Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lutego 2017

Duch z ulicy Nowogrodzkiej

- Więc powiada pan, że to zadanie wprost dla mnie? – rzekła Arina, nie odwracając się od okna.
Nocny Lwów wyglądał przepięknie, a zwłaszcza zimą. Małe, puchate śnieżynki spadały z nieba. Mieszkańcy miasta, na co dzień zaprzątnięci swoimi obowiązkami, dziś zdawali się jakby oderwani od ponurej, postsowieckiej rzeczywistości. Cieszyli się, bo niedawno w Kościele prawosławnym i grekokatolickim obchodzono Święta. Cieszyli się, bo właśnie trwał karnawał. Można było odnieść wrażenie, że w ogóle nie czuli styczniowego mrozu…


- Powiedziano mi nawet, że jest Pani jedyną osobą, która może sobie z tym zadaniem poradzić.
Czarownica odwróciła się w jego stronę. Z ust wypuściła obłoczek tytoniowego dymu.
- Doprawdy?
Jej potencjalny klient  poprawił trzęsące się na nosie okulary i przełknął ślinę. Był dość drobnej postury; miał na sobie nieskazitelny, czarny garnitur, niemal taki sam jak na zdjęciach jeszcze sprzed wojny. Przedstawił się jej jako Mojsze Rosenmann.
- A czy nie łatwiej byłoby panu i pańskiej małżonce znaleźć kogoś w Polsce? O ile mi wiadomo, w ojczyźnie nie brakuje dobrych detektywów, a już na pewno nie w stolicy. A poza tym, ich usługi są znacznie tańsze od moich.
Rosenmann wziął głęboki wdech i kontynuował, jakby zupełnie nie słyszał zniechęcającej uwagi Ariny:
- Widzi pani, to się zaczęło gdzieś tak na przełomie czerwca i lipca zeszłego roku. Moja żona, Sara, zaczęła miewać dziwne… jak to ona określiła, mary nocne. Nie dawały jej spokoju. Mówiła mi, że w nocy odwiedza ją postać kobiety, około trzydziestoletniej, i nie daje jej spać.
- Konsultował to pan z lekarzem psychiatrą? Albo chociaż z psychologiem? – Arina wolała utrzymać sceptyczny ton głosu. Kolejny obłoczek dymu z fajki wypełnił pomieszczenie.
- Ależ, droga pani! – oburzył się Żyd. – To była pierwsza rzecz, o jakiej pomyślałem! Sarę przebadał nie jeden, ale aż czterech lekarzy, dwóch psychologów i dwóch psychiatrów.
- I żaden z nich niczego nie stwierdził?
- Niczego, proszę pani.
Ha, a to dziw. Arina zamyśliła się na chwilę. Podeszła do stolika i opróżniła zawartość fajki na szklany talerzyk, jak miała w zwyczaju robić.
- Więc co pan później zrobił?
- Razem z małżonką postanowiliśmy sięgnąć po inne środki.
- To jest?
- Postanowiliśmy zasięgnąć rady u medium.
Detektyw utkwiła w nim zdziwione spojrzenie.
- Wiem, jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, ale uznaliśmy to za ostateczność… Mam dalej mówić? Bo widzę, że pani jakaś taka nieprzekonana do tego, co mówię…
- Ależ skąd, panie Rosenmann. – Czarownica machnęła ręką. – Po prostu nigdy nie słyszałam, żeby zaraz po diagnozie lekarskiej ktoś zwrócił się do medium.
- Uznaliśmy to za ostateczność. Sara nie mogła już spać w nocy, a za dnia…
- Rozumiem. Te ataki stały się uciążliwe, nie muszę znać aż takich szczegółów. Co dało spotkanie z medium?
- Ta kobieta… co prawda, szalona, ale z pewnością inteligentna była… stwierdziła, że tym, co nawiedza Sarę jest… duch.
- To żadna nowość. – rzuciła cynicznie wiedźma, napełniwszy właśnie komin fajki kolejną porcją tytoniu.
- Żadna nowość, powiada pani? A mógłbym pani chociaż powiedzieć, kim według tego medium, miał być ten duch?
- Proszę, niech pan powie. – W myślach dodała: „Może przynajmniej się nieźle uśmieję”.
Rosenmann westchnął. Widać było, że starał się uspokoić.
- Zdaniem tej kobiety, duchem nawiedzającym moją żonę jest nikt inny jak Maria Wisnowska.
Arina niemalże zakrztusiła się tytoniowym dymem.
Co on, do jasnej cholery powiedział?!
Żyd jak na zawołanie wstał od stołu i zaczął klepać ją po plecach. Jeden raz, drugi, trzeci…
- Już dobrze, proszę pani?
- Ekhe… ekhe… tak… ekhe… już tak. Dziękuję. Przepraszam, po prostu nie spodziewałam się… takiej odpowiedzi.
- Wiem, że znała pani Wisnowską jeszcze za życia…
- Od kogo? – rzuciła jak z automatu Arina. – Znaczy się: skąd pan to wie?
- W pani metryce napisano, że ma pani, proszę wybaczyć mi ten brak dyskrecji, nieco ponad dwieście pięćdziesiąt lat, więc prawdopodobieństwo, że znała pani Marię Wisnowską jest więcej niż…
- Przepraszam, ale skąd miał pan dostęp do mojej metryki?
W gabinecie zapadła głucha cisza.
Mojsze Rosenmann, speszony całym zajściem, utkwił wzrok w blacie dębowego biurka. Arina, udając zmęczenie, rozmasowała czoło. Usiłowała zebrać myśli.
Dobrze, że wie tylko o tych dwustu pięćdziesięciu… gdyby poznał moją prawdziwą datę urodzenia to by się grubo zdziwił!
- Razem z żoną w bazie centralnej magodetektywów znaleźliśmy pani dane, kontakt, rok urodzenia…  - w końcu odezwał się Żyd, niepewnie dobierając kolejne słowa.
- Przepraszam za moje zachowanie, po prostu… w moim zawodzie trzeba uważać na swoje dane. I jak wielu ludzi ma do nich dostęp.
Szczęście, że do bazy centralnej wpuszczają tylko nielicznych. Tylko tych, których uznaje się za niegroźnych.
- Pomogę państwu w tej sprawie – zaczęła Arina, uspokoiwszy oddech. – Znałam Wisnowską za życia, a jeszcze lepiej znam historię jej rzekomej miłości do Aleksandra Bretniewa… mówił pan, że te ataki pojawiły się na przełomie czerwca i lipca?
- Zeszłego roku. Ale co to ma do rzeczy?
- Bardzo dużo. Istnieje pewien rodzaj zjaw, który daje o sobie znać w ważne dla siebie rocznice, takie jak urodziny czy data ślubu. Akurat w przypadku Marii to może być data jej śmierci… Kiedy mam przyjechać do Warszawy?
- Jak najszybciej się da. Nie wiem, ile jeszcze Sara może wytrzymać, ale wolałbym tego nie sprawdzać.
Czarownica wstała od biurka i wyjęła z półki obite skórą tomisko – kalendarz.
- Zobaczę, kiedy mam najbliższy wolny weekend i postaram się z panem skontaktować najpóźniej jutro wieczorem.
- Stokrotne dzięki pani, panno Koryłowska! – wykrzyknął Rosenmann. Szybko wstał z krzesła i wymienił z czarownicą uścisk dłoni.
Wychodził z jej mieszkania cały rozanielony. Jeszcze przez kilka minut z korytarza przedwojennej kamienicy dochodziły jego wesołe pogwizdywania i stukot obcasów w podskokach…
Arina usiadła ponownie przy biurku, po raz kolejny z rzędu usiłując zebrać w pełni myśli. W stresie chwyciła tabliczkę czarnej czekolady, sprawnie rozerwała opakowanie i wepchnęła sobie pierwszą kostkę do ust.


