Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 września 2017

Szóstka Wron.

 Witojcie panie i panowie.

Parę ładnych miesięcy temu przeczytałam pewną książkę, po czym napisałam jej bardzo negatywną recenzję. Z resztą, to mało powiedziane. Ja po niej zjechałam, i to bezlitośnie.
Tą książką był „Cień i kość” autorstwa, a jakże, Leigh Bardugo.
Pewnie teraz część z Was się zastanawia, co właściwie w takim razie skłoniło mnie do jakiegokolwiek powrotu do twórczości tej pani?
Cóż, muszę przyznać, że zachęciły mnie bardzo pozytywne recenzje „Szóstki Wron”. Nawet Klaudia z kanału „Odczytaj”, która zalicza się do tych nielicznych booktuberek, które naprawdę lubię i szanuję, przyznała, że „Szóstka…” bije Trylogię Grisza na głowę, i to wielokrotnie.
I to skłoniło mnie do myślenia. Bo jakim cudem Leigh Bardugo, której styl w jej pierwszym cyklu przypomina wypociny nieogarniętej  trzynastoletniej małolaty z Wattpada, zdołała wyprodukować coś, co spodobało się nawet jej zagorzałym przeciwnikom?

Źródło
 Do tej kwestii jeszcze za jakiś czas wrócę, a teraz pozwolicie, że przybliżę Wam fabułę tej książki.
Ketterdam, stolica wyspiarskiego Kerchu, jest w większości podzielony na tereny zajmowane przez poszczególne, rywalizujące ze sobą gangi.
Jednym z nich jest Klub Wron, w którym prym wiedzie Kaz Brekker, z powodu swojego okrucieństwa nazywany przez mieszkańców miasta Brudnorękim. Pewnego dnia młody złodziej otrzymuje zadanie, zdawać by się mogło, niemożliwe – ma się włamać do Lodowego Dworu, jednej z najpilniej strzeżonych twierdz swojego świata i wydostać stamtąd cennego zakładnika. Do pomocy w wykonaniu zlecenia Kaz wybiera pięcioro podobnych sobie wyrzutków, którzy dla pieniędzy są w stanie zrobić niemalże wszystko.
A są nimi:
- Inej Ghafa, osobista pomagierka Kaza, zabójczyni oraz zbieraczka sekretów, zwana powszechnie Zjawą,
- Nina Zenik, grisza zbiegła z Ravki, ciałobójczyni mogąca zaledwie jednym ruchem zabić człowieka od wewnątrz,
- Jesper Fahey, pochodzący z Nowoziemia specjalista od broni palnej, wybuchów oraz kart,
- Matthias Helvar, Fjerdanin, dawniej drüskelle parający się polowaniem na griszów, dziś skazany przez fałszywe zeznania głoszące, że handlował niewolnikami,
- oraz Wylan Van Eck, syn bogatego ketterdamskiego kupca, który, choć odrzucony przez wymagającego rodzica, ma stanowić gwarancję uczciwości Brekkera.
Razem, pomimo licznych różnic między nimi, będą musieli współpracować w dążeniu do wspólnego celu, jakim jest szybkie wzbogacenie się…

Źródło

Swoją ocenę zacznę od tego, o czym wspominałam na początku, czyli porównania tej książki do Trylogii Grisza. A muszę przyznać, że w porównaniu z tym, co autorka serwuje swoim czytelnikom w swoim pierwszym cyklu, „Szóstka…” robi naprawdę ogromne wrażenie. 
Po pierwsze, kreacja bohaterów. Każdy z tytułowej szóstki ma wyraźnie nakreślony charakter, cele oraz bardzo bolesną przeszłość, która znacznie przyspieszyła u nich proces dojrzewania.
To coś zupełnie innego niż historia Aliny Starkov, w której to, z samą główną bohaterką na czele, proces kreowania postaci przypomina swoistą taśmę produkcyjną – dajemy osobnikowi kilka podstawowych cech wyglądu i charakteru, a potem mówimy „do widzenia”, bez żadnego zagłębiania się w psychikę danego bohatera czy bohaterki.
Po drugie, przedstawienie świata. W „Griszy” nieustannie odnosiłam wrażenie, że świat Ravki, Kerchu czy Fjerdy jest nudny, przewidywalny, że wszystko jest w nim sztuczne i mało realistyczne. Jeżeli w pierwszym cyklu Leigh Bardugo również Was to denerwowało, to mogę Was z ręką na sercu pocieszyć, że tutaj tego nie uraczycie.

