Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 sierpnia 2017

Zaczynam od nowa.

Witam.

Pewnie właśnie się zastanawiasz, co tutaj robisz? Trafiłeś (lub trafiłaś, jeśli jesteś osobnikiem płci pięknej) na jakiegoś bloga, którego tytuł sugeruje, że autorka ma całkiem nierówno pod sufitem, w dodatku sam/a jesteś totalnie zagubiony/a.

Otóż, drogi Przyjacielu tudzież Przyjaciółko, nie jestem tutaj nowa. Może już zdążyłeś/aś zauważyć starsze posty, w których autorka podpisuje się pseudonimem horsefan. Tak, koleżko - wcześniej ten blog nazywał się Wszystko według horsefana, a jego adres wyglądał w ten sposób: zycie-wedlug-horsefana.blogspot.com.

Pewnie się teraz chętnie zapytasz, po co mi była ta zmiana?


A ja odpowiem Ci w ten sposób: zmiany są dobre. Korzystne. Warto od czasu do czasu zmienić w swoim życiu.
Ja pod pseudonimem horsefan funkcjonowałam w sieci od ponad pięciu lat, tj. odkąd w 2012 roku, na majówkę, założyłam swojego pierwszego bloga. Jego tematyką, o ile się nie mylę, było wszystko, co jest związane z końmi; jazda, rasy, a nawet plastikowe figurki koni marki Schleich.
I stąd właśnie wziął się pomysł na mój poprzedni pseudonim.

Jeśli ktoś jest ciekawy, co dalej było z tym blogiem o koniach, to również o tym opowiem.
Prowadziłam go przez trzy lata, do 2015 roku. Bo właśnie wtedy stwierdziłam, że to wszystko jest po prostu bez sensu. Umówmy się, nie umiałam wtedy jeszcze zbyt dobrze pisać, a posty o rasach koni to właściwie stanowiły kalkę tego, co przeczytałam w jednej z moich książek na ten temat. Frustrowało mnie to, że ciągle musiałam wyszukiwać tematy do postów, kiedy już wcale nie sprawiało mi to żadnej frajdy.
No i w końcu porzuciłam tego bloga.

Później założyłam już wspomniane Wszystko według horsefana. No i prowadziłam tego bloga, prowadziłam... aż parę dni temu sobie pomyślałam:
Dlaczego, do jasnej cholery, ten blog nazywa się "Wszystko według horsefana"? 

No, bo widzisz, na wszystkich innych mediach społecznościowych (może z wyjątkiem Facebooka;P) nazywam się SophieMarie, względnie SophieMariePL. Więc czemu i tutaj nie miałabym również tak się nazywać?
Tak powstał Dziwny świat panny Zofii, który stanowi swoistą kontynuację tego, co pisałam poprzednio. Nie będę usuwać starych postów, jeśli kogoś to interesuje. Po prostu będę dalej pisać.
Od nowa.

Hm, pewnie teraz się zastanawiasz, jak powinnam zakończyć ten post?
Nie martw się. Ja też nie wiem, choć bardzo bym chciała.

Może tak na pożegnanie powiedzmy sobie po prostu: do zobaczenia w następnym poście?


SophieMarie

sobota, 17 czerwca 2017

Pisarskie porady horsefana #1 - Jak sprawić, by twoja postać nie była Mary Sue?

Okej. Troszkę czasu mnie tutaj nie było, prawda?

Podobno od zeszłego postu  miałam więcej pisać. Podobno.
Cóż, nie wyszło. Jeszcze jeden egzamin miałam do zaliczenia.
Teraz już jestem po jego napisaniu, więc mogę wrócić do mojej małej blogerskiej działalności.
Bez zbędnego gadania - przejdźmy do tematu posta.

* * *

Jeżeli wcześniej nie znałeś/aś tego bloga, to zapewne trafiłeś/aś tutaj, ponieważ chciałbyś się dowiedzieć czegoś więcej na temat sztuki pisania.
A dokładniej, wnioskując po tytule posta, chcesz się dowiedzieć, jak sprawić, by stworzona przez Ciebie postać nie stała się kolejną Marysią Sójką dryfującą w morzu innych Marysi Sójek. 


Zacznijmy więc od tego podstawowego pytania:   
Kim (lub czym) jest Mary Sue? I skąd w ogóle taka dziwna nazwa?

Nazwa ta wywodzi się od opowiadania autorstwa Pauli Smith "A Trekkie's Tale", opublikowanego w 1972 roku. Tekst od samych podstaw jest parodią serialu "Star Trek", a jego do szpiku kości upiększona główna bohaterka nazywa się właśnie... Mary Sue.
Występują również inne warianty tego określenia: Mery Su, wymieniona już przeze mnie Marysia Sójka, a w przypadku męskich postaci to Gary Stu, Larry Stu lub Marty Stu.
Zdaniem cioci Wikipedii, Mary Sue to, cytując: pejoratywne określenie wyidealizowanej postaci literackiej. Marysia Sójeczka to nic innego jak wyidealizowana postać stworzona na obraz (i podobieństwo) samego autora (lub autorki), mający na celu zapełnienie życiowej luki wypalonej przez liczne kompleksy. 


 Czym charakteryzuje się Mary Sue?

