Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 września 2017

Szóstka Wron.

 Witojcie panie i panowie.

Parę ładnych miesięcy temu przeczytałam pewną książkę, po czym napisałam jej bardzo negatywną recenzję. Z resztą, to mało powiedziane. Ja po niej zjechałam, i to bezlitośnie.
Tą książką był „Cień i kość” autorstwa, a jakże, Leigh Bardugo.
Pewnie teraz część z Was się zastanawia, co właściwie w takim razie skłoniło mnie do jakiegokolwiek powrotu do twórczości tej pani?
Cóż, muszę przyznać, że zachęciły mnie bardzo pozytywne recenzje „Szóstki Wron”. Nawet Klaudia z kanału „Odczytaj”, która zalicza się do tych nielicznych booktuberek, które naprawdę lubię i szanuję, przyznała, że „Szóstka…” bije Trylogię Grisza na głowę, i to wielokrotnie.
I to skłoniło mnie do myślenia. Bo jakim cudem Leigh Bardugo, której styl w jej pierwszym cyklu przypomina wypociny nieogarniętej  trzynastoletniej małolaty z Wattpada, zdołała wyprodukować coś, co spodobało się nawet jej zagorzałym przeciwnikom?

Źródło
 Do tej kwestii jeszcze za jakiś czas wrócę, a teraz pozwolicie, że przybliżę Wam fabułę tej książki.
Ketterdam, stolica wyspiarskiego Kerchu, jest w większości podzielony na tereny zajmowane przez poszczególne, rywalizujące ze sobą gangi.
Jednym z nich jest Klub Wron, w którym prym wiedzie Kaz Brekker, z powodu swojego okrucieństwa nazywany przez mieszkańców miasta Brudnorękim. Pewnego dnia młody złodziej otrzymuje zadanie, zdawać by się mogło, niemożliwe – ma się włamać do Lodowego Dworu, jednej z najpilniej strzeżonych twierdz swojego świata i wydostać stamtąd cennego zakładnika. Do pomocy w wykonaniu zlecenia Kaz wybiera pięcioro podobnych sobie wyrzutków, którzy dla pieniędzy są w stanie zrobić niemalże wszystko.
A są nimi:
- Inej Ghafa, osobista pomagierka Kaza, zabójczyni oraz zbieraczka sekretów, zwana powszechnie Zjawą,
- Nina Zenik, grisza zbiegła z Ravki, ciałobójczyni mogąca zaledwie jednym ruchem zabić człowieka od wewnątrz,
- Jesper Fahey, pochodzący z Nowoziemia specjalista od broni palnej, wybuchów oraz kart,
- Matthias Helvar, Fjerdanin, dawniej drüskelle parający się polowaniem na griszów, dziś skazany przez fałszywe zeznania głoszące, że handlował niewolnikami,
- oraz Wylan Van Eck, syn bogatego ketterdamskiego kupca, który, choć odrzucony przez wymagającego rodzica, ma stanowić gwarancję uczciwości Brekkera.
Razem, pomimo licznych różnic między nimi, będą musieli współpracować w dążeniu do wspólnego celu, jakim jest szybkie wzbogacenie się…

Źródło

Swoją ocenę zacznę od tego, o czym wspominałam na początku, czyli porównania tej książki do Trylogii Grisza. A muszę przyznać, że w porównaniu z tym, co autorka serwuje swoim czytelnikom w swoim pierwszym cyklu, „Szóstka…” robi naprawdę ogromne wrażenie. 
Po pierwsze, kreacja bohaterów. Każdy z tytułowej szóstki ma wyraźnie nakreślony charakter, cele oraz bardzo bolesną przeszłość, która znacznie przyspieszyła u nich proces dojrzewania.
To coś zupełnie innego niż historia Aliny Starkov, w której to, z samą główną bohaterką na czele, proces kreowania postaci przypomina swoistą taśmę produkcyjną – dajemy osobnikowi kilka podstawowych cech wyglądu i charakteru, a potem mówimy „do widzenia”, bez żadnego zagłębiania się w psychikę danego bohatera czy bohaterki.
Po drugie, przedstawienie świata. W „Griszy” nieustannie odnosiłam wrażenie, że świat Ravki, Kerchu czy Fjerdy jest nudny, przewidywalny, że wszystko jest w nim sztuczne i mało realistyczne. Jeżeli w pierwszym cyklu Leigh Bardugo również Was to denerwowało, to mogę Was z ręką na sercu pocieszyć, że tutaj tego nie uraczycie.

Nie dość, że widać ogrom pracy wykonany przy jego tworzeniu, w tym również bardzo dobrze wykorzystany research,  to jeszcze czytelnik zagłębia się w niego z przyjemnością, pragnąc odkryć wszystkie jego najmroczniejsze zakamarki. Czytając, odnosiłam czasem wrażenie, że znalazłam się w jakiejś mroczniejszej, fantastycznej wersji dawnego Amsterdamu, w którym pomieszano ze sobą elementy z XVII, XVIII i XIX wieku.
Po trzecie, język, jakim posługuje się autorka jest lekki, wyrobiony, przez co przez tekst po prostu się płynie… czegóż chcieć więcej w młodzieżówce?
Okej, trochę tu wzniosłam ochów i achów na cześć tej powieści, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jej chociaż kilku drobnych wad.  Co prawda, w ich temacie nie mam do powiedzenia zbyt wiele nowego.

Francuska okładka [Źródło]
 Z pewnością muszę się zgodzić ze zdecydowaną większością recenzji tej książki, że jej zdaje się największą wadą (z tych, które udało mi się dostrzec, oczywiście) jest wiek bohaterów. Zbyt młodzi oni chyba na te doświadczenia, jakie mają.
Oczywiście, rozumiem, że jest to historia z założenia skierowana do młodzieży, a ci zawsze potrzebują kogoś, z kim można się utożsamiać, ale serio – gdyby w tej książce nie było podanego wieku bohaterów, to nigdy przenigdy nie powiedziałabym, że w rzeczywistości mają oni… około 16-17 lat. Na przykład Kaz – na swoją reputację bezwzględnego przywódcy złodziei pracował nad wyraz krótko, podobnie jest zresztą z jego ogromnym sukcesem finansowym. Czy dla uzyskania większego realizmu nie lepiej by było dodać mu odrobiny lat i uczynić go dwudziestopięcio-, a może i nawet dwudziestosiedmiolatkiem?
Mogłabym tak wymieniać każdego z bohaterów i mówić dlaczego takiej Inej dałabym co najmniej dziewiętnaście lat, a takiemu Matthiasowi – dwadzieścia trzy lub cztery, ale nie wydaje mi się to zbyt potrzebne, zwłaszcza, że po drodze mogłabym coś przez przypadek zaspoilerować.
Zamiast tego, przejdźmy do następnego punktu.
Drugą wadą, choć znacznie mniejszą, jest fakt, że akcja, która od początku pędzi w zawrotnym tempie, w pewnym momencie zwalnia i na chwilę robi się, delikatnie rzecz ujmując, nudno.
Na szczęście dla czytelnika, ów „okres nudy” nie trwa zbyt długo, i o ile ktoś nie porzuci lektury na tym etapie i wykaże się  odrobiną cierpliwości, to nie będzie rozczarowany.
Zapewne inny czytelnik (recenzent?)  wytknąłby tej historii znacznie więcej wad i błędów, jednak ja nie chcę ich dalej poszukiwać, że ilekolwiek by ich nie było, to i tak zalety przeważają nad wadami.
I w sumie tutaj mogłabym już tylko zakończyć tę recenzję szczerze polecając lekturę tej książki, jednak pozostała mi jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia, którą chciałabym w niej koniecznie poruszyć.
Gdyby ktoś dał mi do przeczytania sam tekst „Szóstki Wron” nie podając mi nazwiska autora i gdyby akcja nie działa się w świecie griszów, to nigdy bym nie powiedziała, że autorką tej powieści jest Leigh Bardugo.
Czy w takim razie należałoby bardzo pogratulować tej pani postępów i życzyć jej dalszych sukcesów? Może tak. Albo i nie…

