cerkiew? Prawosławna czy greckokatolicka? - zapytał się tata, wskazując palcem na świątynię. 
- Prawosławna, prawosławna, proszę pana. 
- A proszę powiedzieć... - mama postanowiła się włączyć do rozmowy.  - ...jak to właściwie było z tą wojną - jak jest właściwie - z tą aneksją Krymu i tak dalej...? 
- Wie pani, mamy kryzys. - kierowca westchnął. - Ci ze wschodu myśleli, że Rosja im pomoże. Było w nich takie "do Rosji, do Rosji", a teraz co - nie do Rosji, bo jest wojna... Poza tym tam dużo Rosjan mieszka... 
Nastaje chwila ciszy. Stajemy po raz kolejny na światłach. 
- ...teraz w sumie też ciężko, bo kryzys. - kontynuuje. - Na Zachodzie trochę jest inaczej, niż na Wschodzie. Bo wiedzą państwo, tutaj mamy inne mentalita*... takie Ewropejskie, nie Sowieckie.
- Przepraszam, co? - przerywamy razem z mamą, niepewne, o co chodzi. 
- Och, przepraszam! - Ukrainiec czuje się wyraźnie nieswojo i od razu poprawia: - Chodziło mi o mentalność, tak? Tak się u Was mówi? 
- Tak - odpowiada szybko mój tato. 
- Nie, zaraz! Pan powie, to słowo, no...! - wyrywam się. - To, co pan powiedział przed chwilą, zanim z mamą Pana poprawiłyśmy...
- Przepraszam, panienko... już zapomniałem. - kierowca stara się pomóc, jak tylko może. 
Opadam na fotel i znów mój wzrok przerzuca się na ulicę; komunistyczne bloczki powoli przechodzą w piękną, acz zniszczoną Starówkę. 
Tata ponownie zajął się zagadywaniem kierowcy; dowiedzieliśmy się, że ludzie teraz kurczowo trzymają się pracy, jemu na szczęście nie jest jeszcze tak ciężko, na utrzymanie rodziny z dziećmi wystarczy... 
Znajdujemy się już blisko centrum; widać piękną Operę Lwowską, właśnie zastawioną drewnianymi domeczkami - można się domyślać, że ma miejsce jakieś wydarzenie, które nieco przypomina mi Jarmark Dominikański z Trójmiasta. 
- Widzę, że... macie jakiś jarmark... - odzywa się ponownie tato, a ja dalej chłonę widoki. 
- Tak. Mówimy na to wernisaż - kierowca wypowiada to z charakterystycznym akcentem. - W Polsce też tak się mówi? 
- Tak, ale u nas to oznacza uroczyste otwarcie wystawy sztuki. - odpowiadam.
I co? Podobne języki? Podobne.
- A gdzie moglibyśmy coś zjeść? - pyta moja mama.
Kierowca od razu wymienia kilka restauracji; wśród nich pada nazwa Amadeusz.
Kilka sekund zajmuje nam dojechanie do hotelu. Wysiadamy, żegnamy się z kierowcą i udajemy się do recepcji. 
Czas znowu przerzucić się na angielski. Recepcjonistki sprawiają dobre wrażenie, dają nam po darmowym jabłku, które są dla mnie niezłą odmianą po wielkiej, suchej bagietce, którą zjadłam w samolocie.

*słowo odtworzyłam gdzieś w odmętach mojej pamięci. Byłabym wdzięczna gdyby ktoś mi powiedział, jak naprawdę po ukraińsku mówi się "mentalność" (i błagam - niech to nie będzie z tłumacza Google!)