Nie dość, że widać ogrom pracy wykonany przy jego tworzeniu, w tym również bardzo dobrze wykorzystany research,  to jeszcze czytelnik zagłębia się w niego z przyjemnością, pragnąc odkryć wszystkie jego najmroczniejsze zakamarki. Czytając, odnosiłam czasem wrażenie, że znalazłam się w jakiejś mroczniejszej, fantastycznej wersji dawnego Amsterdamu, w którym pomieszano ze sobą elementy z XVII, XVIII i XIX wieku.
Po trzecie, język, jakim posługuje się autorka jest lekki, wyrobiony, przez co przez tekst po prostu się płynie… czegóż chcieć więcej w młodzieżówce?
Okej, trochę tu wzniosłam ochów i achów na cześć tej powieści, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jej chociaż kilku drobnych wad.  Co prawda, w ich temacie nie mam do powiedzenia zbyt wiele nowego.

Francuska okładka [Źródło]
 Z pewnością muszę się zgodzić ze zdecydowaną większością recenzji tej książki, że jej zdaje się największą wadą (z tych, które udało mi się dostrzec, oczywiście) jest wiek bohaterów. Zbyt młodzi oni chyba na te doświadczenia, jakie mają.
Oczywiście, rozumiem, że jest to historia z założenia skierowana do młodzieży, a ci zawsze potrzebują kogoś, z kim można się utożsamiać, ale serio – gdyby w tej książce nie było podanego wieku bohaterów, to nigdy przenigdy nie powiedziałabym, że w rzeczywistości mają oni… około 16-17 lat. Na przykład Kaz – na swoją reputację bezwzględnego przywódcy złodziei pracował nad wyraz krótko, podobnie jest zresztą z jego ogromnym sukcesem finansowym. Czy dla uzyskania większego realizmu nie lepiej by było dodać mu odrobiny lat i uczynić go dwudziestopięcio-, a może i nawet dwudziestosiedmiolatkiem?
Mogłabym tak wymieniać każdego z bohaterów i mówić dlaczego takiej Inej dałabym co najmniej dziewiętnaście lat, a takiemu Matthiasowi – dwadzieścia trzy lub cztery, ale nie wydaje mi się to zbyt potrzebne, zwłaszcza, że po drodze mogłabym coś przez przypadek zaspoilerować.
Zamiast tego, przejdźmy do następnego punktu.
Drugą wadą, choć znacznie mniejszą, jest fakt, że akcja, która od początku pędzi w zawrotnym tempie, w pewnym momencie zwalnia i na chwilę robi się, delikatnie rzecz ujmując, nudno.
Na szczęście dla czytelnika, ów „okres nudy” nie trwa zbyt długo, i o ile ktoś nie porzuci lektury na tym etapie i wykaże się  odrobiną cierpliwości, to nie będzie rozczarowany.
Zapewne inny czytelnik (recenzent?)  wytknąłby tej historii znacznie więcej wad i błędów, jednak ja nie chcę ich dalej poszukiwać, że ilekolwiek by ich nie było, to i tak zalety przeważają nad wadami.
I w sumie tutaj mogłabym już tylko zakończyć tę recenzję szczerze polecając lekturę tej książki, jednak pozostała mi jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia, którą chciałabym w niej koniecznie poruszyć.
Gdyby ktoś dał mi do przeczytania sam tekst „Szóstki Wron” nie podając mi nazwiska autora i gdyby akcja nie działa się w świecie griszów, to nigdy bym nie powiedziała, że autorką tej powieści jest Leigh Bardugo.
Czy w takim razie należałoby bardzo pogratulować tej pani postępów i życzyć jej dalszych sukcesów? Może tak. Albo i nie…