- No, co się tak gapisz? – rzuciła w stronę czarnej, grubej kocicy rozłożonej na parapecie. – Stęskniłaś się za Warszawą? To ciesz się, bo niedługo tam wracamy.
Kocica, Luna, odparła jej tylko zadowolonym pomrukiem. Zwinęła się w kłębek i zasnęła w najlepsze.




* * *

Kreatywne Spojrzenie: klik!
hasła na ten miesiąc: karnawał, miłość, czekolada
Więcej o tym, kim była Maria Wisnowska znajdziecie: tu, tu i tu oraz w innych zakamarkach internetu.
Nie pytajcie się mnie, dlaczego wybrałam takie imię dla bohaterki jak Arina. Po prostu znalazłam je na stronie z imionami dla dzieci jakich milion w internecie.
Rozważam kontynuację tego opowiadania, kto wie, może nawet skończy ono na moim Wattpadzie. (Dajcie znać, co o tym myślicie... jeśli ktoś zechce.)

Pozdrawiam 

horsefan

wtorek, 21 lutego 2017

Najdziwniejsze urodziny świata

Dzień dobry, cześć i czołem!

Niedawno rozpoczęłam kolejny rok swojego życia... tak więc: niech rozbrzmią fanfary! Jeeej!
(Tak bardziej nieogarniętych, to było to dnia 9 lutego)

Wiecie, mam takie szczęście w nieszczęściu (lub... nieszczęście w szczęściu), że w dniu moich narodzin mamy rocznice wielu przeróżnych wydarzeń, ważnych zarówno w historii świata, jak i historii Polski, oraz obchodzimy dość nietypowe święta.
Postanowiłam więc spisać te wszystkie nietypowe uroczystości/rocznice/etc., ect. i wymienić je Wam w formie listy, którą zamieszczam poniżej.