Cóż, na to pytanie nie ma jednolitej odpowiedzi, ponieważ we wszelkiej maści literaturze/fanfikach/etc. można napotkać kilka rodzajów Marysi. Poniżej postaram się wymienić oraz opisać te, które występują najczęściej. 
Uwaga! Mogą występować (nie)zamierzone elementy humorystyczne.
  • zwyczajna (zwana również tradycyjną, szarą myszką tudzież męczennicą) - zazwyczaj nastolatka, rzadziej dorosła kobieta. Uważa, że jest brzydka, nic nie warta, że nic jej ogółem w życiu nie wychodzi, przejmuje się złośliwymi koleżankami ze szkoły/pracy. Aha, prawie bym zapomniała - nic nie robi, żeby zmienić swoją sytuację. Ogółem, typowa sierotka.
    Jednak ni z tego ni z owego w jej szarym życiu pojawia się jakiś facet, w którym ona - oczywiście - się zakochuje bez pamięci. Ewentualnie najpierw go nienawidzi, a potem się w nim zakochuje... Zazwyczaj ów facet jest: bogaczem, członkiem ulubionego zespołu, znanym aktorem,
    księciem na białym koniu, wszystkim na raz, et cetera, i to on właśnie w ostatecznie odmienia los Marysi, mówiąc jej jaka jest piękna, mądra, cudowna itp. Odwzajemnia jej uczucia  i odjeżdża z nią w siną dal.
    Może występować zarówno w "naszym" (tj. współczesnym) świecie, jak i w opowiadankach i powieściach (pseudo)historycznych oraz w uniwersach z gatunku fantasy czy sci-fi.
  • mroczna/emo - zwykle pochodzi z rodziny patologicznej, która się nad nią znęca, w ogóle jej nie rozumie...
    Okej, stop - nie myślcie, że teraz Wam mówię, że nie macie prawa pisać o bohaterce, która wychowuje się w patologicznej rodzinie - co to, to nie. Chodzi mi o to, że mroczna Marysia Sójka wpisuje się w pewien schemat, którego osoby poruszające takową tematykę nie powinny powielać.
    Emo Mary Sue niby ma swoje problemy, wiecie, rodzice-alkoholicy, samookaleczanie, gwałt... jednak wiedza twórcy w tej materii jest zwykle tak uboga, że czytelnikowi w ogóle nie jest dane zrozumienie bohaterki ani tym bardziej, dowiedzenie się czegoś nowego. Zamiast tego on/ona otrzymuje masę drętwych przemyśleń, dialogów pozbawionych jakiegokolwiek sensu (często okraszonych dużą dawką wulgaryzmów) etc. 
    Poza tym, podobnie jak w poprzednim przypadku, Marysia zakochuje się w jakimś cudownym facecie lub w innym, podobnym sobie emo, coraz częściej również w swoim największym wrogu (wiecie, miłość zwycięża nienawiść i inne tego typu uproszczenia), z którym później odjeżdża w siną dal. 
  • magiczna heroska - zwykle występuje w uniwersach fantasy (rzadziej sci-fi); czasem jej narodziny są zapisane w gwiazdach, jakiejś przepowiedni itp. Często wychowuje się w zwykłej rodzinie lub jest sierotą (patrz: zwyczajna), nierzadko "bardzo pokrzywdzoną przez los".
    Stoi po "dobrej stronie mocy" (chyba, że stanowi połączenie z mroczną/emo). Często jest jakąś tam  czarodziejką, księżniczką lub połączeniem ich obu, a jej magiczne (lub inne nadnaturalne) zdolności są na znacznie wyższym poziomie niż u przeciętnego mieszkańca danego uniwersum. Należy również zazwyczaj, że nasza magiczna heroska często żyje w zwyczajnej rodzinie, nie mając zielonego pojęcia o swoim niezwykłym pochodzeniu i/lub umiejętnościach, o tym dowiaduje się przez "zupełny przypadek" w wieku od 15 do 17 lat.
    Oczywiście, włosy zazwyczaj jakiegoś nietypowego koloru, oczy również, a jej skóra opisywana jest jako "alabastrowa", "mlecznobiała" itp. Magicznej herosce niezwykle nierzadko towarzyszy jakiś równie czarodziejski zwierzak (lub zwierzaki; wtedy mamy do czynienia z wariantem zwanym Królewną Śnieżką). Czasem jest posiadaczką jakiegoś magicznego artefaktu, np. miecza, medalionu, dzięki któremu może zrobić dosłownie WSZYSTKO.
    Wszyscy żyjący w uniwersum zamieszkanym przez ową Marysię Sójkę ją podziwiają, uwielbiają lub - o zgrozo! - są w niej zakochani na zabój, a tylko ten ZUY (ewentualnie ta ZUA) chce dla naszej Marysi źle.
    Jej tzw. tru loffem (od ang. true love) jest zazwyczaj jakiś rycerz, książę, elf, bóg, heros (resztę dopisać wedle uznania czytającego), broniący jej do upadłego (choć coraz częściej z początku się z naszą Marysią nienawidzą). W fanfikach ukochanym Marysi Sójki jest zazwyczaj bohater filmu/książki/gry, w którym jest zakochana sama autorka.
    Aha, i jeszcze coś. NIE MOŻE umrzeć. A jak już to się stanie - to zmartwychwstaje, i to z dodatkową mocą.
  • mroczna-magiczna - można się zetknąć z różną kategoryzacją, jednak moim zdaniem to połączenie dwóch poprzednich. Powszechnie występuje w fanfikach jako krewna (najczęściej córka) głównego wroga, z którym walczą bohaterowie z oryginalnego składu. Dobrym przykładem są tutaj liczne fanfiki na podstawie serii o Harrym Potterze, w których z bliżej nieokreślonego powodu masowo występują (najczęściej nieślubne) córki Voldemorta.
    Mroczna-magiczna oprócz tego, często włada potężną magią (potężniejszą niż bohaterowie oryginalnego składu, rzecz jasna), ma włosy i tęczówki nienaturalnej barwy, samookalecza się i ma stany "depresyjne", nie wierzy w miłość (do niej musi przekonać ją jakiś tru loff).
  • złote dziecko - w zależności od uniwersum przybiera różne formy, które jednak łączy zestaw wspólnych cech: bogaci rodzice, kujoństwo, idealne, modne ubrania i ciuszki, popularność w super-dobrej szkole, idealna fryzura, przynależność do szkolnej elity. Jej tru loffem jest zazwyczaj najprzystojniejszy, najpopularniejszy chłopak w szkole, o którego względy Marysia rywalizuje z jakąś wredną zołzą (czyli tą ZUĄ).
    W wariancie szara myszka nie należy do szkolnej elity, która - zamiast zaprosić ją w swoje szeregi - ciągle się nad nią znęca.
    W wariancie magiczne złote dziecko Marysia po prostu żyje w fantastycznym świecie.
Uff, jak widzisz, dużo tego, a to i tak nie wszystko. W skrócie rzecz ujmując, można spotkać wiele rodzajów Mery Su, jeszcze więcej typów mieszanych i podrodzajów. A ich wspólną cechą jest to że są przerysowane, nawet do granic absurdu.
W przypadku brata bliźniaka Marysi (Larry'ego, Garry'ego czy jak mu tam) brak aż takiego urozmaicenia. Zwykle jest on jakimś słynnym rycerzem/wojownikiem/księciem/herosem, którego celem jest zbawienie królestwa/cesarstwa/kontynentu/świata/wszechświata, jednak nasz bohater zamiast wypełniać swoje przeznaczenie włóczy się po kolejnych knajpach, zalicza przypadkowe panienki oraz po prostu jest boski. Ponadto, jest również super-mądry, super-silny, super-wytrzymały, no, ogółem cały jest taki super.
Aż do przeżarcia.

Okej, mam nadzieję, że jakoś przebrnęliście przez to, co popełniłam powyżej. Skoro już nieco ochłonęłam i przestałam chichotać złowieszczo pod nosem jak każda typowa ZUA, czas na kolejny podpunkt, czyli przechodzę do sedna.



Co zrobić, żeby Twoja postać nie była marysuistyczna? Czyli mądrości od panny Zofii...

Teraz powiem Ci coś, co dobrze wiem z własnego doświadczenia. Wiesz, kiedyś, dawno temu, w odległej galaktyce, ja też pisałam opowiadanka, których główne bohaterki dało się określić w dwóch słowach: MARY SUE. Na początku po prostu nie miałam żadnych innych pomysłów na wykreowanie moich postaci, jednak z czasem nabrałam trochę wprawy i wtedy mój dawny sposób, nazwijmy to, kreacji, wydał mi się dość nudny i banalny. Nadal jednak nie za bardzo wiedziałam, jak pozbyć się go z mojego życia; przede wszystkim, w ogóle nie potrafiłam nazwać swojego problemu.
W lipcu 2015 roku w moim małym pisarskim życiu nastąpił przełom. To wtedy pojechałam na obóz literacki (razem z Polą, nota bene) i dowiedziałam się, czym jest Mary Sue i skąd się mianowicie bierze. Otrzymałam wiele cennych wskazówek oraz nauczyłam się je wcielać w życie. Wreszcie zaczęłam patrzeć na moją twórczość krytycznym okiem. 
Więc teraz czas bym to ja się podzieliła z Tobą moimi pisarskimi doświadczeniami. 
Jeszcze zanim zacznę, to chciałabym Ci tylko powiedzieć, że nic właściwie nie jest złego w tym, że piszecie takie opowiadanka, oczywiście do czasu, kiedy nie postanawiasz ich nigdzie opublikować, tak jak ja.
Uwierz mi, nie warto zaśmiecać internetu, który sam w sobie jest już jednym wielkim śmietnikiem, kolejnym opkiem, którego bohaterka (bo niestety to są w większości one) jest oczywista, nudna, postępuje w sposób nielogiczny, nierzadko jest również wkurzająca do kwadratu.
Jeśli jesteś młodą osobą, to zrozumiałe, że masz skłonności do przerysowywania i nie ma w tym nic złego (a przynajmniej w większości przypadków, tych skrajnych nie zaliczam). Prędzej czy później, ale w końcu z tego wyrośniesz, a wtedy będziesz mógł się z tego nabijać, tak jak Billie Sparrow i Paweł Opydo poniżej:



Poniżej prezentuję kilka, jak dla  mnie, podstawowych rad dla innych twórców:
  1. Uważaj na to, jak podchodzisz do swojej postaci - kiedy patrzysz na nią jakby była twoim najlepszym przyjacielem, członkiem najbliższej rodziny, dzieckiem, a już nie daj Panie Boże - Tobą w alternatywnej wersji - nie masz szansy na stworzenie jej realistycznego obrazu. Dlaczego? Bo wtedy chcemy dla niej jak najlepiej. Pragniemy, żeby była perfekcyjna w każdym calu. Chcemy, żeby powodziło jej się jak najlepiej, żeby niczego jej nie brakowało (stąd się bierze min.: złote dziecko) lub ciągle egzaltujemy jaka to nasza postać nie jest biedna. Gorzej, kiedy nasz bohater lub bohaterka  dokonuje tego, o czym skrycie marzymy. Dobry przykład stanowi tutaj zemsta na znienawidzonej osobie lub miłość do bohatera, który nam się mniej lub bardziej skrycie podoba.
    Ważne jest, żebyś starał/a się patrzeć na swoją postać jak na drugiego człowieka; potrzebne są mu i wady i zalety, jakieś ludzkie odruchy, przyzwyczajenia.
  2. Jeśli już jesteśmy w temacie wad, zalet, przyzwyczajeń i tym podobnych, to moja rada brzmi tak: obserwuj ludzi. Swoją rodzinę, znajomych, nauczycieli, szefa w pracy - o ile, oczywiście, takową posiadasz, siebie (pomocne przy zwalczaniu kompleksów - polecam). Staraj się nie idealizować ani też nie antagonizować żadnego z nich. Analizuj ich sposób mówienia, poruszania się, odruchy etc. Możesz nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, jak wiele inspiracji masz wokół Ciebie.
    Dobrym przykładem twórczy... tfu, twórczyni inspirującej się ludźmi dookoła była (i w sumie to nadal jest) Jane Austen.
  3. Może niektórym ten podpunkt może wydawać się zupełnie oczywisty (punkt dla nich), jednak na wszelki wypadek wolałabym o tym napisać.
    A mianowicie - koniecznie pamiętaj o logice! Dziś skupiam się na wykorzystaniu jej w kontekście tworzenia postaci, ale ona ogółem jest przydatna przy pisaniu. Powieści. Opowiadań. Czegokolwiek. (No, wiecie, o co chodzi.) Nie chodzi mi tu o to, że nie możesz pisać fantastyki, ale o to, byś trzymał/a się pewnych norm. Sztampowy przykład stanowi bardzo młoda postać, najczęściej w wieku 15-18 lat, która już zdążyła wiele osiągnąć w swoim życiu. I nie, nie chodzi mi tu o dużą ilość konkursów z dziedziny wiedzy, jakie mamy na co dzień wykładane w szkole. Chodzi mi tu o 16-latki będące świetnymi zawodowymi zabójczyniami (najczęściej bez większego wysiłku) czy o 18-latków będących na wysokich wojskowych stanowiskach. Rozumiecie? To się kupy nie trzyma, nie można tyle osiągnąć w tak krótkim czasie. A przynajmniej mało ludzi było w stanie tego dokonać - dobry przykład stanowi tutaj chociażby Wolfgang Amadeusz Mozart.
    Dlatego, zgodnie z zasadami czysto pojętej LOGIKI radziłabym unikać tworzenia tego typu postaci.
    Tyczy się to również sytuacji bardzo powszechnych w historiach fantasy, kiedy to bohater/bohaterka odkrywa, że ma jakąś niezwykłą moc/umiejętność/etc. i trafia pod oko jakiegoś znamienitego mistrza... a po zaledwie kilku lekcjach okazuje się, że nasz heros/heroina wielokrotnie przewyższa mocą swojego nauczyciela i wszystkich mu podobnych (najczęściej razem wziętych). Brzmi kiczowato, prawda?
  4. Innym błędem, który tak często popełniamy jest to, że bardzo lubimy podkreślać idealizm naszej postaci w każdym calu. Piszemy, jaka to ona nie jest cudowna, miła, uczynna, inteligentna... tylko, problem w tym, że to tak nie działa. Głównej osi fabuły nie może stanowić idealizm Twojej postaci. Wówczas taka historia staje się nierealistyczna, nudna, nierzadko wręcz zakrawa o głupotę. Uwierzcie mi, wiem co mówię. Jak się przeczyta parę takich historyjek, to może się to przejeść.
    Tyczy się to również sytuacji odwrotnych - czyli takich, kiedy tworzymy tzw. anty-Sue. W tym przypadku cała historia nie może się kręcić wokół tego, jak Twoja postać jest głupia, brzydka, niezdarna etc. Dlaczego? Bo takiej postaci po prostu NIKT nie lubi (no, chyba, że masz już talent do pisania niezwykle komicznych historii o takowych bohaterach/bohaterkach, wtedy plus dla Ciebie).
    Dla przykładu, zauważyłam ostatnio, że w tzw.: młodzieżówkach narobiło się ostatnio bohaterek, które z założenia mają być właśnie takimi anty-Sue - niczym się nie wyróżniają, są niezdarne, nie mają szczególnych talentów, a z wyglądu są raczej przeciętne. Wśród autorów takich powieści są tacy, którzy uważają, że taki zabieg czyni postać bardziej "uniwersalną" i ułatwia czytelnikom utożsamianie się z nią. I to jest bardzo OGROMNY BŁĄD.
    Bo, wiesz, żeby Twój bohater lub bohaterka był realistyczny/a, to musi mieć i wady, i zalety. Jakieś zainteresowania również by się tutaj przydały. A jeśli idzie o wygląd to lepiej, żeby nie był ani zbyt przedobrzony, ani zbyt... zantagonizowany (dobra, wiem, to nie jest najlepsze słowo, ale - niech już będzie). Nie chodzi mi tutaj o to, że Twoja postać nie może się niczym wyróżniać w cechach wyglądu lub wyglądać dość przeciętnie. Chodzi mi o to - jak już mówiłam - że to nie może stanowić głównego elementu Twojej fabuły, jakiegoś jej centrum, wokół którego wszystko się kręci niczym planety wokół Słońca. Oki?
  5. Tutaj nadal pozostajemy w temacie zbliżonym do tego, co napisałam powyżej, tylko zajmiemy się jednym z ważniejszych szczegółów. A mianowicie - słownictwem.
    Dość powszechnym błędem w coraz większej ilości książek (zwłaszcza dla młodzieży, ale nie tylko) jest używanie przez autora nieodpowiednich słów do opisywania swoich postaci, głównie ich wyglądu. Przez "nieodpowiednie słowa" rozumiem takie, które brzmią zbyt poetycko i takie, które mają na celu jeszcze bardziej podkreślić "idealność" naszej postaci. Przykłady: rubinowe lub szmaragdowozielone oczy, alabastrowa cera, złotoblond, płomiennorude albo kruczoczarne włosy... Ogółem, takich przykładów jest mnóstwo, i nie chodzi mi tutaj o to, że nie możesz W OGÓLE używać takich słów, ale o to, byś nie używał ich, jak już wcześniej wspominałam, w celu jeszcze większej idealizacji twojego bohatera lub bohaterki. Bo wtedy taka historia robi się nudna, nierealistyczna, a czasami - również dziwna.
     