Źródło
 Jak się  domyślacie, nie mogłam, jak każdy książkowy pseudodetektyw, przejść obojętnie obok tak diametralnej zmiany stylu u autorki, której poprzednie „dzieła” uważam za doskonały przykład grafomaństwa. Dlatego też, z czystej ciekawości, postanowiłam sprawdzić, jak wiele czasu upłynęło od premiery ostatniego tomu Trylogii Grisza (nawet przez niektórych fanów uważanego na najgorszą część cyklu) do premiery „Szóstki Wron” .
Wynik przerósł moje oczekiwania. Niestety, w tym negatywnym znaczeniu.
Oryginalna data premiery „Ruiny i rewolty” to 17 czerwca 2014 roku, „Szóstki Wron” – 29 września 2015 roku. To daje nam w przybliżeniu rok i trzy miesiące.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, ile czasu zajmuje edycja i korekta (a przy takiej liczbie stron z pewnością było nad czym pracować), opracowanie szaty graficznej, decyzja odnośnie marketingu i promocji, wysokości nakładu oraz inne tego typu formalności, to wyjdzie nam coś około roku.
Więc na napisanie książki zostają te trzy miesiące (plus parę dni). Może i doświadczony, bardzo wyrobiony pisarz byłby w stanie napisać taką powieść w tak krótkim czasie, ale umówmy się – osoba, która w poprzedniej swojej pracy wykazała się tak dużą niedojrzałości i brakiem kwalifikacji literackich? „Szóstka Wron” reprezentuje poziom i styl, do których sama dążę, a piszę na znacznie wyższym poziomie niż autorka Trylogii Grisza. Pisanie to nieustanna nauka i bardzo długi proces, który z prawdziwą radością obserwujemy u wielu autorów, ciesząc ich rozwojem, ale tutaj to proces tak niebywale szybki, że aż…. zwyczajnie niemożliwy. Trudno mi bowiem uwierzyć, że można zdobyć takie umiejętności, doświadczenie i literackie wyczucie, zaczynając z tego poziomu, od jakiego zaczynała  autorka Trylogii Grisza, w tak krótkim czasie.
Czy w takim razie autorem „Szóstki Wron” wcale nie jest Leigh Bardugo, a jedynie anonimowy ghostwriter?

Źródło
 Może i ktoś z Was uzna to twierdzenie za przesadę z mojej strony, ale przyznajcie  – wygląda to co najmniej zastanawiająco.
Na moją opinię w tej kwestii z pewnością wpływ miał fakt, że „Szóstkę…” zaczęłam czytać w drodze powrotnej z obozu literackiego, na którym to, oprócz pisania w ilościach ogromnych, mieliśmy również zajęcia praktyczne. Na jednych z nich nasza nauczycielka wyjaśniła nam, kim są ghostwriterzy, czyli osoby, które za wynagrodzeniem piszą, korygują lub redagują różne teksty. Rozmawialiśmy o tym głównie pod kątem pisania na czyjeś zlecenie, najczęściej osoby która później opatrzy pracę swoim nazwiskiem. W osłupienie wprawiła mnie informacja, że zjawisko to jest powszechne i często wydawnictwa (szczególnie zagraniczne) publikują różne formy literackie pod znanym już nazwiskiem, wiedząc, że „to się sprzeda”, zamiast podejmować ryzyko i liczyć straty wtedy kiedy prace jeszcze nieznanych autorów smętnie zbierają kurz na półkach księgarskich. Często dla młodego pisarza, to jedyna forma upublicznienia jego działa. Oczywiście, są wśród ghostwriterów również i takie osoby, które w pełni świadomie pracują jako „pisarz do wynajęcia”. Wydaje mi się, że jeżeli „Szóstka…” rzeczywiście wyszła spod pióra ghostwritera, to raczej mógł być to ktoś właśnie taki.
Nie upieram się przy moim zdaniu, ale proszę Was – miejcie to na uwadze, jeśli zechcecie przeczytać tę książkę. Gorąco Was do tego zachęcam, ponieważ sądzę, że, pomimo swoich wad, „Szóstka Wron” to warta polecenia młodzieżówka, zwłaszcza na teraz, kiedy mamy ostatnie dni lata.

A tymczasem żegnam państwa.

Pozdrawiam 

SophieMarie

piątek, 21 kwietnia 2017

Miało być świetnie, a wyszło... jak wyszło. Czyli o "Gniewie i świcie" słów kilka

Witam po dłuższej przerwie. Stęskniliście się?

Eh, całe szczęście, od dziś temat egzaminów uważam za zamknięty. I to bardzo dobrze, bo gdybym jeszcze coś miała w najbliższym czasie pisać... eh, nie wiem, czy bym to zniosła.

W ramach mojego małego "powrotu" chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat pewnej książki, która, mówiąc delikatnie, bardzo mnie rozczarowała.

Jedźmy z tym koksem!

* * * 
Na wstępie pragnę się tylko zwrócić do ludzi, którym ta książka się podobała:
Nie mam na celu Was obrazić.
Książka jest po to wywoływać różne emocje, by o niej dyskutować i wyrażać swoją opinię.
Jeżeli nie chcecie czytać tej recenzji, nikt Was do tego nie zmusza, na moim blogu znajduje się cała masa innych postów i mogę się założyć, że któryś może Was zainteresować.
Więc weźcie sobie te słowa do serca, zanim zmieszacie mnie z błotem. 
Dziękuję za uwagę. 