*
W pokoju rozstawiamy swoje rzeczy; pomieszczenie sprawia wrażenie całkiem przytulnego. Od razu podchodzę do okna i po chwili dostrzegam, że parapet jest na tyle szeroki, że mogę na nim swobodnie się zmieścić. Gramolę się na niego i widzę uliczkę pełną ludzi, a z budynku na przeciwko spogląda na mnie naturalnej wielkości posąg Adama Mickiewicza.
Spełzam z parapetu i padam na łóżko. 
O Boże, naszła mnie myśl. Ja tu jestem. Nareszcie jestem.
Pewnie pomyślicie, że jestem stuknięta. Większość dzieciaków marzy o wakacjach na plażach Turcji czy Tunezji lub w wielkich miastach, jak Nowy Jork albo Londyn (choć w tym akurat byłam i je uwielbiam). A ja marzyłam, żeby jechać w takie biedne i trochę zapomniane miejsca. Lwów to może nie najlepszy przykład, ale jest to Ukraina - a tu od dawna chciałam przyjechać, jak już mówiłam.
Poza tym, to właśnie w niedalekim Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk) mieszkała część mojej rodziny przed wojną i przez to mam sentyment do tych dwóch miast.

Wracając do historii, od razu wyskakujemy razem z rodzicami na ulicę, przy której znajduje się nasz hotel - Szewską.
Jest już wieczór, a od jabłka trochę minęło. Zresztą, co to za posiłek, takie jabłuszko? No właśnie.
Burczy mi w brzuchu, moim kompanom także.
Udajemy się do wcześniej wspomnianego Amadeusza. Wchodząc do środka, które jest całkiem przytulnie urządzone, mama zwraca się do kelnerki:
- Excuse me, could you recommend us something?
Młoda kobieta, przez chwilę zmieszana, unosi do góry palec wskazujący i mówi:
- Zaraz! - po czym znika za drzwiami od kuchni.
Co się właściwie stało? Patrzymy po sobie, potem na pozostałych klientów. Wszyscy są normalnie obsługiwani...
Za chwilę podchodzi do nas inna kelnerka i sytuacja się powtarza; znów słyszymy wyraźne Zaraz!, po czym niewiasta znika. No to klops.
Prawie wyszliśmy z lokalu, zawiedzeni tym, jak nas potraktowano, a jednak...
Ta sama dziewczyna, co przyszła przed chwilą wróciła z trzema wielkimi zeszytami, które po chwili - dzięki mojej mamie - zyskały miano książek telefonicznych. A czym były? Oczywiście, menu.
- Would you like us to speak English or Polish? - zacnie przejmuję inicjatywę, gdy zasiadamy do stołu.
- Po polsku - pada odpowiedź.
Przeglądamy ów "książkę telefoniczną"; naprawdę trudno znaleźć coś dla siebie w takim nawale dań. Moja mama zaczęła od razu mamrotać, że jak menu jest takie długie, to jedzenie musi być do niczego, gdyż najlepsze restauracje mają bardzo skromną kartę dań. Ja staram się zachować zimną krew.
Po chwili zamawiamy zestaw przystawek, barszcz ukraiński dla taty oraz dwie kaczki dla mnie i mamy.
Niedługo na naszym zamówieniu na stole pojawia się wielka, drewniana decha z drobnymi kawałkami mięsa ozdobionymi rukolą. Plus dwa sosy. O, Boże.Moje oczy powoli wychodzą na wierzch.
Mimo niedogodności, jako potomkowie polskiej szlachty że nie mamy zwyczaju się poddawać, tym razem także działamy w ten sposób. Jemy ile się da, ale po chwili jesteśmy napchani. Ledwie upchnęłam tę tłuściutką kaczuszkę w moim żołądeczku, oj tak...
Zostawiamy rachunek po kolacji i z trudem wychodzimy na zewnątrz, właściwie, to się zataczamy co trzy kroki.
Układam w głowie puzzle z myśli. Wychodzi z nich zdanie: Kiedyś tu zamieszkam. Od razu dzielę się nim z rodziną.
- Żartujesz, prawda? - padają słowa z ust mojego taty.
- Na pewno bym chciała. No wiesz, jak się sytuacja polepszy.
Pytanie tylko - czy kiedykolwiek tak będzie...?
Idąc wtedy ponownie w stronę naszego hotelu, tuż obok Katedry Polskiej, miałam wrażenie, jakbym była tu od dawna. A właściwie, to od zawsze.

To właściwie wszystko na dziś. Mam nadzieję, że szybko uda mi się wstawić pozostałe części:)

horsefan

Szóstka Wron.