Jedźmy z tym koksem!


1. Nietypowe święto, które obchodzi się w moje urodziny

Dzień Pizzy! Co prawda, nie jestem jakimś wielkim fanem tego dania, ale to już lepsze, niż urodzić się w, dajmy na to, Dzień Czerniny. Choć właściwie, to równie dobrze 9 lutego mógłby być Dniem Sushi... albo Tortilli... albo... właściwie, każdego dania, które lubię.



2. Znane osoby, która obchodzi urodziny tego samego dnia, co ja

*rytmiczne uderzenia bębnów*/*w powietrzu narasta napięcie*/ciekawe, co tym razem horsefan...?
Ekhem, tak więc, znaną osobą, wytypowaną specjalnie do tego podpunktu jest...
...Tom Hiddleston!

That smile... (Źródło: WeHearthIt)
Okej, tylko nie myślcie sobie, że jestem jakąś wielką fanką tego aktora - po prostu bardzo go lubiłam w filmie Thor oraz Thor: Mroczny Świat. I tyle. Nic więcej. Okej? No, nie patrzcie się już tak na mnie.
Lepiej przejdę do kolejnego osobnika...
...a jest nim: hetman Stanisław Koniecpolski!

Źródło: Wikipedia
Jeeej! Mam urodziny tego samego dnia co nasz zwycięzca spod Kłuszyna! Po prostu genialnie!  
Zawsze wiedziałam, że powinnam zostać w przyszłości hetmanką...

W ramach ciekawostki zamieszczam na dole filmik min. na temat tego, jak rzekomo miał umrzeć hetman (mój nauczyciel od historii się z tym częściowo zgadza):

                                          


3. Dziwne imiona, których właściciele obchodzą imieniny właśnie w moje urodziny

Ciocia Wikipedia zapewne z chęcią Wam poda cały ciąg takich imion, jednak ja do tego posta wybrałam dwa najważniejsze, które najczęściej wymienia się w kalendarzach: Apolonię i Cyryla.
Dlaczego? Nie do końca dlatego, że są dość dziwne i że dziś prawie w ogóle ich się nie nadaje. Raczej z pobudek bardziej osobistych.
1) Moja dobra koleżanka, właściwie przyjaciółka, z którą znam się od pierwszych dni podstawówki, ma na imię Pola (w dokumentach ma tylko zdrobniałą wersję imienia Apolonia, ale cóż - whatever)
2) Moja mama kiedyś usiłowała mnie zeswatać z synem swoich znajomych... który miał na imię właśnie Cyryl. No, dobra, nie próbowała mnie z nim od razu zeswatać, ale z jej ust padł taki oto właśnie tekst:
Zofia, ale ja to mogłabym mieć takiego zięcia jak ten Cyryl. 
Cóż, moja mama dzielnie podejmuje walkę o to, bym nie skończyła w ten sposób... Cóż, mamusiu - obawiam się, że Twoja walka jest z góry skazana na niepowodzenie.

4. Osoby, które zmarły w dniu moich urodzin

Okej, teraz zrobi się trochę mniej wesoło.  Jeśli wierzyć cioci Wikipedii (znowu) to muszę przyznać, że mam naprawdę ciekawą datę urodzenia.
Uważa się, że w 9 lutego 1138 roku zmarł Kija Bugurzummid, jeden z przywódców muzułmańskiej sekty Nizarytów, zwanych również... Asasynami.

                                        

Drugą osobą wytypowaną przeze mnie, która miała takie szczęście (lub nieszczęście) umrzeć w dniu moich przyszłych narodzin był... Yoritomo Minamoto, siódmy szogun w historii Japonii.


Na koniec mam dla Was kogoś specjalnego. Światowy geniusz literatury. Niestety dla naszej narodowości, nienawidził Polaków z całego serca. Powiedział kiedyś, że jeśli miałby w sobie choć kroplę polskiej krwi, to kazałby ją sobie upuścić...
Domyślacie się, o kogo chodzi?... Tak więc, ekhem, tym ostatnim na tej liście osobnikiem jest Fiodor Dostojewski. Pewnie jego dzieł nie muszę Wam wymieniać, bo te najważniejsze z pewnością znacie ze szkoły. A jak nie, to przecież wujek Google zawsze prawdę Ci powie...
Lepiej przejdźmy do następnego podpunktu.

5. Wydarzenia historyczne, których rocznice mają miejsce w moje urodziny

Nie no, teraz to naprawdę będzie smutno!
Wiecie, ja mam jakiś talent, zawsze umiem zmienić temat na mniej przyjemny niż obecny w danej rozmowie. Dajmy na to, przy stole zaczynam sobie coś przypominać z mojej wiedzy na temat średniowiecznych tortur. Albo higieny (lub jej braku) w tejże epoce. Albo trucizn stosowanych przez Mongołów. Albo...
Właśnie. Albo.
Ważny komunikat do wszystkich: 
9 lutego 1943 roku na wieś Parośla I na Wołyniu napadł oddział UPA pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka. Wydarzenie to uznaje się na pierwszy mord rzezi wołyńskiej.