Źródło
 Jak się  domyślacie, nie mogłam, jak każdy książkowy pseudodetektyw, przejść obojętnie obok tak diametralnej zmiany stylu u autorki, której poprzednie „dzieła” uważam za doskonały przykład grafomaństwa. Dlatego też, z czystej ciekawości, postanowiłam sprawdzić, jak wiele czasu upłynęło od premiery ostatniego tomu Trylogii Grisza (nawet przez niektórych fanów uważanego na najgorszą część cyklu) do premiery „Szóstki Wron” .
Wynik przerósł moje oczekiwania. Niestety, w tym negatywnym znaczeniu.
Oryginalna data premiery „Ruiny i rewolty” to 17 czerwca 2014 roku, „Szóstki Wron” – 29 września 2015 roku. To daje nam w przybliżeniu rok i trzy miesiące.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, ile czasu zajmuje edycja i korekta (a przy takiej liczbie stron z pewnością było nad czym pracować), opracowanie szaty graficznej, decyzja odnośnie marketingu i promocji, wysokości nakładu oraz inne tego typu formalności, to wyjdzie nam coś około roku.
Więc na napisanie książki zostają te trzy miesiące (plus parę dni). Może i doświadczony, bardzo wyrobiony pisarz byłby w stanie napisać taką powieść w tak krótkim czasie, ale umówmy się – osoba, która w poprzedniej swojej pracy wykazała się tak dużą niedojrzałości i brakiem kwalifikacji literackich? „Szóstka Wron” reprezentuje poziom i styl, do których sama dążę, a piszę na znacznie wyższym poziomie niż autorka Trylogii Grisza. Pisanie to nieustanna nauka i bardzo długi proces, który z prawdziwą radością obserwujemy u wielu autorów, ciesząc ich rozwojem, ale tutaj to proces tak niebywale szybki, że aż…. zwyczajnie niemożliwy. Trudno mi bowiem uwierzyć, że można zdobyć takie umiejętności, doświadczenie i literackie wyczucie, zaczynając z tego poziomu, od jakiego zaczynała  autorka Trylogii Grisza, w tak krótkim czasie.
Czy w takim razie autorem „Szóstki Wron” wcale nie jest Leigh Bardugo, a jedynie anonimowy ghostwriter?

Źródło
 Może i ktoś z Was uzna to twierdzenie za przesadę z mojej strony, ale przyznajcie  – wygląda to co najmniej zastanawiająco.
Na moją opinię w tej kwestii z pewnością wpływ miał fakt, że „Szóstkę…” zaczęłam czytać w drodze powrotnej z obozu literackiego, na którym to, oprócz pisania w ilościach ogromnych, mieliśmy również zajęcia praktyczne. Na jednych z nich nasza nauczycielka wyjaśniła nam, kim są ghostwriterzy, czyli osoby, które za wynagrodzeniem piszą, korygują lub redagują różne teksty. Rozmawialiśmy o tym głównie pod kątem pisania na czyjeś zlecenie, najczęściej osoby która później opatrzy pracę swoim nazwiskiem. W osłupienie wprawiła mnie informacja, że zjawisko to jest powszechne i często wydawnictwa (szczególnie zagraniczne) publikują różne formy literackie pod znanym już nazwiskiem, wiedząc, że „to się sprzeda”, zamiast podejmować ryzyko i liczyć straty wtedy kiedy prace jeszcze nieznanych autorów smętnie zbierają kurz na półkach księgarskich. Często dla młodego pisarza, to jedyna forma upublicznienia jego działa. Oczywiście, są wśród ghostwriterów również i takie osoby, które w pełni świadomie pracują jako „pisarz do wynajęcia”. Wydaje mi się, że jeżeli „Szóstka…” rzeczywiście wyszła spod pióra ghostwritera, to raczej mógł być to ktoś właśnie taki.
Nie upieram się przy moim zdaniu, ale proszę Was – miejcie to na uwadze, jeśli zechcecie przeczytać tę książkę. Gorąco Was do tego zachęcam, ponieważ sądzę, że, pomimo swoich wad, „Szóstka Wron” to warta polecenia młodzieżówka, zwłaszcza na teraz, kiedy mamy ostatnie dni lata.

A tymczasem żegnam państwa.

Pozdrawiam 

SophieMarie

niedziela, 6 sierpnia 2017

Bluszcz.

Pięćset lat.
Tyle minęło, odkąd została tutaj zamknięta.
Nie żeby miała jakoś szczególnie dobrą pamięć. Po prostu kresek, rysowanych na ścianie po jednej na każdy rok, było pięćset. 

Źródło
Bogowie niech przeklną wiedźmę, która ją tutaj zamknęła, niech przeklną jej rodziców, bo zawarli z nią ten durny pakt, niech przeklną również jej długowieczność, tak, jej długowieczność, bo przez nią nie mogła zaznać spokoju w objęciach śmierci!

Na początku próbowała się pocieszać tymi wszystkimi bajkami zasłyszanymi jeszcze w dzieciństwie.
W nich piękne księżniczki ratują z opresji równie piękni książęta, a na koniec para bierze wręcz obowiązkowy ślub. 

Później zaczęła się zastanawiać, kto pisze takie głupoty. 

Źródło
Przecież po nią nie przyszedł żaden piękny książę, ba, nawet żaden brzydki się nie pofatygował.
Może to wszystko przez ten cholerny bluszcz, który porastał jej wieżę… miała wrażenie, że z każdym rokiem zielsko rozrasta się bardziej i bardziej. To prawie tak, jakby miało własną świadomość…
Przez te wszystkie myśli bluszcz stał się dla niej synonimem jej wszystkich najgorszych koszmarów.
Budziła się w środku nocy, zlana potem, nadal mając w pamięci widok cienkich pnączy oplatających, a później pożerających jej rodzinę… 

Wiedziała, że gdyby nie on, już dawno by zwiała z tej wieży. Nawet jeśli skok z tak ogromnej wysokości był niebezpieczny, ale przecież zawsze mogłaby się zawiesić na swoich włosach, prawda?
A włosy miała całkiem długie… z resztą, nie po to hodowała je przez ten cały czas, żeby nie móc ich w jakimś sensownym celu wykorzystać!