A ci, którzy jeszcze nie czytali, pewnie już zdążyli się domyślić, że omawiana przeze mnie dziś powieść wywołuje naprawdę skrajne emocje... cóż to takiego może być? Czyżby... 50 twarzy Greya? Tfu, tylko nie  ten gniot, nigdy w życiu!
Mowa o czymś innym. Czymś zdecydowanie bardziej zjadliwym niż słynny karny Grey, ale jednak nadal niezbyt porządnie wykonanym.

Źródło
Zacznę może od tego, dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę. 

Ostatnio popularność wśród powieści fantastyczno-młodzieżowych popularność zyskują sobie tzw. retellingi (z j.ang. retell – opowiedzieć na nowo). Nie jest mi do końca wiadome, kto rozpoczął tę modę – czy to Sarah J. Maas ze swoim Dworem cierni i róż czy może ktoś inny, o kim jeszcze nie słyszałam. Tak czy owak, postanowiłam, że czas wreszcie dowiedzieć się, co w trawie literackiej piszczy i przeczytać jakiś retelling, ot z czystej ciekawości.
Długo nie dane mi było szukać, gdyż z pomocą zaraz przyszedł mi YouTube (a dokładniej to jego pewna sfera zwana BookTube’em) z Cat z kanału Cat Vloguje na czele. To właśnie z jej filmiku dowiedziałam się o istnieniu powieści „Gniew i świt” autorstwa amerykańskiej pisarki Renée Ahdieh.

Opowiada ona historię, którą zapewne każdy z nas zna od lat.

W krainie inspirowanej średniowiecznym Bliskim Wschodem od kilku lat sprawuje despotyczne rządy młody kalif, Chalid. Władca co noc bierze sobie nową małżonkę, by o świcie pozbawić ją życia za pomocą jedwabnego sznura.
Szesnastoletnia Szahrzad Al-Chajzuran jako pierwsza w historii zgłasza się, by zostać żoną kalifa. Jej celem jest zemsta na władcy za zabicie jej najlepszej przyjaciółki, Sziwy, i wyzwolenie Chorasanu raz na zawsze spod rządów tyrana.
Noc  w noc, Szahrzad jest zmuszona opowiadać kalifowi coraz nowsze historie, by wykupić sobie czas na poznanie jego kolejnych cech i słabości… czy dziewczyna podoła zadaniu? 

Jak można się od razu domyśleć, mamy tutaj do czynienia z opowiedzianą na nowo historią Szeherezady, legendarnej autorki Baśni tysiąca i jednej nocy.  Już sam ten fakt pobudził moją wyobraźnię na długo, zanim zabrałam się do lektury. Bo któż z nas jako dziecko nie słyszał o Alladynie i jego magicznej lampie, o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach czy o Sindbadzie Żeglarzu? 

Rzadko się zdarza, żebym miała jakieś konkretne wyobrażenia co do treści książki, zanim zaczynam ją czytać. A nawet jeśli one są – to nie na tyle znaczące, żebym przeżywała później z tego tytułu wielkie rozczarowanie w rodzaju, że pisarz napisał inaczej niż ja chciałam, cóż z tego, że to on jest autorem, kiedy to ja chciałam, żeby napisał inaczej.  W odniesieniu do tej książki także nie miałam takich wyobrażeń,  chociaż w przypadku retellingu byłoby – sami przyznacie – więcej niż uzasadnione.  Tym razem jednak wprost nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, jak autorka poradziła sobie z zadaniem, oczywiście będąc w głębokim przekonaniu, że dostanę dawkę – przynajmniej jak na młodzieżówkę – świeżej, dobrze napisanej historii ze szczyptą oryginalności. 

Jak już wiecie, czekało mnie gorzkie rozczarowanie. 
(I to chyba po raz pierwszy w mojej karierze czytelniczej.)