Wiedzcie, nie piszę tego, żeby szerzyć nienawiść wobec Ukraińców jako narodowości. Sama mam w swojej  rodzinie paru Ukraińców i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że są OK. (A poza tym, chyba pierwszy i do tej pory jedyny facet, który mnie podrywał tak bardziej na serio, był Ukraińcem. O spotkaniu z nim możecie przeczytać tutaj.)
Piszę to dlatego, że chciałabym Was poprosić, żebyście pamiętali o ofiarach tamtych zdarzeń. Kiedy bodajże w listopadzie poszłam z mamą na film "Wołyń", na początku pojawiła się informacja, że największa zbrodnia dokonała się nie w tamtych latach, ale wtedy, kiedy zapomnieliśmy o tych wydarzeniach.
Dużo się mówi o tym, że powinno się prowadzić dialog z Ukraińcami, że powinno dojść do pojednania polsko-ukraińskiego. Wystarczy trochę pogrzebać w internetach, żeby się dowiedzieć, że prób takiego pojednania było już kilka. Żadna z nich nie doszła do skutku.
Wiecie, dlaczego?
Sama długo się nad tym zastanawiałam i w końcu doszłam do jednego wniosku. Przecież większość tych pojednań była oficjalna, odbywała się głównie pomiędzy przedstawicielami Kościoła rzymskokatolickiego i Kościoła unickiego lub poprzez polityków. Moim zdaniem przede wszystkim coś powinno się zmienić w samych ludziach. Bo cóż z tego, że prymas Polski i głowa Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie podadzą sobie ręce do zdjęcia, kiedy nadal można w naszych krajach usłyszeć, że Lachy [Polacy] sobie na to zasłużyli albo z Upaińcami [Ukraińcami] trzeba zrobić tak samo
Wiem, że to o czym mówię jest bardzo skomplikowane i z pewnością nie da się tego w pełni przekazać w kilku napisanych przeze mnie akapitach. Mam małą prośbę do wszystkich moich czytelników, a zwłaszcza do tych z Polski i z Ukrainy (bo ze statystyk wiem, że takowi są). Proszę, pamiętajcie o tamtych dniach. Proszę, pamiętajcie o ofiarach tamtych zdarzeń. Tak po prostu, bez agresji czy nienawiści.

Na koniec mam dla Was również pewien cytat na przyszłość:

Łotr albo głupek, w moim mniemaniu, narodowości nie ma, jest po prostu łotrem albo głupkiem.
~ Herkus Kunčius, Rozmowa Litwina z Polakiem
 

Pozdrawiam

horsefan

środa, 25 stycznia 2017

"Ósme życie (dla Brilki)" tom 1 - moje wrażenia z lektury

Źródło
Okej, zacznijmy może od tego, że przeczytałam tę książkę we wrześniu. A mamy styczeń.
Pierwotnie zamierzałam zrecenzować tę książkę na lubimyczytac.pl i na blogu. Cóż, Pani Szkoła dość szybko pokrzyżowała mi te plany. Mówi się: trudno i żyje się dalej...

Jak już pewnie się domyśliliście (zarówno po tytule jak i obrazku powyżej;P), mowa o powieści "Ósme życie (dla Brilki)" autorstwa Nino Haratischwili.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Właściwie, to z dwóch powodów:
  1. Polecała ją blogerka Anita Boharewicz na swoim vlogu Book Reviews by Anita, a tak się składa, że ja lubię jej filmiki, często oglądam je i tak dalej...
  2. Sentyment do Gruzinów, do Kaukazu, do chinkali, a nawet do wina, no, bo tam po raz pierwszy go spróbowałam (cóż z tego, że tylko umoczyłam w nim język, po czym doszłam do wniosku, że jest po prostu fe i że chyba zostanę abstynentką), do Gruzji w ogóle.

A o czym w ogóle opowiada ta powieść?  Otóż, jest to kronika rodzinna (odkąd przeczytałam "Silva rerum" czuję, że coś ciągnie mnie w stronę tego gatunku). Zaczyna się we wczesnych latach XX wieku, a kończy się gdzieś tak w latach pięćdziesiątych - tylko dlatego, że w polskim wydaniu rozbito ją na dwie części.
Przez te wszystkie lata przewijają się kolejne pokolenia gruzińsko-rosyjskiej rodziny Jaszi.
Pierwszą główną bohaterką jest tutaj Anastazja, córka najsłynniejszego gruzińskiego wytwórcy czekolady w carskiej Rosji. Największym marzeniem nastoletniej Stazji jest wyjazd do Paryża i występowanie w tamtejszej operze jako baletnica. W wieku siedemnastu lat dziewczyna poznaje o jedenaście lat starszego od siebie rosyjskiego oficera, Simona Jasziego. Po zaledwie kilku miesiącach znajomości Simon oświadcza się Stazji. Z czasem poznajemy losy innych członków rodziny Jaszi: siostry Stazji - Kristine, dzieci Simona i Stazji - Kitty i Konstantina - oraz kilku innych ważnych w ich życiu ludzi.