A jednak myśli o bluszczu, cały ten strach przed nim, nie opuszczały jej. Ciągle, nawet gdy chociaż przez chwilkę zastanawiała się nad ucieczką, zaraz w głowie miała obraz samej siebie, pochłanianej przez cienkie, zielonkawe wężyki…

I tak, przez jedno paskudne zielsko była skazana na tę wieżę, na te misterne zdobienia i freski przedstawiające sceny ze sławnych bitew. Jakby obrazek mógłby jej zastąpić prawdziwe życie, a przedstawione na nim postaci – rodzinę i przyjaciół. 

Wszystko przez ten bluszcz…

Tkwiła w swojej nienawiści do tego paskudztwa, aż, nim się obejrzała, minął kolejny rok. 

Wtedy dostrzegła, że bluszcz przyrósł jej do okna.
Na ten widok serce zaczęło jej bić jak szalone.
Bała się, że lada dzień przebije się przez mętną szybę, przebije się i zacznie oplatać ją swoimi pnączami, aż ją pochłonie, pochłonie, udusi i pożre… 


Straciwszy jakiekolwiek nadzieje na ratunek, położyła się na swym łożu, umiejscowionym – o, słodka ironio – tuż przy oknie. Zamknęła oczy i poczuła, jak serce jej powoli zwalnia. 

Czyżby umierała? 

Miała skrytą nadzieję, że tak, choć póki co jakoś marnie to wyglądało. Nie widziała żadnych świateł na końcu tunelu, nie słyszała żadnych chórów anielskich, nie spotkała żadnych świętych. I przede wszystkim – nie poczuła obecności żadnego z bogów.
Zupełnie inaczej, niż w księgach uczonych mędrców… 



Obudziła się, gdy szare, pokryte chmurami niebo rozjaśniło się. Ciemność zastąpiły promienie słoneczne, wlewające się przez otwarte okno do komnaty.

To zaświaty?
Sen?
Czy może jednak jawa?

Uszczypnęła się w rękę. Zabolało. Czyli jednak żyła.
W takim razie, jak długo spała? Bardzo chciała się tego dowiedzieć… 

Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy wstając dostrzegła na posadzce… człowieka.
A raczej, sądząc po uszach, elfa. 

Z początku sądziła, że to jednak jest sen, że zaraz się obudzi, no, bo przecież to niemożliwe, żeby teraz, po tylu latach od zamknięcia w wieży, ktoś ją wreszcie odnalazł. Prawda? 

Zanim zdążyła zareagować, elf przekręcił się na plecy, ziewnął, przeciągnął się, po czym powoli i dość niezgrabnie, wstał.
W słońcu błysnął wzór wyszyty srebrnymi nićmi na jego kaftanie.
Motyw bluszczu. 


-Kim… ty… jesteś? – zapytała. 

- Sam chciałbym to wiedzieć. – odparł młody elf, po czym znów ziewnął. – Nic, przypomnę sobie za jakiś czas… Cholera, zbyt długo byłem rośliną… Wiem tylko, że chcę stąd zwiać. Nie znoszę tego miejsca. A ty?

Uśmiechnęła się pod nosem.

- Ja również go nie znoszę. – Delikatnie zebrała ręką włosy. – Ale, na szczęście, chyba wiem, jak można się stąd wydostać.

* * *

Krótkie opowiadanko, napisane na obozie literackim. Za zadanie mieliśmy napisać tekst o długości co najmniej pięciuset wyrazów z motywem danej roślinki. Mnie przekazano bluszcz. 
Efekty moich męczarni nad zeszytem można podziwiać powyżej. 

Pozdrawiam

SophieMarie

środa, 28 czerwca 2017

Mam coś ostatnio pecha do książek, czyli post o tym, jak nie powinno się pisać fantastycznych młodzieżówek

Z tytułu pewnie już się zdążyliście domyślić, o co chodzi. Mam pecha do książek, a dokładniej - do fantastycznych młodzieżówek.
To będzie recenzja. Dość ostra  recenzja, choć mam nadzieję, że nie zalicza się ona do hejtu.
Jak nie, to spoko. Jak tak... trudno.
Chciałabym tylko powiedzieć, tak jeszcze w ramach wstępu, że ten post nie ma na celu nikogo obrazić.
Po prostu chciałam bardzo dobitnie wyrazić swoją opinię i postaram się to zrobić najdelikatniej jak się da.
Aha, i jeszcze coś. Ten post będzie bardzo dłuuugi, choć żywię ukrytą nadzieję, że chociaż nielicznym uda się dobrnąć do jego końca.
Okej? To co? Zaczynamy?

* * *
Dzisiaj na warsztat biorę książkę bardzo, ale to bardzo popularną wśród młodzieży. O jej autorce (która, nota bene, była ostatnio na ustach wielu książkoholików z powodu innej swojej książki) mówi się, że jest nową królową Young Adult Fantasy, wychwala się ją za to, jak to niby pięknie pisze...
Kojarzycie już coś? 
Mowa o książce Cień i kość autorstwa amerykańskiej pisarki Leigh Bardugo. 

Źródło
Odkąd w zeszłym roku wydano w naszym zacnym kraju Szóstkę wron, nazwisko tej pani (w domyśle: L. Bardugo) nie dawało mi spokoju. Co chwila gdzieś słyszałam (tudzież czytałam): "Leigh Bardugo to, Leigh Bardugo tamto". 
Mój Rozum mi podpowiadał: "Zośka, przecież ty masz chyba z milion książek do nadrobienia, nie przeczytasz tego!". Jednak pomimo tego, moje Serce się rozradowało, kiedy wracając ze szkoły natknęłam się w księgarni na nowe wydanie pierwszego tomu Trylogii Grisza. Możecie się od razu domyślić, że je kupiłam i czym prędzej popędziłam do domku, szczęśliwa, że wreszcie się dowiem, o co wreszcie z tym całym hype'em na Leigh Bardugo chodzi. I przy okazji dowiem się jak dobra (lub jak zła) jest ta powieść...

Bo wiecie, o ile o już wspomnianej Szóstce… nasłuchałam się wiele dobrego, o tyle wiele złego słyszałam o  Trylogii Grisza.   

Jednak gdy dowiedziałam się, czym autorka inspirowała się pisząc tę trylogię, postanowiłam, że nie spocznę, dopóki nie przeczytam chociaż tego nieszczęsnego pierwszego tomu.

Akcja książki rozgrywa się w Ravce, państwie wzorowanym na carskiej Rosji.
Kraj od ponad stu lat jest przecięty przez pełną magicznych, niebezpiecznych stworzeń Fałdę, która z roku na rok rozrasta się, pożerając wszystko wokół. Aby handlować z sąsiadami, władca zdecydował wysyłać przez Fałdę tzw. Pierwszą Armię, złożoną głównie z sierot. Jedną z nich jest asystentka kartografa i zarazem nasza główna bohaterka, Alina Starkov. W dniu przeprawy przez Niemorze dziewczyna uwalnia w sobie moc, która odpędza atakujące statek Wilkry. Wydarzenie to wywraca jej życie do góry nogami. Ze swojego oddziału trafia do stolicy, Os Alty. Tam rozpoczyna się szkolenie Aliny na jedną z magów i członków krajowej elity zarazem – Griszów – pod okiem ich przywódcy, samego Darklinga…

Mapa świata Griszy / Autorka grafiki: Irene Koh / Źródło

Okej, tyle z fabuły. Uwierzcie mi, to wystarczy. 