Skoro już przeszłam w takie pesymistyczne tony, to zacznę może od minusów powieści, których dopatrzyłam się znacznie więcej niż plusów.
Po pierwsze, główna bohaterka  - Szahrzad Al-Chajzuran.
Ci, co mnie znają, wiedzą, że sobie cenię silne, zdecydowane bohaterki, dążące do swojego celu bez względu na wszystko. Szazi (bo tak jest ona pieszczotliwie nazywana przez innych bohaterów książki) również wydawała mi się być taką postacią.
Inteligentna. Zdolna do prowadzenia własnej intrygi. Pozbawiona skrupułów.
A przynajmniej taką dziewczyną jest na początku.
Im więcej czytałam, tym bardziej odnosiłam wrażenie, że autorka w pewnym momencie zapomniała, o czym właściwie pisze, a tym samym – kim ma być jej główna bohaterka. Mniej więcej od połowy powieści Szahrzad przestaje dążyć do swojego celu i niemalże, ot tak, po prostu, ulega  urokowi – urokliwego, nomen omen - Chalida. 
Nie chodzi mi tu nawet o sam fakt, że do tego w końcu dochodzi, ale sam sposób w jaki przedstawiła to autorka. To po prostu było zbyt proste, czasami wręcz naiwne. W głowie latało mi chyba z milion wykrzykników. Miałam ochotę potrząsnąć Szazi i wrzasnąć jej prosto w twarz: "Kobieto! Przecież ten facet zamordował twoją najlepszą przyjaciółkę, ogarnij się!"
Oczywiście, od momentu, kiedy Szahrzad zakochuje się w swoim własnym mężu, w fabule coraz bardziej widoczne stają się schematy typowe dla innych romansideł (bo nie romansów) dla nastolatek. 
A stąd już tylko krok do kolejnej kalki i oto Chalid okazuje się nie być winnym śmierci swoich poprzednich małżonek. Ten wątek, jak się zapewne spodziewacie, także wydał mi się dość naciągany i zbyt uproszczony.

Przejdźmy do następnego punktu. 

Drugim elementem, który niemile mnie zaskoczył, były błędy logiczne. Dopatrzyłam się ich tu całkiem sporo, ale pragnęłabym skupić się na jednym.
Sądziłam, że takie coś nie ma już prawa pojawić się we współczesnej literaturze, nawet tej popularnej, przeznaczonej dla nieco młodszych czytelników.
Lecz i tym razem się przeliczyłam.
Czy kiedykolwiek słyszeliście, żeby niewolnica, i to w dodatku z obcego kraju, pyskowała swojej pani? Żeby traktowała ją z góry? Albo – o zgrozo – nazywała ją: "smarkatą kalifą"? (Nie wymyśliłam tego, takie określenie naprawdę pada w tej książce!)
W ten właśnie sposób do Szahrzad odnosi się Despina – przydzielona jej służka, z pochodzenia Greczynka. To jedna z postaci, którą autorka miała szansę uczynić naprawdę interesującą, ale zamiast tego już na wstępie strzeliła sobie w stopę (autorka, oczywiście, a nie bohaterka, ta jest Bogu ducha winna), wyjawiając, że Despina jest w rzeczywistości agentką, mającą szpiegować Szazi na zlecenie Chalida.
Do tej pory zachodzę w głowę, jak do tego doszło, że tylu ludzi przeczytało i zrecenzowało tę książkę, a jeszcze chyba nie widziałam opinii, w której ktoś by zwrócił uwagi na ten błąd.
A szkoda.

I w końcu dochodzimy do kolejnego, już trzeciego, detalu, przez który lektura „Gniewu i świtu” mi naprawdę zbrzydła.
A mianowicie – dialogi.
To, co w mniemaniu autorki ma brzmieć podniośle, może nawet poetycko, dla mnie stanowiło idealny przykład tego, jak NIE należy pisać dialogów.
Rozumiem, że bohaterowie muszą mówić w ten sposób w nieco bardziej oficjalnych sytuacjach np. kiedy Chalid przyjmuje w pałacu swojego wuja, sułtana Partii. W takich przypadkach nie miałam żadnych zastrzeżeń.
Ale czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, że zwracacie się do swojego najlepszego przyjaciela tudzież przyjaciółki (jeżeli oczywiście takowego/takową posiadacie) w taki sposób, jakbyście żyli w jakiejś epopei narodowej? (O Panu Tadeuszu już nie wspomnę…)
Jak znam życie, pewnie wasza odpowiedź brzmi: nie. No właśnie. 

To chyba na tyle z moich największych zastrzeżeń do pani Ahdieh i jej sposobu prowadzenia historii.
Teraz czas na plusy, których co prawda jest tyle, co kot napłakał, ale nie byłabym sobą, gdybym o nich chociaż nie wspomniała.

Po pierwsze, o „Gniewie i świcie” można wiele złego mówić, ale jednego tej powieści odmówić nie można – a mianowicie, bardzo intrygującego klimatu.
Składają się na niego głównie opisy strojów, biżuterii, jedzenia, miejsc, które – w porównaniu z pozostałymi elementami składającymi się na tę historię – uważam za całkiem dobre. Tak, „całkiem dobre” to bardzo odpowiednie określenie. (Właściwie to dzięki nim mój egzemplarz książki nie przeżył niemiłego spotkania pierwszego stopnia ze ścianą w moim pokoju, ale to już szczegół.)