  6. Na koniec zostawiłam sobie najcięższy orzech do zgryzienia. Cóż to takiego może być...?
    *rytmiczne uderzenia bębnów, w powietrzu wisi ekscytacja*
    Otóż, mój drogi/moja droga, chciałabym Ci (mniej więcej) powiedzieć, jak pisać o bohaterach, którzy w swoim życiu przeżyli coś trudnego. Naprawdę trudnego.
    Mówiłam już o tym, że pisanie o mrocznej/emo nie jest dobre, ponieważ zazwyczaj wiedza autora w pewnych kwestiach po prostu woła o pomstę do nieba i w ostateczności to, co miało nam przybliżyć życie osoby z takimi doświadczeniami, w rzeczywistości jest po prostu katorgą, którą później chcemy jak najszybciej wyrzucić z pamięci.
    Pisanie o trudnych, traumatycznych przeżyciach, o patologii i innych tego typu, wymaga od autora nie tylko odpowiedniej wiedzy z zakresu psychologii, ale również swego rodzaju wrażliwości.
    Ostatnimi czasy zauważyłam, że w literaturze, i to nie tylko dla młodzieży, autorzy przedstawiają postaci, które niby mają jakieś tam problemy np.: wczesne osierocenie, porwanie, gwałt, samotność, depresję... (a to, nierzadko, dopiero początek długiej listy), ale tych problemów W OGÓLE nie widać. Bohaterka (bo najczęściej to niestety jest postać kobieca), w najgorszych przypadkach, zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka... ech, szkoda słów.
    Pisząc tego posta, nie miałam w planach wymieniania nazwisk poszczególnych twórców (chyba powinnam była napisać: tfurców...), ale w końcu uznałam, że jedna taka osoba zasługuje na uwagę.
    A jest nią polska pisarka, Katarzyna Michalak, znana wśród internautów jako Ałtorkasia (jak się pewnie możesz domyślać, nie jest to miłe określenie).
    Otóż, Ałtorkasia ma swoich, ekhem, powieściach zwyczaj poruszania trudnego tematu tylko po to, by wytrzeć swoim bohaterkom gęby problemami, żeby móc powiedzieć: "Ooo, patrzcie, jaka ona jest biedna!", po czym zupełnie ignoruje ten problem, kiedy akurat nie jest jej potrzebny. Bohaterka ma ojca-alkoholika, jest półsierotą, ma raka, chory kręgosłup (jakby co, to tylko przykłady, nie wszystkie pojawiają się w książkach p. Michalak)? Cóż z tego, przecież może całe noce grzmocić się jak króliki ze swoim kochankiem, czemu nie?
    Nie.
    Nigdy tak nie pisz. Nigdy nie wycieraj gęby swojej postaci ciężkimi problemami. Zwłaszcza, jeśli zaraz chcesz je zignorować. To tak nie działa. CZŁOWIEK tak nie działa. Takie pisanie nikogo niczego nie uczy, a jedynie ogłupia - i to w ten najgorszy, najmniej przyjemny sposób.
Źródło

Cóż, mam nadzieję, że jakoś ten post Ci się przyda w Twojej późniejszej twórczości.
 
A na tę chwilę żegnam i pozdrawiam.

horsefan

wtorek, 21 lutego 2017

Najdziwniejsze urodziny świata

Dzień dobry, cześć i czołem!

Niedawno rozpoczęłam kolejny rok swojego życia... tak więc: niech rozbrzmią fanfary! Jeeej!
(Tak bardziej nieogarniętych, to było to dnia 9 lutego)

Wiecie, mam takie szczęście w nieszczęściu (lub... nieszczęście w szczęściu), że w dniu moich narodzin mamy rocznice wielu przeróżnych wydarzeń, ważnych zarówno w historii świata, jak i historii Polski, oraz obchodzimy dość nietypowe święta.
Postanowiłam więc spisać te wszystkie nietypowe uroczystości/rocznice/etc., ect. i wymienić je Wam w formie listy, którą zamieszczam poniżej.

Jedźmy z tym koksem!


1. Nietypowe święto, które obchodzi się w moje urodziny

Dzień Pizzy! Co prawda, nie jestem jakimś wielkim fanem tego dania, ale to już lepsze, niż urodzić się w, dajmy na to, Dzień Czerniny. Choć właściwie, to równie dobrze 9 lutego mógłby być Dniem Sushi... albo Tortilli... albo... właściwie, każdego dania, które lubię.



2. Znane osoby, która obchodzi urodziny tego samego dnia, co ja

*rytmiczne uderzenia bębnów*/*w powietrzu narasta napięcie*/ciekawe, co tym razem horsefan...?
Ekhem, tak więc, znaną osobą, wytypowaną specjalnie do tego podpunktu jest...
...Tom Hiddleston!

That smile... (Źródło: WeHearthIt)
Okej, tylko nie myślcie sobie, że jestem jakąś wielką fanką tego aktora - po prostu bardzo go lubiłam w filmie Thor oraz Thor: Mroczny Świat. I tyle. Nic więcej. Okej? No, nie patrzcie się już tak na mnie.
Lepiej przejdę do kolejnego osobnika...
...a jest nim: hetman Stanisław Koniecpolski!

Źródło: Wikipedia
Jeeej! Mam urodziny tego samego dnia co nasz zwycięzca spod Kłuszyna! Po prostu genialnie!  
Zawsze wiedziałam, że powinnam zostać w przyszłości hetmanką...