Po lekturze mogę jednoznacznie stwierdzić, że pisarka wyraźnie dokonała jakiegoś research’u zanim wzięła się do pracy, jednak był on bardzo powierzchowny... hm, co tam powierzchowny, to za mało powiedziane. 
Research tutaj leży i kwiczy. I woła o pomstę do nieba. 

Będąc ciekawa, w jaki sposób pisarka stworzyła język ravczański, natknęłam się na informację, że nie poszła ona na kurs języka rosyjskiego, a zamiast tego posługiwała się drobnymi tłumaczeniami od poznanej przez Facebooka Mongołki.
Dlaczego? To właśnie mnie bardzo zastanawia, bo umówmy się - język rosyjski jest na tyle popularny, że większość szkół językowych ma go w ofercie, a Leigh Bardugo, z tego co wiem, nie mieszka w jakiejś wiosze na końcu świata (zapomnianej przez Boga i ludzi, oczywiście), tylko w Hollywood. Zakładam więc, że i tam może się znaleźć co najmniej jedna taka szkoła, w której można się tegoż rosyjskiego uczyć. Chyba się ze mną zgodzicie, co nie?

Choć autorka zastrzega się, że ravczański nie stanowi kalki języka rosyjskiego (z niewielkimi naleciałościami z mongolskiego), to pewne językowe sprawy najzwyczajniej w świecie nie dawały mi spokoju. 
Czasami wręcz wyprowadzały mnie z równowagi, bo odnosiłam wrażenie, że Leigh Bardugo po prostu nie chciało się poczytać na temat chociaż samych podstaw rosyjskiego, tylko bezmyślnie wpisywała do tekstu to, co przetłumaczyła jej internetowa znajoma.
Co prawda, Leigh Bardugo na swojej stronie zamieściła artykuł, wyjaśniający, dlaczego postąpiła w kilku przypadkach tak a nie inaczej (klik!), ale dla mnie to po prostu za mało, dlatego postanowiłam przekazać Wam pewne moje spostrzeżenia. 

Na pierwszy ogień weźmy sobie tytuł trylogii. Grisza? Skąd w ogóle wzięło się takie słowo?
Pisarka w swoim artykule napisała, że ten wyraz bardzo kojarzył jej się z gejszą (ang. geisha), a więc z czymś bardzo wschodnim, wręcz orientalnym.
Czym jednak jest ten wyraz w rzeczywistości? Otóż, moi drodzy, jest to zdrobnienie od rosyjskiej wersji naszego imienia Grzegorz (dla porównania angielska wersja to Gregory), czyli od Grigorija.
No i co z tego, Zośka?
- pewnie się ktoś by się mnie tak zapytał.
Żeby przedstawić Wam w czym problem, posłużę się (może trochę spolszczonym) przykładem. Otóż, z rosyjskiego punktu widzenia, ta seria tak naprawdę nazywa się Trylogia Grzesia. A właściwie to nawet nie Trylogia Grzesia, tylko Trylogia Grześ, ale to mniejsza z tym. Rozumiecie teraz, o co mi chodzi? Nie? To zaraz zrozumiecie.

Źródło

Inna rzecz również mnie bardzo zastanawia w tej książce, a mianowicie sposób w jaki autorka nazywa swoich bohaterów.
Na przykład, już od pierwszych stron denerwował mnie fakt, że Alina nazywa się Starkov. Dlaczego? Ano dlatego, że, gwoli ścisłości, powinna się nazywać Starkova.
Wielu fanów tej książki teraz by chętnie mi powiedziało: "Ale to jest Ravka, a nie Rosja, więc czego się czepiasz?".
Do nich mam takie oto pytanie: czy wyobrażacie sobie, że bohaterka żyjąca w świecie inspirowanym Polską nazywa się np. Kowalski, Malinowski albo, dajmy na to, Potocki? Żeby było mało, twórca uważa, wręcz upiera się, że to nic takiego, ba, że to w pełni poprawny sposób nadawania nazwiska. Dlaczego? Ponieważ on/ona wymyślił specjalny język, w którym to jest poprawne.No, i niby ma rację. Ale, przyznajcie się, czulibyście jakiś tam niesmak, prawda?
O tym Leigh Bardugo również napisała w swoim artykule; tworząc swój świat, postanowiła, że - w przeciwieństwie do Rosji - w Ravce nazwiska nie odmieniają się wedle płci.
Czyli teoretycznie sprawa z nazwiskami jest załatwiona.

Dlaczego jednak tylko teoretycznie? 
Przez zupełny przypadek natknęłam się w Internecie na spoiler (błagam, nie bijcie mnie!) dotyczący pewnego męskiego bohatera, którego nazwisko brzmi… Morozova. I tutaj wpadłam w konsternację. No, bo niby Leigh Bardugo twierdzi, że w jej historii nazwiska się się nie odmieniają według płci, a tutaj taki michałek... który, bez względu na to, czy będziemy brali pod uwagę zasady stworzone przez pisarkę czy też nie, jest niepoprawny. Gdzie się podziewa tutaj logika?
Jak się pewnie spodziewacie, powinien on się nazywać Morozov...

Źródło

Jeszcze inny bohater, na którego zwróciłam uwagę, ma na imię Botkin. Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy pojawił się w książce, ciągle wracałam do tego fragmentu i czytałam go od nowa, chcąc się upewnić, czy to aby na pewno prawda. Ale tak - imię tego bohatera brzmi Botkin.
Co w tym złego? 
No, nie mówi Wam to czegoś? Na przykład: Woronin, Smiertin, Sorokin, Panin, Szelygin, a nawet takie jak Szyszkin, Gagarin, Bakunin, Lenin czy Stalin? Wszystkie te wyrazy z imieniem Botkina łączy końcówka -in.
A wiecie czym one są (choć to w sumie pytanie retoryczne, bo nawet niekumaci po tych trzech ostatnich powinni się domyślić)? Nazwiskami.
Imię bohatera brzmi tak, jakby było nazwiskiem. (A tak na marginesie, to przykładowe nazwiska wzięłam stąd: klik! i klik! oraz z mojej własnej pamięci;p)
Ponadto, ten bohater nawet nie jest Ravczaninem, pochodzi z Szu Hanu, który, jak mniemam, jest inspirowany Chinami albo jakimś innym azjatyckim państwem. Zupełnie więc nie rozumiem, czemu ma on rosyjskie (chyba powinnam była napisać: ravczańskie) imię...  Pani Logiko, gdzie się pani podziała?