Drugą zaletą tej powieści (tu samą siebie zadziwiłam, ponieważ w innych okolicznościach w ogóle nie uznałabym tego za jakikolwiek plus) jest to, że bohaterowie sprawiają wrażenie starszych, dojrzalszych i bardziej doświadczonych aniżeli w rzeczywistości. Przy odrobinie złej woli, ten efekt mógłby być także uznany za kolejną wpadkę autorki, a konkretnie za  nieznajomość ludzkiej psychiki i tego , w jak dużym stopniu determinowana jest ona przez wiek. Ale przy odrobinie dobrej woli, a tę chciałabym wykazać, może ona być także potraktowana pozytywnie. Być może w tamtych, bliżej nieokreślonych czasach, o których swoją opowieść snuje Renée Ahdieh, nastolatki były bardziej dojrzałe i doświadczone różnymi kolejami życia. Zatem niech będzie plusem dla Ahdieh, że 16-letnia bohaterka, jej przyjaciele z dzieciństwa, Tarik oraz Rahim, i w końcu sam Chalid (zaledwie o dwa lata starszy od swojej żony) zachowują się jakby mieli co najmniej dwa razy tyle.
I na koniec trochę przekornie stwierdzę, że gdyby ci wszyscy bohaterowie zachowywali się tak, jak powinni to robić ich rówieśnicy (moi rówieśnicy), to pewnie rzuciłabym lekturę tej książki (o wyżej wspomnianą ścianę, zapewne), zanim dotarłabym do połowy… 

Eh, co tu wam więcej powiedzieć?
Wiecie, dla kogo jest z pewnością ta książka?
Dla kogoś z niewielkimi oczekiwaniami.
Dla kogoś chcącego się odprężyć po długim, stresującym dniu w pracy, w szkole czy na uczelni, pragnącego zatopić się w tanim, niezobowiązującym romansidle.
Ale nie dla kogoś, kto oczekuje, że będzie to jedna z lepszych powieści młodzieżowych jakie czytał w życiu.
Bo uwierzcie mi – nie będzie.



To właściwie tyle na dziś. Trzymajcie się ciepło. 

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 25 stycznia 2017

"Ósme życie (dla Brilki)" tom 1 - moje wrażenia z lektury

Źródło
Okej, zacznijmy może od tego, że przeczytałam tę książkę we wrześniu. A mamy styczeń.
Pierwotnie zamierzałam zrecenzować tę książkę na lubimyczytac.pl i na blogu. Cóż, Pani Szkoła dość szybko pokrzyżowała mi te plany. Mówi się: trudno i żyje się dalej...

Jak już pewnie się domyśliliście (zarówno po tytule jak i obrazku powyżej;P), mowa o powieści "Ósme życie (dla Brilki)" autorstwa Nino Haratischwili.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Właściwie, to z dwóch powodów:
  1. Polecała ją blogerka Anita Boharewicz na swoim vlogu Book Reviews by Anita, a tak się składa, że ja lubię jej filmiki, często oglądam je i tak dalej...
  2. Sentyment do Gruzinów, do Kaukazu, do chinkali, a nawet do wina, no, bo tam po raz pierwszy go spróbowałam (cóż z tego, że tylko umoczyłam w nim język, po czym doszłam do wniosku, że jest po prostu fe i że chyba zostanę abstynentką), do Gruzji w ogóle.

A o czym w ogóle opowiada ta powieść?  Otóż, jest to kronika rodzinna (odkąd przeczytałam "Silva rerum" czuję, że coś ciągnie mnie w stronę tego gatunku). Zaczyna się we wczesnych latach XX wieku, a kończy się gdzieś tak w latach pięćdziesiątych - tylko dlatego, że w polskim wydaniu rozbito ją na dwie części.
Przez te wszystkie lata przewijają się kolejne pokolenia gruzińsko-rosyjskiej rodziny Jaszi.
Pierwszą główną bohaterką jest tutaj Anastazja, córka najsłynniejszego gruzińskiego wytwórcy czekolady w carskiej Rosji. Największym marzeniem nastoletniej Stazji jest wyjazd do Paryża i występowanie w tamtejszej operze jako baletnica. W wieku siedemnastu lat dziewczyna poznaje o jedenaście lat starszego od siebie rosyjskiego oficera, Simona Jasziego. Po zaledwie kilku miesiącach znajomości Simon oświadcza się Stazji. Z czasem poznajemy losy innych członków rodziny Jaszi: siostry Stazji - Kristine, dzieci Simona i Stazji - Kitty i Konstantina - oraz kilku innych ważnych w ich życiu ludzi.


Tak więc, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej-więcej o co tej powieści chodzi. A teraz czas na tę część, której wprost nie mogłam się doczekać - na opinię!