Tak więc, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej-więcej o co tej powieści chodzi. A teraz czas na tę część, której wprost nie mogłam się doczekać - na opinię!

Widok na Tbilisi
Bardzo długo zastanawiałam się nad tym jak ocenić tę książkę. Czytałam wiele recenzji w internecie i zauważyłam, że czytelnicy tej powieści podzielili się tak jakby na dwa obozy - jeden zdecydowanie za i drugi zdecydowanie przeciw. Ja z początku byłam w tym, który oceniał ją pozytywnie - uważałam, że ta historia to po prostu jakieś odkrycie, cud-miód po prostu, może nie arcydzieło, ale naprawdę zapiera dech w piersiach, po czym... pożyczyłam ją mojej mamie. A z ust Pani Matki usłyszałam cały potok negatywnych słów na jej temat. Że nudna, że w ogóle, to nie wiadomo, o co w niej chodzi, że autorka ma się za kogoś naprawdę świetnego - a w rzeczywistości nim nie jest...
I wiecie co? Teraz jestem gdzieś pomiędzy. A dokładniej rzecz ujmując, uważam, że Nino Haratischwili miała naprawdę dobry pomysł na powieść, ale niestety to, co ostatecznie wyszło spod jej pióra można określić tylko dwoma słowami: zmarnowany potencjał.
Już od samego początku autorka próbuje wykreować tworzoną przez siebie historię na wielką, rodzinną sagę, ciągnącą się przez wieki, coś niesamowitego, po prostu nie z tej ziemi, ale...
Moim zdaniem, ta historia byłaby znacznie lepsza, gdyby panna (tak, panna, dokładnie sprawdziłam #sprawdzone_info) Haratischwili skupiła się nie na długich, ciągnących się opisach wydarzeń, z których niewiele wynika, i które są dodatkowo takie... wyssane z emocji (to chyba dobre określenie), ale na lepszym zarysowaniu charakteru i relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Czytając, odnosiłam czasami wrażenie, że większość ludzi, którzy przewijają się przez tę historię jest trochę... papierowa? Sztywna? Jednakowa? Trudno mi się wysłowić, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Brakowało mi rozwinięcia niektórych wątków. Bardzo chciałam lepiej poznać relacje pomiędzy Stazją a Simonem, chciałam, żeby autorka wyraźniej podkreśliła chłód emocjonalny między nimi, żeby podkreśliła pochopność ich decyzji o zawarciu małżeństwa oraz to, że tak naprawdę w ogóle się nie znali. (Oczywiście, to tylko jeden z kilku przykładów, a piszę o nim dlatego, że wspomniałam już nieco więcej o tej parze na początku.)
Nie oznacza to jednak, że wszystkie wątki w tej książce są takie mdłe, co to, to nie. Znajdują się w tej książce sceny, które naprawdę mnie poruszyły i sprawiały, że wprost nie mogłam się oderwać, ale... chyba mogłabym policzyć je na palcach jednej ręki.


Ogółem, ta powieść ma zalety, jednak jest ich niewiele w stosunku do wad.

A propos wad... chyba najgorszą z nich są coelhizmy, wszechobecne coelhizmy, które na początku może dało się jakoś przeczytać, ale im dalej w las, tym bardziej miałam ich dość. Rzecz jasna, te coelhizmy są efektem ubocznym tego, że Nino Haratischwili - jak już wspomniałam - chciała wykreować wielką, wspaniałą, rodzinną sagę, co, krótko mówiąc, jej nie wyszło.
Moim osobistym zdaniem (z którym to zdaniem nie musicie się zgadzać) ta historia byłaby znacznie lepsza jako, owszem, saga rodzinna, ale nieco inaczej napisana, bardziej psychologiczna oraz z takim typowo gruzińskim akcentem.
O Jasna Anielko, mam nadzieję, że nie zadręczam Was tymi wszystkimi wadami, bo znalazłam jeszcze jedną... Otóż, sięgając po tę powieść, liczyłam na to, że będzie w niej trochę więcej... Gruzji. Początek jeszcze dawał mi nadzieję, że może będzie tu nieco więcej tej gruzińskości, że tak pozwolę sobie to ująć, jednak i tutaj czekało mnie rozczarowanie - im dalej w las, tym tej Gruzji było mniej.