Kończąc temat języka oraz nadawania imion, chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Teraz naprawdę ktoś może uznać, że się czepiam, ale ja po prostu nie mogę wytrzymać.
Więc tak: ci, którzy uczyli/uczą się języka rosyjskiego i/lub wiedzą więcej o kulturze rosyjskiej niż przeciętny Kowalski, zdają sobie sprawę z istnienia tzw. patronimików tudzież otczestw. Jest to określenie dodawane po imieniu danej osoby, mówiące jak ma na imię ojciec posiadacza (w Skandynawii oprócz nich istnieją również utworzone od imienia matki matronimiki, ale to mniejsza z tym).
Oznacza to, że gdybym była Rosjanką i, dajmy na to, mój ojciec miałby na imię Aleksandr, to oficjalnie nazywałabym się Sofija Aleksandrowna i kiedy ktoś chciałby się do mnie zwrócić w sposób oficjalny, nazwałby mnie właśnie w ten sposób. A gdybym miała brata o imieniu, dajmy na to, Wasilij, to nazywałby się on Wasilij Aleksandrowicz. Oczywiście, patronimik nie dyskwalifikuje zwykłego "proszę pana/pani", ale jego używanie stało się już dawno tradycją i uchodzi za bardzo kulturalne.
A jak chcecie wiedzieć więcej, to ciocia Wikipedia prawdę Wam powie: klik!
Tylko teraz pewnie ktoś się zapyta: Zośka, ale po co ty, kobieto, nam to wszystko mówisz?
Otóż, wykładam Wam tę wiedzę przez cały akapit po to, by zadać jedno pytanie. Dlaczego tychże otczestw tudzież patronimików nie ma w tej książce? Chcąc dowiedzieć się, dlaczego Leigh Bardugo zdecydowała się na taki zabieg, nie znalazłam nic, jak internet długi i szeroki. Czyżby to możliwe, że research wykonany przez pisarkę był na tyle powierzchowny, że zwyczajnie w świecie nie wie (a przynajmniej nie wiedziała w trakcie powstawania trylogii) ona o ich istnieniu...? Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach.

Przechodząc do nowego tematu, bardzo rzuciło mi się w oczy zamienne używanie przez Darklinga słów car/caryca oraz król/królowa w odniesieniu do władców Ravki.
Już z lekcji historii niemal każde dziecko wie, a przynajmniej powinno wiedzieć, że słowo car wcale nie znaczy król (bo po rosyjsku to korol'), ale cesarz bądź imperator.
We wcześniej wspomnianym artykule Leigh Bardugo nie wyjaśniła, dlaczego tak zrobiła. Fani tej trylogii pewnie znów ostrzą na mnie teraz swoje zęby, bojowo wykrzykując: "To jest Ravka, nie Rosja, głupia!".
Jakby to podsumować... mylenie tak prostych pojęć jak król oraz car, bez względu na fakt, co miała na myśli autorka, wskazuje tylko i wyłącznie na ignorancję twórcy. Koniec, kropka.

To potknięcie pisarki może przez co niektórych zostać uznane za kontrowersyjne. Tutaj argument, że „autor ma prawo wykreować świat taki, jak mu się żywnie podoba” może mieć większą rację bytu.
Jednak ja po dłuższym czasie doszłam do wniosku, że warto o tym wspomnieć.
A mianowicie, ulubionym napojem alkoholowym Ravczan, którym upijają się na umór, jest kvas. W rzeczywistości kvas (właściwie po polsku to powinno być: kwas) to napój bezalkoholowy lub ewentualnie zawierający tegoż alkoholu niewielkie ilości. Pije się go latem, dla ochłody, głównie w Rosji, na Białorusi i Ukrainie.

Kwas chlebowy / Źródło

Z jednej strony mam tutaj uraz do Leigh Bardugo, bo jej czytelnicy mogą sobie przyswajać w ten sposób nieprawdziwe informacje. Jednak z drugiej strony trochę rozumiem, czemu w miejscu kvasu nie pojawiła się tak dobrze nam znana wódka (lub vodka, jak pewnie napisałaby autorka) – spodziewam się, że pisarka nie chciała w ten sposób zachęcać lub przynajmniej zostać posądzona o zachęcanie młodzieży do picia tego alkoholu. A poza tym, wódka jest w jakiś sposób zbyt oczywista, bo wszyscy ją znają. Więc jakiś mały plusik twórczyni się należy. (Z artykułu dowiedziałam się nawet, że takie właśnie były motywacje L. Bardugo, więc plusik również dla panny Zofii za to, że... umie czytać w myślach?)

Jeśli jakoś miałabym podsumować mój ogląd na cały świat Griszów, to powiem, że bardzo, ale to bardzo widać, że został on stworzony przez Amerykankę, która na dodatek nie wykonała żadnego znaczącego wysiłku, aby poznać i zrozumieć kulturę Wschodu.
No, niby to nie jest Rosja, ale przydałoby się tu nieco więcej tej rosyjskości wepchnąć. Zamiast chociaż delikatnego oddania tej charakterystycznej, wschodniej mentalności, ze wszystkimi jej odmiennościami od świata zachodniego, mamy tutaj (pseudo)amerykańskich bohaterów z rosyjsko brzmiącymi imionami i nazwiskami.
Do tego dochodzi kilka słów kluczy typu cerkiew (choć to już pochodzi z polskiego tłumaczenia, bo w oryginale było church), ikona (ale pop jako określenie kapłana prawosławnego już tu nie występuje – tłumaczka z niewiadomych przyczyn przetłumaczyła słowo priest na ksiądz), samowar, car, da, niet, kapitan… i proszę, Rosja… tfu, Ravka jak malowana.

Jak już wcześniej pisałam, widać, że autorka co nieco poczytała, ale taką wiedzę, jak ona to ma się po przeczytaniu zaledwie kilku, może dwóch-trzech, opracowań. Choć czasami tekst wyglądał dla mnie tak, jakby pisarka przeczytała tylko kilka artykułów na Wikipedii i stwierdziła, że to wystarczy. Tyle ciekawych faktów historycznych, ludowe zwyczaje, mitologia słowiańska, więcej inspiracji strojami (dlaczego w tej książce kobiety nie noszą kokoszników? A chcesz wiedzieć co to właściwie jest kokosznik? Klik! Klik!) ...

Podobne zdanie na ten temat ma Klaudia z kanału Odczytaj oraz bloga o tej samej nazwie. Pod jednym z jej filmików nawet napisałam dość wyczerpujący komentarz, na który otrzymałam równie wyczerpującą odpowiedź:) Z resztą, zobaczcie sami:


Morał z mojej paplaniny jest krótki, ale najwyraźniej nie wszystkim znany: 
Jeżeli piszecie jakąś historię i inspirujecie się w niej jakąś kulturą, okresem historycznym et cetera, et cetera, to nigdy nie traktujcie tej inspiracji po macoszemu. Nawet jeśli to tylko inspiracja, jak twierdzi Leigh Bardugo, to jednak warto więcej poczytać i więcej wiedzieć. Również, jeśli to młodzieżówka.
Wtedy masz znacznie większą szansę na to, że nie popełnisz głupich błędów, twój świat będzie bardziej szczegółowy i interesujący.
I nie będzie wtedy on taki nierealny i papierowy jak świat Griszów. 
Dziękuję za uwagę.