Widok na Tbilisi
Bardzo długo zastanawiałam się nad tym jak ocenić tę książkę. Czytałam wiele recenzji w internecie i zauważyłam, że czytelnicy tej powieści podzielili się tak jakby na dwa obozy - jeden zdecydowanie za i drugi zdecydowanie przeciw. Ja z początku byłam w tym, który oceniał ją pozytywnie - uważałam, że ta historia to po prostu jakieś odkrycie, cud-miód po prostu, może nie arcydzieło, ale naprawdę zapiera dech w piersiach, po czym... pożyczyłam ją mojej mamie. A z ust Pani Matki usłyszałam cały potok negatywnych słów na jej temat. Że nudna, że w ogóle, to nie wiadomo, o co w niej chodzi, że autorka ma się za kogoś naprawdę świetnego - a w rzeczywistości nim nie jest...
I wiecie co? Teraz jestem gdzieś pomiędzy. A dokładniej rzecz ujmując, uważam, że Nino Haratischwili miała naprawdę dobry pomysł na powieść, ale niestety to, co ostatecznie wyszło spod jej pióra można określić tylko dwoma słowami: zmarnowany potencjał.
Już od samego początku autorka próbuje wykreować tworzoną przez siebie historię na wielką, rodzinną sagę, ciągnącą się przez wieki, coś niesamowitego, po prostu nie z tej ziemi, ale...
Moim zdaniem, ta historia byłaby znacznie lepsza, gdyby panna (tak, panna, dokładnie sprawdziłam #sprawdzone_info) Haratischwili skupiła się nie na długich, ciągnących się opisach wydarzeń, z których niewiele wynika, i które są dodatkowo takie... wyssane z emocji (to chyba dobre określenie), ale na lepszym zarysowaniu charakteru i relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Czytając, odnosiłam czasami wrażenie, że większość ludzi, którzy przewijają się przez tę historię jest trochę... papierowa? Sztywna? Jednakowa? Trudno mi się wysłowić, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Brakowało mi rozwinięcia niektórych wątków. Bardzo chciałam lepiej poznać relacje pomiędzy Stazją a Simonem, chciałam, żeby autorka wyraźniej podkreśliła chłód emocjonalny między nimi, żeby podkreśliła pochopność ich decyzji o zawarciu małżeństwa oraz to, że tak naprawdę w ogóle się nie znali. (Oczywiście, to tylko jeden z kilku przykładów, a piszę o nim dlatego, że wspomniałam już nieco więcej o tej parze na początku.)
Nie oznacza to jednak, że wszystkie wątki w tej książce są takie mdłe, co to, to nie. Znajdują się w tej książce sceny, które naprawdę mnie poruszyły i sprawiały, że wprost nie mogłam się oderwać, ale... chyba mogłabym policzyć je na palcach jednej ręki.


Ogółem, ta powieść ma zalety, jednak jest ich niewiele w stosunku do wad.

A propos wad... chyba najgorszą z nich są coelhizmy, wszechobecne coelhizmy, które na początku może dało się jakoś przeczytać, ale im dalej w las, tym bardziej miałam ich dość. Rzecz jasna, te coelhizmy są efektem ubocznym tego, że Nino Haratischwili - jak już wspomniałam - chciała wykreować wielką, wspaniałą, rodzinną sagę, co, krótko mówiąc, jej nie wyszło.
Moim osobistym zdaniem (z którym to zdaniem nie musicie się zgadzać) ta historia byłaby znacznie lepsza jako, owszem, saga rodzinna, ale nieco inaczej napisana, bardziej psychologiczna oraz z takim typowo gruzińskim akcentem.
O Jasna Anielko, mam nadzieję, że nie zadręczam Was tymi wszystkimi wadami, bo znalazłam jeszcze jedną... Otóż, sięgając po tę powieść, liczyłam na to, że będzie w niej trochę więcej... Gruzji. Początek jeszcze dawał mi nadzieję, że może będzie tu nieco więcej tej gruzińskości, że tak pozwolę sobie to ująć, jednak i tutaj czekało mnie rozczarowanie - im dalej w las, tym tej Gruzji było mniej.

Uszguli, najwyżej położona zamieszkana wioska na świecie
 Więc, po tym, jak wypisałam wzdłuż i wszerz te wszystkie wady, czy nadal warto czytać tę powieść?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Wybór należy tylko i wyłącznie do Was. Są ludzie, którzy widzą w tej powieści gniota oraz tacy, jakby chociaż lubiany przeze mnie dziennikarz Marcin Meller, którzy uważa tę książkę za jedną z powieści swojego życia.
A ja stoję gdzieś po środku. Czy przeczytam następny tom...? Cóż, jedno trzeba przyznać, że raczej tak - Nino Haratischwili przynajmniej udało się zachęcić mnie do przeczytania dalszego ciągu tej historii, choć już raczej nic specjalnego od niej nie oczekuję, umówmy się.