W ramach ciekawostki zamieszczam na dole filmik min. na temat tego, jak rzekomo miał umrzeć hetman (mój nauczyciel od historii się z tym częściowo zgadza):

                                          


3. Dziwne imiona, których właściciele obchodzą imieniny właśnie w moje urodziny

Ciocia Wikipedia zapewne z chęcią Wam poda cały ciąg takich imion, jednak ja do tego posta wybrałam dwa najważniejsze, które najczęściej wymienia się w kalendarzach: Apolonię i Cyryla.
Dlaczego? Nie do końca dlatego, że są dość dziwne i że dziś prawie w ogóle ich się nie nadaje. Raczej z pobudek bardziej osobistych.
1) Moja dobra koleżanka, właściwie przyjaciółka, z którą znam się od pierwszych dni podstawówki, ma na imię Pola (w dokumentach ma tylko zdrobniałą wersję imienia Apolonia, ale cóż - whatever)
2) Moja mama kiedyś usiłowała mnie zeswatać z synem swoich znajomych... który miał na imię właśnie Cyryl. No, dobra, nie próbowała mnie z nim od razu zeswatać, ale z jej ust padł taki oto właśnie tekst:
Zofia, ale ja to mogłabym mieć takiego zięcia jak ten Cyryl. 
Cóż, moja mama dzielnie podejmuje walkę o to, bym nie skończyła w ten sposób... Cóż, mamusiu - obawiam się, że Twoja walka jest z góry skazana na niepowodzenie.

4. Osoby, które zmarły w dniu moich urodzin

Okej, teraz zrobi się trochę mniej wesoło.  Jeśli wierzyć cioci Wikipedii (znowu) to muszę przyznać, że mam naprawdę ciekawą datę urodzenia.
Uważa się, że w 9 lutego 1138 roku zmarł Kija Bugurzummid, jeden z przywódców muzułmańskiej sekty Nizarytów, zwanych również... Asasynami.

                                        

Drugą osobą wytypowaną przeze mnie, która miała takie szczęście (lub nieszczęście) umrzeć w dniu moich przyszłych narodzin był... Yoritomo Minamoto, siódmy szogun w historii Japonii.


Na koniec mam dla Was kogoś specjalnego. Światowy geniusz literatury. Niestety dla naszej narodowości, nienawidził Polaków z całego serca. Powiedział kiedyś, że jeśli miałby w sobie choć kroplę polskiej krwi, to kazałby ją sobie upuścić...
Domyślacie się, o kogo chodzi?... Tak więc, ekhem, tym ostatnim na tej liście osobnikiem jest Fiodor Dostojewski. Pewnie jego dzieł nie muszę Wam wymieniać, bo te najważniejsze z pewnością znacie ze szkoły. A jak nie, to przecież wujek Google zawsze prawdę Ci powie...
Lepiej przejdźmy do następnego podpunktu.

5. Wydarzenia historyczne, których rocznice mają miejsce w moje urodziny

Nie no, teraz to naprawdę będzie smutno!
Wiecie, ja mam jakiś talent, zawsze umiem zmienić temat na mniej przyjemny niż obecny w danej rozmowie. Dajmy na to, przy stole zaczynam sobie coś przypominać z mojej wiedzy na temat średniowiecznych tortur. Albo higieny (lub jej braku) w tejże epoce. Albo trucizn stosowanych przez Mongołów. Albo...
Właśnie. Albo.
Ważny komunikat do wszystkich: 
9 lutego 1943 roku na wieś Parośla I na Wołyniu napadł oddział UPA pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka. Wydarzenie to uznaje się na pierwszy mord rzezi wołyńskiej.

Wiedzcie, nie piszę tego, żeby szerzyć nienawiść wobec Ukraińców jako narodowości. Sama mam w swojej  rodzinie paru Ukraińców i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że są OK. (A poza tym, chyba pierwszy i do tej pory jedyny facet, który mnie podrywał tak bardziej na serio, był Ukraińcem. O spotkaniu z nim możecie przeczytać tutaj.)
Piszę to dlatego, że chciałabym Was poprosić, żebyście pamiętali o ofiarach tamtych zdarzeń. Kiedy bodajże w listopadzie poszłam z mamą na film "Wołyń", na początku pojawiła się informacja, że największa zbrodnia dokonała się nie w tamtych latach, ale wtedy, kiedy zapomnieliśmy o tych wydarzeniach.
Dużo się mówi o tym, że powinno się prowadzić dialog z Ukraińcami, że powinno dojść do pojednania polsko-ukraińskiego. Wystarczy trochę pogrzebać w internetach, żeby się dowiedzieć, że prób takiego pojednania było już kilka. Żadna z nich nie doszła do skutku.
Wiecie, dlaczego?
Sama długo się nad tym zastanawiałam i w końcu doszłam do jednego wniosku. Przecież większość tych pojednań była oficjalna, odbywała się głównie pomiędzy przedstawicielami Kościoła rzymskokatolickiego i Kościoła unickiego lub poprzez polityków. Moim zdaniem przede wszystkim coś powinno się zmienić w samych ludziach. Bo cóż z tego, że prymas Polski i głowa Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie podadzą sobie ręce do zdjęcia, kiedy nadal można w naszych krajach usłyszeć, że Lachy [Polacy] sobie na to zasłużyli albo z Upaińcami [Ukraińcami] trzeba zrobić tak samo
Wiem, że to o czym mówię jest bardzo skomplikowane i z pewnością nie da się tego w pełni przekazać w kilku napisanych przeze mnie akapitach. Mam małą prośbę do wszystkich moich czytelników, a zwłaszcza do tych z Polski i z Ukrainy (bo ze statystyk wiem, że takowi są). Proszę, pamiętajcie o tamtych dniach. Proszę, pamiętajcie o ofiarach tamtych zdarzeń. Tak po prostu, bez agresji czy nienawiści.

Na koniec mam dla Was również pewien cytat na przyszłość:

Łotr albo głupek, w moim mniemaniu, narodowości nie ma, jest po prostu łotrem albo głupkiem.
~ Herkus Kunčius, Rozmowa Litwina z Polakiem
 