Kolejnym elementem składającym się na całokształt „Cienia i kości”, a który koniecznie chciałabym omówić, są jej bohaterowie.
Na pierwszy ogień idzie nasza bohaterka i Przyzywaczka Słońca, Alina Starkov.
Przyznam się bez bicia, na początku sądziłam, że ta dziewczyna ma jakiś potencjał, a wszelkie podejrzenia uciszałam w przeciągu ułamka sekundy... dopóki nie ujawnił się jej talent. Od tamtej pory u około siedemnastoletniej Aliny zaczynały się objawiać nie do końca przeze mnie pojęte pokłady naiwności i dziecinności. Przez parę stron jeszcze próbowałam sobie to tłumaczyć jej wychowaniem w sierocińcu, niskim wykształceniem oraz przeżytym szokiem w związku z uwolnieniem się mocy. Jednak im dalej w las, tym było gorzej. Chyba nie zliczę, ile razy pacnęłam się w czoło, bo Alina powiedziała lub zrobiła coś, czego nawet dwunastoletnia ja nie ważyłaby się powiedzieć lub zrobić. Jak ta dziewucha przetrwała w carskiej armii, to ja nie wiem...
Cóż by Wam jeszcze na jej temat rzec?
Poza swoim infantylizmem, Alina posiada cechy typowe dla innych bohaterek książek z gatunku Young Adult: jest niepewna siebie, uważa o sobie, że jest brzydka, na przystojnego faceta reaguje nagłym przyspieszeniem rytmu serca i wręcz obowiązkowym rumieńcem...
Moim zdaniem autorka stworzyła ją w zamyśle jako anty-Mary Sue; nie dała jej żadnych niezwykłych cech wyglądu czy charakteru, zamiast tego uczyniła jej wygląd jak najbardziej przeciętnym i niewyróżniającym się, a charakter - słabym. W moim osobistym odczuciu, Alina to klasyczny przykład tego, jak anty-Sue może szybko zamienić się w jak najbardziej Sue, i to w dodatku w wersji Szara Myszka.
Więcej chyba nie trzeba mówić. 

Źródło
 Na drugi ogień idzie Darkling, wszechpotężny lider Griszów, mający z pewnością grubo ponad sto lat. Na podstawie jego powiązań z rodziną carską/królewską (niepotrzebne wykreśl) doszłam do wniosku, że jego historycznym pierwowzorem był nikt inny jak sam… Grigorij Rasputin.
Co? Zaskoczeni? Czy może większość z Was myślała, że na Rasputinie autorka oparła Apparata?
Cóż, do takich wniosków doszłam nie tylko ja, ale również pewna Youtuberka, Nicole z kanału WoolfsWhistle, która, nota bene, jest Rosjanką i mieszka w Moskwie.
Jej filmik macie poniżej:


A jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości lub chciałby się więcej o Rasputinie dowiedzieć, to zapraszam do Wojtka z Historii bez Cenzury.

Okej,  więc skoro już sobie tę kwestię wyjaśniliśmy, to pewnie się teraz zastanawiacie, czy autorka wiernie opisała Darklinga-Rasputina, jego historię, oddała charyzmę jego osobowości?
Cóż, właściwie, poza bardzo luźną inspiracją, naszego Griszy (pamiętacie, że Grisza to zdrobnienie od Grigorija?) jest bardzo mało w… liderze Griszów.
Bo Darkling pełni w tej historii rolę tak dobrze nam wszystkim znanego, nazwijmy go, Mrocznego Przystojniaka.
Jest przede wszystkim bardzo tajemniczy i mroczny. A przynajmniej autorka chce, żeby tak o nim myśleć.  Przykład: mało mówi o sobie - znaczy, mówi Alinie, że nie będzie o sobie mówił, ale linijkę później już jej mówi. Jeszcze raz pytam: gdzie tu logika i styl, proszę państwa?
Ponadto, jest niezwykle przystojny, tak przystojny, że wszystkie griszaickie i nie-griszaickie dziewczęta na jego widok po prostu miękną… no, dobra, przyznaję się, nie wszystkie. Ale ogromna liczba z pewnością.
Osobiście, dla mnie jedynym plusem związanym z jego postacią był twist fabularny na końcu, choć muszę przyznać, że nie był on tak znowu oryginalny i niespodziewany… po prostu działo się coś w miarę ciekawego i tyle.

Mieliśmy już naszą niewiastę-heroinę, Mrocznego Przystojniaka… czas na przyjaciela naszej bohaterki. A jest nim tutaj Malien Orecev, w zdrobnieniu Mal, przyjaźniący się z Aliną od dzieciństwa. Właściwie, to niewiele on się różni od innych postaci występujących w tej książce. Jego także definiuje głównie jedna rzecz, w tym przypadku przyjaźń z Aliną oraz, po czasie, miłość do niej. Jedyną rzeczą, jaka go różni od typowego chłopca z friendzone jest fakt, że kocha się w Alinie z wzajemnością. Z minimalną, ale zawsze z wzajemnością.
Poza tym, Mal, pomimo przewidywalności swojej postaci, jakoś mniej mnie denerwował od naszej heroiny i Mrocznego Przystojniaka.Choć wiem, że tutaj opinie są dość podzielone.
Czy istnieją jeszcze jakieś inne zalety tej postaci? Hm, nie przypominam sobie żadnych.
Hm, wcześniej już wspominałam, że Alina szkoliła się w Os Alcie pod okiem samego Darklinga.
Tylko, że kto w końcu zajmował się jej nauczaniem? Otóż, byli to Botkin, opisany przy okazji językowych nieścisłości nieco powyżej, oraz Baghra. To na niej właśnie chciałabym się na chwilę skupić.

Otóż, drodzy czytelnicy, Baghra jako jedna z nielicznych postaci w tej książce zdobyła moje skamieniałe, zimne jak Wieczna Zmarzlina przy granicy Fjedrą, serce. Stało się tak głównie dzięki jej mitologicznemu pierwowzorowi, czyli Babie Jadze. Baghra, dokładnie jak Baba Jaga, mieszka w chatce na odludziu, uczy dzieci - w tym przypadku griszaickie - oraz włada prastarą, niezwykle potężną magią. Co więcej, jej rola w powieści nie sprowadza się tylko i wyłącznie do bycia tą nauczycielką, jest kimś więcej.
Żałuję tylko, że tak mało było jej w tej książce, bo jej postać miała tak ogromny potencjał, który nawet w połowie nie został wykorzystany.

Ogółem, mam wrażenie, że większość postaci w tej historii to istny zmarnowany potencjał. Oprócz tych, które wymieniłam Wam powyżej, mogłabym dodać jeszcze kilka, na przykład Zoję czy Genię...
Leigh Bardugo tworzy swoich bohaterów w sposób bardzo powierzchowny; w pewnym sensie przypomina to taką taśmę produkcyjną - dajemy kilka podstawowych cech charakteru i wyglądu, potem do widzenia. I tak w kółko. Bez żadnego zagłębiania się w czyjąś psychikę, no bo po co?

Jak widać po tym, co napisałam do tej pory, nie podobała mi się ta książka i znalazłam w niej tyle pozytywów co przysłowiowy kot napłakał.