Uszguli, najwyżej położona zamieszkana wioska na świecie
 Więc, po tym, jak wypisałam wzdłuż i wszerz te wszystkie wady, czy nadal warto czytać tę powieść?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Wybór należy tylko i wyłącznie do Was. Są ludzie, którzy widzą w tej powieści gniota oraz tacy, jakby chociaż lubiany przeze mnie dziennikarz Marcin Meller, którzy uważa tę książkę za jedną z powieści swojego życia.
A ja stoję gdzieś po środku. Czy przeczytam następny tom...? Cóż, jedno trzeba przyznać, że raczej tak - Nino Haratischwili przynajmniej udało się zachęcić mnie do przeczytania dalszego ciągu tej historii, choć już raczej nic specjalnego od niej nie oczekuję, umówmy się.

A wy? Czytaliście osławione "Ósme życie (dla Brilki)"? Jeśli tak, to jakie były Wasze wrażenia? 

Pozdrawiam 

horsefan

sobota, 13 sierpnia 2016

"Pora westchnień, pora burz", czyli parę słów o Lwowie... raz jeszcze

Witam...
... po nieco dłuższej przerwie. Niby z podróży wróciłam już w zeszłym tygodniu, ale najpierw musiałam trochę odetchnąć, potem się rozchorowałam, a jeszcze później (tj. wczoraj) odwiedziła mnie rodzinka, którą widzę raz na ruski rok i wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik...no, wiecie jak to jest.

Ale żyję! Tym razem mam dla Was recenzję kolejnej książki, tym razem jest to Pora westchnień, pora burz, czyli moje pierwsze zetknięcie z twórczością Magdaleny Kawki.

Jedźmy z tym koksem!

* * *

Źródło
 Lwów zdecydowanie jest na jednym z pierwszych miejsc na liście moich ulubionych miast. Właściwie czuję, że tam, a nie w rodzinnym Gdańsku, jest mój prawdziwy dom.



Kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek, lubię zabierać ze sobą książkę, która opowiada o miejscu, do którego jadę. W Gruzji czytałam Chleb i proch T. Andersona, w Wilnie natomiast czytałam Silva rerum K. Sabaliauskaitė. (Aż się boję pomyśleć, co będę czytała w czasie wyprawy na Kilimandżaro, którą planuję za kilka lat…:-D


Nie inaczej było w przypadku Lwowa. Do plecaka ostatecznie trafiła Pora westchnień, pora burz Magdaleny Kawki. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy, książka ta ma być znakomitą powieścią o trudnych ludzkich relacjach w jeszcze trudniejszych czasach.  

Czy tak rzeczywiście jest?

Powieść dzieli się na dwie części – tę przedwojenną i tę wojenną.
Historia bohaterów – rodziny Lindnerów, ich dzieci, przyjaciół, znajomych - rozpoczyna się zimą roku 1937, kiedy co prawda cała Europa ogarnięta jest kryzysem ekonomicznym, ale w wybuch wielkiej wojny raczej nikt nie wierzy. Wszyscy mieszkańcy Lwowa i okolicznych wiosek zajęci są swoimi mniejszymi lub większymi sprawami .
Szesnastoletnia Lilka Lindnerówna wraz z koleżankami szykuje się do matury, przeżywa pierwsze, nastoletnie zauroczenia i snuje plany na temat swojej przyszłości.


Wśród jej koleżanek są Sara Rothfeld (wywodząca się z inteligenckiej żydowskiej rodziny, która martwi się, że nigdzie nie będzie mogła wyjść w sobotę, bo przyjeżdżają jej ortodoksyjni dziadkowie, a babcia uważa, że w szabat to nawet chodzić nie wolno), ruda i piegowata Janka Szymonowiczówna, Nina Dejnis (córka ukraińskiego profesora Politechniki Lwowskiej, Aleksandra Dejnisa), Marysia Szczurko (zwana Szczurkiem, lecz nie przez swoje nazwisko, lecz z powodu swojej charakterystycznej urody), Marysia Baczyńska, która podejrzewała swojego ojca o szowinizm i antysemityzm (a to dlatego, że Żyd Rosenman zabronił ojcu Marysi przyprowadzać na śniadania do jego kafejki pieska o zacnym imieniu Mops, co w ocenie pana Baczyńskiego oznaczało, że Rosenmann nie odróżnia porządnego obywatela od brudnego batiara) i wiele innych...
Podobnie jest w świecie dorosłych. Mała stabilizacja, którą osiągnęli Lindnerowie, za chwilę runie w gruzy. Rozmowy na temat gotowości Polski do wojny za chwilę zweryfikuje skuteczność  faszystowskich dywizji pancernych i piechoty zmotoryzowane, perfekcyjnie realizujących teoretycznie założenia blitzkriegu Heinza Guderiana.