Pozdrawiam

horsefan

czwartek, 19 stycznia 2017

Co dalej z Żywią i jej bandą? - wiedźmowatego opowiadanka ciąg dalszy

Jechaliśmy już trzy dni.
Złodziejaszka jak nie było wcześniej, tak i nie było w tamtej chwili. Teoretycznie zadanie mieliśmy ułatwione dzięki pewnemu „tajemnemu” kamieniowi podarowanemu nam przez kadrę nauczycielską przed wyjazdem, ale „artefakt” zepsuł się już drugiego dnia.
Dobra rada: jeśli kiedykolwiek spotkacie na ulicy kogoś, kto będzie wam uparcie wciskał jakąś błyskotkę/kamyczek/pukiel włosów/część ciała jakiegoś bliżej nieznanego stworzenia (resztę możecie wpisywać do woli) o nadnaturalnych właściwościach, to odpuśćcie sobie i nic nie bierzcie. Nie warto. Serio.
Właściwie, to niewiele się działo przez ten cały czas. Wyścig z Bogdaszem, którym zamknęłam ostatnie opowiadanie, skończył się moją wygraną, za co mój przeciwnik był zmuszony do postu od swoich żarcików przez kolejną dobę. Nie pytajcie się, skąd taką karę mu wynalazłam. Po prostu to było pierwsze co przyszło mi do głowy i już. I kropka. Nie było dyskusji.
Jeszcze na dodatek poprzedniego dnia Brinette – jak każdy przyzwoity kujonek-chudzielec – okazała się niezwykle mało odporna na choroby. Głośne ataki mokrego kaszlu, katar z nosa i postępująca gorączka miały się okazać dopiero początkiem dość długiej listy nieciekawych objawów, ale o tym później.
Od samych początków choroby, Brinette postanowiła się zaopiekować Allija, która już od roku chyba wszystkim wciskała, że zamierza pójść na magomedycynę (jak można się domyślić, nie z dobrej woli, tylko dlatego, że zarobki duże). Półelfka najpierw zdiagnozowała u rudzielca jakąś chorobę, której nazwa w Starszej Mowie brzmiała bardzo skomplikowanie i tym samym mądrze, a w rzeczywistości… oznaczała po prostu: przeziębienie z ostrymi atakami mokrego kaszlu. Oczywiście, reszta poza mną i Brinette nie domyśliła się tego błędu – tylko ja i nasza chorująca kujonka miałyśmy jakieś w miarę dobre oceny z lekcji Starszej Mowy.
Tymczasem Allija wpadła na wprost genialny pomysł. Powołując się na księgę napisaną przez maga żyjącego około stu pięćdziesięciu lat temu i w dodatku o bardzo zawiłym tytule (również w Starszej Mowie), półelfka oznajmiła, że wyleczy Brinette… cynamonem.
Co jak co, nikt z nas nie przepadał za pupilką nauczycieli, ale z drugiej strony jej śmierć nikomu z naszej drużyny nie byłaby na rękę. Niby po powrocie moglibyśmy skłamać, że dziewucha spadła ze skarpy, zginęła w walce albo coś, ale na pewno zaraz wzięto by nas do specjalnej klitki, gdzie nasza pamięć została by przeszukana od podszewki… Uwierzcie mi – nie chcielibyście przez to przechodzić.
- Że c-co? – ledwie wykrztusił z siebie Irlen, zszokowany pomysłem kuzynki.
- Kobieto, ty oszalałaś! – nawet Bogdasz się ze mną zgadzał. – Chcesz jej wetknąć łyżkę z cynamonem do gęby i czekać, aż magicznie wyzdrowieje?!
- A co się dziwicie? – odburknęła im Allija, wyraźnie unikając ich wzroku. – Przecież magiczne właściwości cynamonu zostałby już dawno potwierdzone…
- A o właściwościach fizycznych też pomyślałaś?! – blondyn nie dawał za wygraną. – Przecież cynamon nie jest higroskopijny, ona się tym zakrztusi…
Tym razem półelfka rzuciła mu spojrzenie, które zdawało się wyraźnie mówić: Milcz, bo ja wiem lepiej.
- Ej, ludzie – odezwałam się z nikłym entuzjazmem w głosie. – A może by tak lepiej…
Widząc efekty mojej prośby, a raczej ich brak, stwierdziłam, że Brinette zajmę się sama.
„Tylko od czego by tu zacząć…”
Chudzina co jakiś czas pojękiwała, że było jej zimno, za każdym razem coraz mocniej kaszląc pomiędzy słowami, jednak reszta moich towarzyszy uparcie trwała w swojej kłótni i po prostu jej nie słyszeli.
Okej, a więc potrzebowałam dodatkowego koca.
Na chwilę odeszłam w stronę naszych wierzchowców, przywiązanych do okolicznej, lekko spróchniałej kłody.
„Koce były… na siodle Wanilki?... Nie, w takim razie musi je mieć Ciastek…”


Słońce zaczynało już dawać po oczach, wyraźnie oznajmiając o zbliżającym się zmroku. A w nocy zawsze było zimniej… jeśli zostawilibyśmy rudzielca w takim stanie, to choroba na 90% rozwinęłaby się w coś gorszego. Znacznie gorszego.
„Bogowie, żeby tylko nie okazało się, że ona ma to, o czym myślę…”
- Ej, co tu robisz?
Niemalże podskoczyłam z przerażenia.
- Irlen? A ty co? Nie z nimi?
- A po co miałbym być z nimi? Oni i tak potrafią tylko się drzeć… - Irlen rozejrzał się dookoła. – Szukasz czegoś?
- Właściwie, to tak. – odparłam. – Wiesz, gdzie są koce, ręczniki i zioła?
- Co do koców to jestem pewien, gdzie są, a zioła… zaraz poszukam. Ty może lepiej idź i zajmij się Brinette. Oni są bardziej zajęci sobą niż nią.
Zapewniona o jego pomocy, z małą poduszeczką, którą ktoś rzucił obok tobołków, pod pachą, odwróciłam się na pięcie i już chciałam potruchtać do rudzielca, gdy…
- Żywia?
- Tak, Irlen?
- Uważaj na siebie. Wyczuwam w powietrzu złą aurę. To… coś nie chce, żebyśmy dotarli do celu. Będzie próbowało nas skrzywdzić.
Na chwilę zamurowało mnie.
Musicie wiedzieć jedno: Irlen był jednym z nielicznych męskich uczniów naszej szkoły, którzy umieli przewidywać przyszłość. Właściwie, to można by powiedzieć, że zaliczał się do zaledwie kilkorga wieszczy, jakich znała historia. Z reguły umiejętności spoglądania w To, Co Miało Nadejść przypisywano pytiom, znachorkom, zielarkom, czarownicom, na starożytnej Babie Jadze kończąc – czyli, ogółem, kobietom.
Trudno było wyjaśnić pochodzenie talentu mojego, a niech już wam będzie, przyjaciela. Dość szybko odrzucono możliwość, aby odziedziczył talent po jakiejś elfickiej krewniaczce, gdyż po dokładnym przejrzeniu jego drzewa genealogicznego, zarówno w linii żeńskiej, jak i męskiej, nie odkryto niczego znaczącego. Wówczas jakaś grupa uczniów fascynująca się Czarami Zakazanymi (czyli w potocznym języku: czarną magią) zaczęła rozpowiadać na całą okolicę, że pojawienie się na świecie Irlena zostało przewidziane wiele setek lat temu przed nami i zapisane w Kronice Swaroga, bla, bla, bla… pewnie się spodziewacie, co spotkało cały fanklub Dawnego Panteonu. I wierzcie mi – wylanie ze szkoły i odesłanie ze łzami w oczach do rodziców było najłagodniejszą formą kary.
Ale ja to mam talent do rozgadywania się! Chwila, na czym to ja skończyłam…? Aha…
- Dobrze. Będę uważać. – odpowiedziałam mu, odwróciwszy tylko głowę w jego stronę.
Po czym pobiegłam. Zastałam Alliję i Bogdasza, nadal drących koty (bogowie, ile można się tak wydzierać?!) nad, bądź co bądź, schorowaną Brinette. Szybko kazałam awanturnikom zmywać się na bok, po czym podłożyłam przyniesioną przeze mnie poduszkę pod głowę rudzielca.
Nim minęła minuta, dziewczyna nagle się ożywiła i zaczęła mamrotać coś niewyraźnie pod nosem.
- Coś ci przynieść? – zapytałam się jej. – Wody? Jedzenia?
Brinette z trudem łapała oddech, sprawiała wrażenie, jakby… krztusiła się własnymi słowami.
- T-tam… - tylko tyle zdołała z siebie wydusić, ledwie unosząc kościste ramię przed siebie; palcem wskazywała w stronę nieba nad nami.
Na przekór zdrowemu rozsądkowi i samej sobie, postanowiłam odwrócić się w tamtą stronę.
I od razu gorzko tego pożałowałam.

 * * *

Linki do poprzednich części: 

 Link do Kreatywnego Spojrzenia: klik!