Pierwszym z nich jest fakt, że "Cień i kość" czyta się ją bardzo szybko. Po części wynika to z – wbrew pozorom – nieskomplikowanej fabuły, po części z bardzo prostego języka autorki. Czytając, często odnosiłam wrażenie, że czytam czyjeś słabe opowiadanko na Wattpadzie. Nie żebym miała coś do Wattpada, sama z niego korzystam i na nim piszę, no, ale Wattpad to Wattpad. Ma swój specyficzny styl, którego osobiście nie uważam za zbyt wysoki i uważam, że nie powinien on występować poza internetem, czyli, na przykład, w książkach.
Poza tym, narracja w tej historii jest pierwszoosobowa, a narratorem jest Alina we własnej osobie, a jak już wiecie – nie przepadam za tą dziewuchą, więc im szybciej przestałam wczytywać się w jej biadolenie i suche opisy, tym lepiej.

Drugi plus nawet nie stanowi zasługi samej autorki, ale cały design oryginalnego wydania, który stworzyły dwie graficzki: April Ward oraz Keith Thompson. Z lekkim wstydem (no, bo Ktoś Mądry kiedyś powiedział, że nie należy oceniać książki po okładce) przyznaję się, że to właśnie okładki zachęciły mnie do kupna całej trylogii po angielsku. A prezentują się one właśnie w ten sposób:

Źródło
Dodatkowo jeszcze powstał plakat promujący całą trylogię. Jego autorką jest Irene Koh. Macie go poniżej:
Źródło
A tak dla porównania prezentuje się pierwsze polskie wydanie (w moim odczuciu bez rewelacji):


Winszuję tym, którzy dotrwali do końca.
Zanim zakończę tego posta i się z Wami pożegnam, jeszcze raz podkreślę, że nie mam na celu nikogo urazić, a jedynie chciałam wyrazić swoje zdanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że czasem puszczały mi w tej recenzji nerwy. Będę bardzo wdzięczna wszystkim życzliwym czytelnikom, którzy to zrozumieją.

Dziękuję za uwagę:)

horsefan

piątek, 21 kwietnia 2017

Miało być świetnie, a wyszło... jak wyszło. Czyli o "Gniewie i świcie" słów kilka

Witam po dłuższej przerwie. Stęskniliście się?

Eh, całe szczęście, od dziś temat egzaminów uważam za zamknięty. I to bardzo dobrze, bo gdybym jeszcze coś miała w najbliższym czasie pisać... eh, nie wiem, czy bym to zniosła.

W ramach mojego małego "powrotu" chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat pewnej książki, która, mówiąc delikatnie, bardzo mnie rozczarowała.

Jedźmy z tym koksem!

* * * 
Na wstępie pragnę się tylko zwrócić do ludzi, którym ta książka się podobała:
Nie mam na celu Was obrazić.
Książka jest po to wywoływać różne emocje, by o niej dyskutować i wyrażać swoją opinię.
Jeżeli nie chcecie czytać tej recenzji, nikt Was do tego nie zmusza, na moim blogu znajduje się cała masa innych postów i mogę się założyć, że któryś może Was zainteresować.
Więc weźcie sobie te słowa do serca, zanim zmieszacie mnie z błotem. 
Dziękuję za uwagę. 

A ci, którzy jeszcze nie czytali, pewnie już zdążyli się domyślić, że omawiana przeze mnie dziś powieść wywołuje naprawdę skrajne emocje... cóż to takiego może być? Czyżby... 50 twarzy Greya? Tfu, tylko nie  ten gniot, nigdy w życiu!
Mowa o czymś innym. Czymś zdecydowanie bardziej zjadliwym niż słynny karny Grey, ale jednak nadal niezbyt porządnie wykonanym.

Źródło
Zacznę może od tego, dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę. 

Ostatnio popularność wśród powieści fantastyczno-młodzieżowych popularność zyskują sobie tzw. retellingi (z j.ang. retell – opowiedzieć na nowo). Nie jest mi do końca wiadome, kto rozpoczął tę modę – czy to Sarah J. Maas ze swoim Dworem cierni i róż czy może ktoś inny, o kim jeszcze nie słyszałam. Tak czy owak, postanowiłam, że czas wreszcie dowiedzieć się, co w trawie literackiej piszczy i przeczytać jakiś retelling, ot z czystej ciekawości.
Długo nie dane mi było szukać, gdyż z pomocą zaraz przyszedł mi YouTube (a dokładniej to jego pewna sfera zwana BookTube’em) z Cat z kanału Cat Vloguje na czele. To właśnie z jej filmiku dowiedziałam się o istnieniu powieści „Gniew i świt” autorstwa amerykańskiej pisarki Renée Ahdieh.

Opowiada ona historię, którą zapewne każdy z nas zna od lat.

W krainie inspirowanej średniowiecznym Bliskim Wschodem od kilku lat sprawuje despotyczne rządy młody kalif, Chalid. Władca co noc bierze sobie nową małżonkę, by o świcie pozbawić ją życia za pomocą jedwabnego sznura.
Szesnastoletnia Szahrzad Al-Chajzuran jako pierwsza w historii zgłasza się, by zostać żoną kalifa. Jej celem jest zemsta na władcy za zabicie jej najlepszej przyjaciółki, Sziwy, i wyzwolenie Chorasanu raz na zawsze spod rządów tyrana.
Noc  w noc, Szahrzad jest zmuszona opowiadać kalifowi coraz nowsze historie, by wykupić sobie czas na poznanie jego kolejnych cech i słabości… czy dziewczyna podoła zadaniu? 

Jak można się od razu domyśleć, mamy tutaj do czynienia z opowiedzianą na nowo historią Szeherezady, legendarnej autorki Baśni tysiąca i jednej nocy.  Już sam ten fakt pobudził moją wyobraźnię na długo, zanim zabrałam się do lektury. Bo któż z nas jako dziecko nie słyszał o Alladynie i jego magicznej lampie, o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach czy o Sindbadzie Żeglarzu? 

Rzadko się zdarza, żebym miała jakieś konkretne wyobrażenia co do treści książki, zanim zaczynam ją czytać. A nawet jeśli one są – to nie na tyle znaczące, żebym przeżywała później z tego tytułu wielkie rozczarowanie w rodzaju, że pisarz napisał inaczej niż ja chciałam, cóż z tego, że to on jest autorem, kiedy to ja chciałam, żeby napisał inaczej.  W odniesieniu do tej książki także nie miałam takich wyobrażeń,  chociaż w przypadku retellingu byłoby – sami przyznacie – więcej niż uzasadnione.  Tym razem jednak wprost nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, jak autorka poradziła sobie z zadaniem, oczywiście będąc w głębokim przekonaniu, że dostanę dawkę – przynajmniej jak na młodzieżówkę – świeżej, dobrze napisanej historii ze szczyptą oryginalności. 

Jak już wiecie, czekało mnie gorzkie rozczarowanie. 
(I to chyba po raz pierwszy w mojej karierze czytelniczej.)