Oczywistym jest, że autorka musiała zmierzyć się z bardzo trudnym zadaniem, polegającym na odtworzeniu tamtego przedwojennego świata z całą jego małą, codzienną krzątaniną, wiedząc, że będziemy go oceniać z perspektywy tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły we wrześniu 1939 roku. O ile świat nastoletniej Lilki został przedstawiony realistycznie, prawdopodobnie, nawet czasami zabawnie, o tyle przedstawienie świata dorosłych wydało mi się nieco schematyczne. Poglądy, rozmowy, rys postaci był jakby zaczerpnięty z podręczników historii, zanadto uwspółcześniony i tym samym niewiarygodny. 


Druga część książki, która traktuje o wejściu Sowietów 22 września zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Z uwagi na to, że powieść oparta jest częściowo o osobiste relacje członków rodziny autorki, to zakładam, że opisane okrucieństwa, jakich dopuszczali się Sowieci na ludności lwowskiej nie są produktem wyobraźni autorki, a przynajmniej w części prawdziwą relacją. Dotyczy to w szczególności takich opisanych zdarzeń jak: ukrzyżowanie księdza A. Fedorowicza z kościoła św. Marii Magdaleny czy morderstwo Janeczki Szymonowiczówny w dniu jej ślubu ze Zbigniewem Szczawińskim. Relacja dotycząca sposobu postępowania Sowietów z lwowską ludnością, zakładam, że też jest prawdziwa. Będąc we Lwowie, zapytałam  moją panią przewodnik o to, czy takie zdarzenia miały miejsce, a ona je potwierdziła, a także to, że Sowieci jedli zupę z nocników i w szlafrokach i koszulach nocnych chodzili do teatru (w głębokim przekonaniu, że mają na sobie wieczorowe kreacje, czym niewątpliwie były, ale z innym przeznaczeniem).  
Dobrze oceniam także sposób przedstawienia relacji między lwowianami po wybuchu wojny. 

Ulica, która ma tyle nazw, ale nikt nie wie, którą jest tą prawidłową;)
Z wesołych, życzliwych lwowian wychodzą wszystkie najokropniejsze cechy, każdy zaczyna myśleć tylko o sobie; czar miasta pęka niczym bańka mydlana. Zaczyna się kategoryzacja według narodowości: to Polak, tamten to Żyd, a jeszcze inny to Ukrainiec. Wszyscy podejrzliwie łypią na siebie spode łba. Dawne przyjaźnie oraz do tej pory wyznawane wartości zostają wystawione na ciężką próbę…
W drugiej części powieści autorka pokazała prawdziwy literacki pazur.


Jednak pewnym rozczarowaniem dla mnie było to, że sam Lwów paradoksalnie nie jest tak bardzo obecny w tej książce. Pisząc tę recenzję, natrafiłam na informację, że autorka nigdy nie była w tym mieście, a zna je wyłącznie z relacji rodziny, ze zdjęć, map, opracowań, a nawet rozkładu jazdy tramwajów. I niestety, to widać. O ile Kristina Sabaliauskaitė pokazała bijące serce Wilna, miasta, które doskonale znała i w którym się urodziła, o tyle Magdalena Kawka pokazała miasto papierowe. Pomimo tego, że główni bohaterowie mieszkają na ulicy Tatarskiej, Lilka uczęszcza do gimnazjum im. Św. Marii Magdaleny przy ulicy Sapiehy, razem z koleżankami chodzą do Parku Stryjskiego, jej koleżanka Marysia Baczewska jest z tych Baczewskich, w związku z tym musiała mieszkać w kamienicy przy wschodniej części Rynku, to jednak drzewa w Parku Stryjskim nie szumią, dzwonek w gimnazjum nie dzwoni, a ulica nie drży, jak przejeżdża tramwaj, a z fontann wokół Rynku (z Adonisa, Neptuna, Amfitryty i Diany) nie tryska woda. Wszystko widzimy jak przez szybę. Wydaje się, że to jest największy mój zarzut do autorki. Pisząc taką książkę, o takim mieście, grzechem pierworodnym było do miasta tego nie pojechać, każdej kamienicy przy starym Rynku nie dotknąć, Lwa świętego Marka nie podziwiać, pod Jezusem Frasobliwym nie pochylić głowy, do Katedry Ormiańskiej nie wstąpić, fresków J.H. Rosena nie podziwiać i powietrzem, którym oddychali bohaterowie jej książki się nie zachłysnąć.

Autorka miała doskonały pomysł. Brakuje w naszej literaturze książki, która mierzyłaby się z tamtym czasem w tamtym miejscu. I chociaż uważam, że lepiej, że Pora westchnień, pora burz powstała, to mimo tego autorka wielkiej szansy, jaką miała, nie wykorzystała w pełni. To trochę tak, jak z filmem Historia Roja… (zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji tego filmu na blogu). Nie jest to dobry film, ale bardzo dobrze, że powstał.