 Hasła na ten miesiąc: kaszel, spojrzenie, cynamon

Hm, to moje pierwsze opowiadanie na KS w tym roku, jak już podawałam - stanowi kontynuację dwóch poprzednich, bo nie chciało mi się zbytnio wymyślać nowej fabuły.
Może dokończę tę historię już bez inspiracji ze strony Kakaem? Się zobaczy, proszę państwa, się zobaczy. 

Chętnie przeczytam wasze opinie na temat tego opowiadania.
(A tak na marginesie, to zdjęcie znalazłam tutaj: klik!)

Aha, i jeszcze coś. Jak widzicie, nareszcie przestałam używać tytuły "Opowiadanko #[wpisz dowolny numerek]". Teraz będę musiała wymyślać jakieś sensowne tytuły, nie...


A na ten moment
Żegnam państwa 

horsefan

niedziela, 15 stycznia 2017

TBR in 2017

Witajcie (już) w Nowym Roku!

Dawno mnie tu nie było, co? Cóż, kiedy parę miesięcy temu ostrzegałam, że może mnie tu być trochę mniej, nie spodziewałam się, że tak daleko to zajdzie. Ale, na szczęście, wszystko póki co zmierza w dobrą stronę.Udało mi się załatwić wszystkie sprawy z ocenami i... niedawno zaczęłam ferie:)

Tymczasem, przejdźmy do mojej takiej chciejlisty do przeczytania, czyli do To Be Read in 2017!
A tak jeszcze na marginesie, to kolejność wpisywania jest zupełnie dowolna;P



Harda oraz Królowa autorstwa Elżbiety Cherezińskiej

O Elżbiecie Cherezińskiej słyszałam stosunkowo niedawno, czyli jakieś trzy miesiące temu. Pewnie spora część z Was zna ją z różnych powieści historycznych, takich jak np. Turniej cieni czy Legion. Mnie osobiście zaintrygowała jedna z jej nowszych serii, ta opowiadająca o Świętosławie - córce Mieszka I i Dobrawy Przemyślidki. Co prawda, na temat tej książki słyszałam różne opinie, inne mniej, drugie nieco bardziej zachęcające, ale nigdzie chyba jeszcze nie przeczytałam, żeby Harda oraz Królowa powalały na kolana (no, może oprócz zachęcającej opinii na okładce tej pierwszej książki).
Cóż, trzeba będzie wyrobić sobie swoją własną opinię na ich temat.


 Miniaturzystka oraz Muza autorstwa Jessie Burton

Jessie Burton - podobnie jak pani Cherezińska - figuruje na liście autorów, o których istnieniu wiem od niedawna. Dowiedziałam się o jej książkach za pośrednictwem kanału Mai K. na YouTubie. O ile o Muzie nie przeczytałam jeszcze żadnego złego słowa, to z Miniaturzystką jest różnie. Z recenzji Marzeny z bloga Zaczarrowana dowiedziałam się min. że autorka ostro w niej skrytykowała wiarę chrześcijańską, a jak zapewne wiedzą niektórzy z Was, jestem praktykującą katoliczką. A może w Miniaturzystce pani Burton zamierzała skrytykować, mówiąc po naszemu: dulszczyznę, dość powszechną wśród osób wierzących?
Chyba będę musiała przekonać się o tym na własnej skórze.

Morfina oraz Król autorstwa Szczepana Twardocha


Kurdę, dużo tych "nowo poznanych" pisarzy na tej liście. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę.
#nie_ogarniam_życia
Teoretycznie Szczepan Twardoch powinien się znaleźć na początku tej listy, hmm, no cóż... mówi się trudno.
Tak czy owak (...Zbigniew Nowak - znacie ten żart? Zobaczycie go tu: klik!), pamiętacie jak w zeszłym roku pisałam o tym, że chciałabym przeczytać więcej klasyków i, ogółem rzecz biorąc, ambitniejszych książek? No właśnie. Bo skończyło się na przeczytaniu Dumy i uprzedzenia. Niestety.
O Szczepanie Twardochu może część z Was słyszała, część może nie. Otóż, pan Twardoch z pochodzenia jest Ślązakiem, do dziś na Śląsku mieszka i pisze na tematy głównie związane z poczuciem przynależności narodowej (czyli o czymś wprost dla panny Zofii).
Pierwsza z wybranych przeze mnie pozycji - Morfina - dzieje się przed i w trakcie II wojny światowej. Główny bohater to syn Niemca i spolszczonej Ślązaczki, sam jednak nie identyfikuje się ani z Niemcami, ani z Polską. Pragnie jedynie prowadzić odpowiadający mu do tej pory tryb życia - kobieciarza i hulaki. Jednak wraz z wybuchem wojny jest zmuszony do podjęcia wyboru strony, po której chce stanąć.  
Czy dokonuje tego właściwego?... A czy takowy w ogóle istnieje? 
Druga książka - Król - również dzieje się w czasach bliskich II wojnie, tzn. w 1937 roku, w Warszawie. Główny bohater ma siedemnaście lat, jest Żydem, bokserem i... to właściwie to wszystko, co o nim wiem.
Bo tym razem postanowiłam się nie faszerować spoilerami, jak to zazwyczaj robię. 
Aha, wiem jeszcze jedno. W tej książce jest bardzo powiązana z Żydami. 
A ja uwielbiam kulturę żydowską, tyle, że nie w tym ortodoksyjnym wydaniu. 
I podobno miałam co najmniej jednego żydowskiego przodka (ale to raczej tylko domysły... choć drugiej strony mój pradziadek miał żydowsko brzmiące nazwisko... naprawdę nie wiem).
Zapowiada się ciekawie.


Mam na imię Marytė autorstwa Alvydasa Šlepikasa


Ostatnimi czasy interesuję się... historią rzezi wołyńskiej. Tak, wiem, brzmi to dziwnie, zwłaszcza z ust gimnazjalistki. Ale wiecie co? Niedawno zdałam sobie sprawę, że u nas, w Polsce, mało się mówi o tym, co się stało ze społecznością niemiecką, głównie żyjącą na Śląsku i w Prusach Wschodnich, kiedy przyszli Sowieci.
A o tym właśnie opowiada ta, właściwie króciutka książeczka.
1946 rok. Powojenne Prusy. Kraj, którego właściwie już nie ma.
Mała Renata, podobnie jak wiele innych "wilczych dzieci", tuła się po lasach Litwy, próbując ukryć swoje niemieckie pochodzenie i znaleźć dach nad głową.
Kiedy los się do niej uśmiecha, znajduje nowych, litewskich rodziców, przyjmując nowe imię - Marytė.
 O tej książce dowiedziałam się przez zupełny przypadek, po prostu szukałam czegoś do przeczytania na wycieczce do Wilna, którą planuję w maju, w ramach mojego małego projektu "Czytam książki tam, gdzie dzieje się ich akcja". Co prawda, Litwa a Prusy Wschodnie to (tak jakby) trochę co innego, ale... można by przymrużyć tym razem oko;P A zwłaszcza wziąwszy pod uwagę fakt, że ta książka została uznana za najlepszą litewską książkę w 2012 roku. Więc coś musi w niej być.
A dlaczego wspomniałam o rzezi wołyńskiej? 
Ponieważ mówi się o niej ostatnio dość często, głównie w związku z obecną sytuacją na Ukrainie oraz krążąc wokół tematu "czy my naprawdę powinniśmy tym Ukraińcom pomagać" (film Smarzowskiego gorąco polecam, ale tylko dla mocnych! Ja po seansie miałam przez trzy dni coś na kształt depresji...). 
A o tym, co działo się w powojennych Prusach jakoś się milczy.
Kurczę, film "Róża" też muszę obejrzeć (o słodka ironio - ten też nakręcił Smarzowski...).
Cóż więcej powiedzieć?
Postaram się zrecenzować.