Skoro już przeszłam w takie pesymistyczne tony, to zacznę może od minusów powieści, których dopatrzyłam się znacznie więcej niż plusów.
Po pierwsze, główna bohaterka  - Szahrzad Al-Chajzuran.
Ci, co mnie znają, wiedzą, że sobie cenię silne, zdecydowane bohaterki, dążące do swojego celu bez względu na wszystko. Szazi (bo tak jest ona pieszczotliwie nazywana przez innych bohaterów książki) również wydawała mi się być taką postacią.
Inteligentna. Zdolna do prowadzenia własnej intrygi. Pozbawiona skrupułów.
A przynajmniej taką dziewczyną jest na początku.
Im więcej czytałam, tym bardziej odnosiłam wrażenie, że autorka w pewnym momencie zapomniała, o czym właściwie pisze, a tym samym – kim ma być jej główna bohaterka. Mniej więcej od połowy powieści Szahrzad przestaje dążyć do swojego celu i niemalże, ot tak, po prostu, ulega  urokowi – urokliwego, nomen omen - Chalida. 
Nie chodzi mi tu nawet o sam fakt, że do tego w końcu dochodzi, ale sam sposób w jaki przedstawiła to autorka. To po prostu było zbyt proste, czasami wręcz naiwne. W głowie latało mi chyba z milion wykrzykników. Miałam ochotę potrząsnąć Szazi i wrzasnąć jej prosto w twarz: "Kobieto! Przecież ten facet zamordował twoją najlepszą przyjaciółkę, ogarnij się!"
Oczywiście, od momentu, kiedy Szahrzad zakochuje się w swoim własnym mężu, w fabule coraz bardziej widoczne stają się schematy typowe dla innych romansideł (bo nie romansów) dla nastolatek. 
A stąd już tylko krok do kolejnej kalki i oto Chalid okazuje się nie być winnym śmierci swoich poprzednich małżonek. Ten wątek, jak się zapewne spodziewacie, także wydał mi się dość naciągany i zbyt uproszczony.

Przejdźmy do następnego punktu. 

Drugim elementem, który niemile mnie zaskoczył, były błędy logiczne. Dopatrzyłam się ich tu całkiem sporo, ale pragnęłabym skupić się na jednym.
Sądziłam, że takie coś nie ma już prawa pojawić się we współczesnej literaturze, nawet tej popularnej, przeznaczonej dla nieco młodszych czytelników.
Lecz i tym razem się przeliczyłam.
Czy kiedykolwiek słyszeliście, żeby niewolnica, i to w dodatku z obcego kraju, pyskowała swojej pani? Żeby traktowała ją z góry? Albo – o zgrozo – nazywała ją: "smarkatą kalifą"? (Nie wymyśliłam tego, takie określenie naprawdę pada w tej książce!)
W ten właśnie sposób do Szahrzad odnosi się Despina – przydzielona jej służka, z pochodzenia Greczynka. To jedna z postaci, którą autorka miała szansę uczynić naprawdę interesującą, ale zamiast tego już na wstępie strzeliła sobie w stopę (autorka, oczywiście, a nie bohaterka, ta jest Bogu ducha winna), wyjawiając, że Despina jest w rzeczywistości agentką, mającą szpiegować Szazi na zlecenie Chalida.
Do tej pory zachodzę w głowę, jak do tego doszło, że tylu ludzi przeczytało i zrecenzowało tę książkę, a jeszcze chyba nie widziałam opinii, w której ktoś by zwrócił uwagi na ten błąd.
A szkoda.

I w końcu dochodzimy do kolejnego, już trzeciego, detalu, przez który lektura „Gniewu i świtu” mi naprawdę zbrzydła.
A mianowicie – dialogi.
To, co w mniemaniu autorki ma brzmieć podniośle, może nawet poetycko, dla mnie stanowiło idealny przykład tego, jak NIE należy pisać dialogów.
Rozumiem, że bohaterowie muszą mówić w ten sposób w nieco bardziej oficjalnych sytuacjach np. kiedy Chalid przyjmuje w pałacu swojego wuja, sułtana Partii. W takich przypadkach nie miałam żadnych zastrzeżeń.
Ale czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, że zwracacie się do swojego najlepszego przyjaciela tudzież przyjaciółki (jeżeli oczywiście takowego/takową posiadacie) w taki sposób, jakbyście żyli w jakiejś epopei narodowej? (O Panu Tadeuszu już nie wspomnę…)
Jak znam życie, pewnie wasza odpowiedź brzmi: nie. No właśnie. 

To chyba na tyle z moich największych zastrzeżeń do pani Ahdieh i jej sposobu prowadzenia historii.
Teraz czas na plusy, których co prawda jest tyle, co kot napłakał, ale nie byłabym sobą, gdybym o nich chociaż nie wspomniała.

Po pierwsze, o „Gniewie i świcie” można wiele złego mówić, ale jednego tej powieści odmówić nie można – a mianowicie, bardzo intrygującego klimatu.
Składają się na niego głównie opisy strojów, biżuterii, jedzenia, miejsc, które – w porównaniu z pozostałymi elementami składającymi się na tę historię – uważam za całkiem dobre. Tak, „całkiem dobre” to bardzo odpowiednie określenie. (Właściwie to dzięki nim mój egzemplarz książki nie przeżył niemiłego spotkania pierwszego stopnia ze ścianą w moim pokoju, ale to już szczegół.)

Drugą zaletą tej powieści (tu samą siebie zadziwiłam, ponieważ w innych okolicznościach w ogóle nie uznałabym tego za jakikolwiek plus) jest to, że bohaterowie sprawiają wrażenie starszych, dojrzalszych i bardziej doświadczonych aniżeli w rzeczywistości. Przy odrobinie złej woli, ten efekt mógłby być także uznany za kolejną wpadkę autorki, a konkretnie za  nieznajomość ludzkiej psychiki i tego , w jak dużym stopniu determinowana jest ona przez wiek. Ale przy odrobinie dobrej woli, a tę chciałabym wykazać, może ona być także potraktowana pozytywnie. Być może w tamtych, bliżej nieokreślonych czasach, o których swoją opowieść snuje Renée Ahdieh, nastolatki były bardziej dojrzałe i doświadczone różnymi kolejami życia. Zatem niech będzie plusem dla Ahdieh, że 16-letnia bohaterka, jej przyjaciele z dzieciństwa, Tarik oraz Rahim, i w końcu sam Chalid (zaledwie o dwa lata starszy od swojej żony) zachowują się jakby mieli co najmniej dwa razy tyle.
I na koniec trochę przekornie stwierdzę, że gdyby ci wszyscy bohaterowie zachowywali się tak, jak powinni to robić ich rówieśnicy (moi rówieśnicy), to pewnie rzuciłabym lekturę tej książki (o wyżej wspomnianą ścianę, zapewne), zanim dotarłabym do połowy… 

Eh, co tu wam więcej powiedzieć?
Wiecie, dla kogo jest z pewnością ta książka?
Dla kogoś z niewielkimi oczekiwaniami.
Dla kogoś chcącego się odprężyć po długim, stresującym dniu w pracy, w szkole czy na uczelni, pragnącego zatopić się w tanim, niezobowiązującym romansidle.
Ale nie dla kogoś, kto oczekuje, że będzie to jedna z lepszych powieści młodzieżowych jakie czytał w życiu.
Bo uwierzcie mi – nie będzie.



To właściwie tyle na dziś. Trzymajcie się ciepło. 

Pozdrawiam 

horsefan

Szóstka Wron.