Pomimo tego drobnego w sumie zarzutu, nie dostrzegalnego dla wszystkich, nadal gorąco polecam tę książkę. Autorce udało się umiejętnie i ze swadą przedstawić swoich bohaterów, że tęskni się za nimi po odłożeniu książki chociażby na chwilę. Gorąco polecam!
[Recenzja została dodatkowo okraszona zdjęciami z mojej podróży:)]


~ Mała anegdotka...~
...z horsefanowskiej wyprawy po Lwowie.
(Nigdy nie wiesz, co możesz napotkać!)

 Wyszłam sobie rano na spacer po Rynku razem z Panią Matką. Niedaleko tzw. Czarnej Kamienicy zauważyłyśmy takie figury baranów ze słomy, ale nie wiedziałyśmy, o co w nich właściwie chodzi. Więc sobie szłyśmy, szłyśmy... a tu nagle - podszedł do nas chłopak w ukraińskiej wyszywance i sobie mówimy: "Dobry deń", "Dobry deń". Chcemy razem z Panią Matką pójść gdzieś dalej, ale chłopak nas zatrzymuje. Ujął moją dłoń i zapytał: "Kak malieńka twoja 'mienia?"*. Ja, jako że całkiem dobrze rozumiem ukraiński, zwłaszcza ten, którym posługują się Ukraińcy z zachodniej części kraju, więc odparłam: "Na imię mi Sofija". 
Chłopak już uradowany, że złapał dziewuchę, ale moja mama przerwała: "Ale Zośka, czy jemu nie chodziło o imię matki? No bo powiedział matieńka...". Ukraińcowi oczy urosły do rozmiarów spodków. Powiedział: "A mama...! Nie, mnie o córkę chodzi!"**. Wziął mnie mocniej za rękę, ja aż trochę się przeraziłam: no bo co? Może okraść chce, albo coś? 
"Panie z Polsz'czy?" - zapytał. Odparłyśmy zgodnie, że tak. "To z Rzeszowa?" No i z mamą obie w śmiech, bo on zadał to pytanie tak, jakby wszyscy Polacy byli z Rzeszowa... "Nie, nie, my z Gdańska!" - tłumaczę pospiesznie, z uśmiechem na ustach. "A, Gdańsk!" - Ukrainiec radośnie rozstawił ręce. - "Morie! [Morze!]"
Po czym znów zwrócił się do mnie: "A ty, Sofija - ze mną!". Pociągnął mnie parę metrów dalej i pokazał na jednego ze słomianych baranów: "No, proszę siadać!". Ja, już nie wiedząc, co ze mną będzie, posłusznie wykonałam jego polecenie... Chłopak i jego kolega ze sztuczną czarną brodą a la Święty Mikołaj nałożyli mi zieloną chustę na ramiona, kapelusz ze sztucznymi rogami na głowę, a do rąk wetknęli po jednej ciupadze.
"A teraz powtarzaj za mną, Sofija" - odezwał się chłopak, ten sam, który wyciągnął mnie z tłumu. A ja już się zlękłam, co on może mi kazać mówić. Slawa Ukrajini, Herojam Slawa
"Putin ne prydziot! Putin ne prydziot! PUTIN NE PRYDZIOT!"***
 Kiedy cyrk z "nieprzepuszczaniem" Putina się skończył, "czarnobrody" poprosił mnie, bym wstała z barana, po czym oznajmił: "Budziemy tańcowat'."****. "Ale ja nie umiem tańczyć!" "Kak to nie umiesz! Kak to nie umiesz!" - pseudobrodacz wziął mnie za rękę odtańczył ze mną coś na kształt polki. W pewnym momencie myślałam, że już ze mną skończył, ale to był dopiero początek... Pseudobrodacz wziął mnie na ręce i zaczął okręcać wokół własnej osi! "Maaamooo! Pooomooocyyy!" - darłam się jak ta głupia pomiędzy atakami nieopanowanego śmiechu, bo nadal miałam w głowie lampkę, że mogą chcieć mnie okraść... Ale na szczęście miło się skończyło, chłop odstawił mnie na ziemię i powiedział tylko, że ja się bać nie powinnam, ale po za tym spoko ze mnie dziewuszka
 Koniec bajki

*A tak przynajmniej zapamiętałam. [A potem od cioci Ukrainki dowiedziałam się, że chłopak posługiwał się na w pół ukraińskim, na w pół rosyjskim.]
**W większości nie pamiętam, co powiedział "w oryginale", dlatego podaję - w moim mniemaniu - polskie tłumaczenie.
***"Putin nie przejdzie", czy jakoś tak...
****"Będziemy tańczyć/tańcować."

No, cóż by jeszcze więcej powiedzieć? Do zobaczenia w następnym poście!

horsefan

Szóstka Wron.