Trylogia Kroniki Dziwnego Królestwa autorstwa Oksany Pankiejewej 


Do zakupienia książek Oksany Pankiejewej wystarczyła dla mnie jedna rzecz. A mianowicie, napis na okładce, że trylogia tej zacnej pani spod Dnipropetrowska na pewno powinna spodobać się fanom prozy Olgi Gromyko. Później, po powrocie do domu, postanowiłam się zabrać za czytanie recenzji tej trylogii, tak by jak najlepiej upewnić się, czy napis na okładce nie kłamie.
I teraz, to w sumie nie wiem. Znaczy się wiem tylko jedno, bo to zgadza się niemal we wszystkich recenzjach, mówię tutaj głównie o pierwszym tomie zatytułowanym "Przekraczając granice" - że to powieść do bólu wręcz... dziwna. Okej, pewnie sobie pomyślicie teraz, że taki napis w ogóle nie powinien mnie odstraszyć - no, bo przecież ja uwielbiam wszystko, co dziwne i niekonwencjonalne w literaturze!
Hm, jakby to powiedzieć... z opisów wynika, że ta trylogia wykracza nawet poza moje standardy dziwności.
Jak na razie, to wiem, że chciałabym zrecenzować pierwszy tom. A dalej się zobaczy.

Sztylet Rodowy autorstwa Aleksandry Rudej  


Kolejna porcja wschodniej fantastyki. O autorce nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, że ma dwie córki i obecnie studiuje w Polsce. Nie czytałam żadnej z jej wcześniejszych książek, ale wertując wujka Google'a zrozumiałam, że będę musiała je dopisać do listy książek do przeczytania, choćbym miała szukać ich we wszystkich filiach mojej biblioteki, rozsianej po całym mieście.
Hm, chyba ostatnio mam jakąś słabość do literatury o czarodziejkach, czarownicach, wiedźmach i innych tego typu. Najpierw Wolha Redna, później Flossia Naren, a teraz... Mila Kotowienko?
Się zobaczy, proszę państwa, się zobaczy.

Andumênia. Przebudzenie autorstwa Moniki Glibowskiej


Ojoj, bardzo u mnie sentymentalnie w tym roku. Oj, bardzo.
Przed państwem kolejna powieść, o której właściwie to niewiele wiem. Wzięłam ją ze zwykłego sentymentu ("Dary Anioła" wciąż zajmują zaszczytne miejsce w moim sercu...), bo po okładce od razu widać, że o aniołach... Chociaż później dowiedziałam się, że powieść ma tyle wspólnego z twórczością pani Clare co... okej, oprócz wątku aniołów, nie ma tu żadnych podobieństw z Kronikami Nocnych Łowców.
Hm, cóż by tu jeszcze dodać?
Ano - tutaj recenzji także się spodziewajcie:)


Xięgi Nefasa. Trygław Władca Losu autorstwa Małgorzaty Saramonowicz


Dobra, właściwie to wszystkie książki, które do tej pory wymieniłam należą do moich mikołajkowych nabytków. Natomiast tutaj chciałabym Wam zaprezentować powieść, która trafiła do moich zbiorów gdzieś tak na przełomie lipca i sierpnia zeszłego roku.
Dlaczego zwróciłam na nią uwagę? Po pierwsze, już nawet sam tytuł wskazuje na to, że będziemy mieli tutaj do czynienia z mitologią i kulturą słowiańską, a ja wprost uwielbiam motywy słowiańskie w literaturze:D
Po drugie, z tyłu okładki dowiedziałam się, że akcja powieści dzieje się za panowania Bolesława Krzywoustego, a ja - jako konkursowicz z historii - zaczynam coraz bardziej ciągnąć w stronę powieści historycznych...
To już ostatnia na tej liście powieść, którą chciałabym w tym roku zrecenzować:)

Rozważna i romantyczna oraz Emma autorstwa (a jakże) Jane Austen


Cóż, rok 2017 oficjalnie ogłoszono rokiem Jane Austen, a na mnie wciąż czekają na półce dwie powieści autorstwa panny Austen.
Cóż, chyba tutaj mniej się wypaplam, no, bo cóż tu Wam napaplać?
Cóż, zobaczy się, czy będzie mi się podobało jak Duma i uprzedzenie.

Dziwne losy Jane Eyre, Wichrowe wzgórza, Shirley, Villette, Lokatorka Wildfell Hall... wszystko spod pióra Charlotte, Emily i Anne Brontë



W pierwszej klasie gimnazjum miałam szansę poprowadzić lekcję języka angielskiego na temat życia i twórczości sióstr Brontë. Pamiętam, że nawet przeczytałam specjalnie do niej pewne opracowanie polskiego (!) literaturoznawcy, który w swojej książce dowodził min. że wszystkie powieści autorstwa tej trójki napisała w rzeczywistości tylko Charlotte, prezentując tym samym bardzo szczegółową znajomość biografii najstarszej
Brontë. Jednak to, czy naprawdę te wszystkie powieści zostały napisane przez Charlotte, pozostanie tajemnicą. 
A mnie czeka całe pięć książek do przeczytania! (Gdyby tylko nie ten egzamin, to bym się od razu na nie rzuciła...)



I to już chyba koniec mojej listy, choć i tak nie powiedziałam tu o wszystkich książkach, które bardzo chciałabym przeczytać w tym roku. Inne, których - muszę się do tego przyznać - nie chciało mi się opisywać, wymieniam tutaj:
  • Tetralogia Neapolitańska autorstwa Eleny Ferrante, 
  • "Imię róży" autorstwa Umberto Eco, 
  • "Świat Zofii" oraz "Córka dyrektora cyrku" autorstwa Josteina Gaardera, 
  • "Wodnikowe wzgórze" autorstwa Richarda Adamsa (który, nota bene, niedawno zmarł...), 
  • "Greccy bogowie według Percy'ego Jacksona" oraz "Greccy herosi według Percy'ego Jacksona" od  Ricka Riordana, oczywiście!
Pewnie w ciągu roku ta lista jeszcze urośnie, ale jak na razie - oto, co chciałabym pochłonąć po egzaminie!

* * *

Nie wiem czy wiecie, ale ostatnio polski dział firmy Allegro zaczął finansować serię filmików zatytułowaną "Legendy polskie", w której podania naszych przodków są zinterpretowane w naprawdę ciekawy, nowatorski sposób. Dodatkowo do każdego odcinka dorabiane są jeszcze teledyski z piosenkami.
A oto "Jaskółka uwięziona", czyli moja ulubiona:) :

 

A tymczasem ja już kończę, trzymajcie się ciepło w nowym roku i do zobaczenia w następnym poście!

horsefan

Szóstka Wron.