A wy? Czytaliście osławione "Ósme życie (dla Brilki)"? Jeśli tak, to jakie były Wasze wrażenia? 

Pozdrawiam 

horsefan

piątek, 16 września 2016

Wyobraź sobie, że jesteś... nikim, czyli o "Dziecku Odyna" słów kilka

Wiem, wiem, dawno mnie nie było.

Od postu o Lwowie wiele się w moim życiu wydarzyło. Kolejny wyjazd, potem szkoła i okres przyzwyczajania się do nauki...
...ale najpierw: wyjazd. Dokładniej, to na Islandię. Mam zamiar wstawić zdjęcia z tej podróży, ale najpierw chciałabym się z Wami podzielić swoją opinią na temat książki, którą przeczytałam właśnie na Islandii.
Przed Wami...
Źródło
Książka norweskiej pisarki Siri Pettersen „Dziecko Odyna” otwierająca trylogię „Krucze pierścienie”, która całkiem niedawno pojawiła się na półkach księgarskich,  powinna zainteresować wielu z Was. Jest to bowiem książka, która chociaż osadzona w mitycznym (czy może nawet mitologicznym) świecie opowiada o problemach bardzo dla nas współczesnych.  Zapewne każdy z Was doświadczył, doświadcza lub w przyszłości doświadczy odrzucenia. Wiele może być jego powodów: ważnych, mniej ważnych, zupełnie błahych, takich jak kolor włosów, kolor skóry, brak nogi, albo… brak ogona.
„Dziecko Odyna” to historia piętnastoletniej Hirki, rudowłosej dziewczyny żyjącej w świecie zwanym Ym, zamieszkanym przez ætlingów, człekopodobne istoty z ogonami i ze zdolnością zbierania z otoczenia Evny – magii swojego świata. W Ym istoty takie jak my, ludzie, są postrzegani jako znak nadejścia ślepych – bezmyślnych, okrutnych bestii z innego świata, zwani są  także „dziećmi Odyna”, „emblingami”, czy „zgnilizną”, którą wedle licznych legend i mitów mają roznosić…
Główną bohaterkę poznajemy w momencie, kiedy musi stawić się w stolicy Ym, Mannfalli, w celu odbycia pewnego obrządku, zwanego Rytuałem, podczas którego Rada, kierująca życiem Ym, decyduje o miejscu każdego ætlinga w życiu ymskiej społeczności. Hirka obawia się Rytuału, nawet zanim pozna prawdę o sobie, o swoim ojcu, matce, zielarzu z Północy i bliznach na ciele. Prawdę o ogonie i prawdziwych przyczynach, dla których go nie ma i w końcu prawdę o tym, dlaczego musi to ukrywać i uciekać przed swoim przeznaczeniem.
Jest inna, pogardzana i odrzucona. Jest gorsza i nie należy do świata Ym.  Jest „dzieckiem Odyna” i tę swoją cechę musi ukrywać.
Duże brawa należą się Siri Pettersen za sposób przedstawienia Hirki. Pióro Pettersen – nie tylko zresztą w odniesieniu do opisu Hirki - jest oryginalne, niebanalne i świeże. Hirka w swoim strachu i odwadze jednocześnie, zagubieniu i doświadczeniu, w swoich reakcjach jednocześnie dojrzałych i dziecinnych, jest niezwykle autentyczna.  Sama mam piętnaście lat i w wielu zachowaniach bohaterki dostrzegam samą siebie i moje koleżanki.
W bardzo interesujący i nieszablonowy sposób Pettersen namalowała świat Ym. Po lekturze pierwszego tomu „Kruczych pierścieni” trudno jednoznacznie powiedzieć, jaka jest jego konstrukcja, ale wiele wskazuje na to, że równolegle do Ym istnieje inny świat, świat ludzi. Droga do niego wiedzie przez kamienne wrota, zwane Kruczymi Pierścieniami, które znajdują się w wielu miejscach Ym. Ośrodkiem władzy w Ym jest Mannfalla, w której zasiada Rada, zarządzająca krajem i interpretująca słowa władcy i boga jednocześnie, zwanego Widzącym. Zapewne celowym zabiegiem autorki jest to, że niewiele wiemy o religii Widzącego, którą wyznają ætlingowie. Może to wskazywać na to, że jest ona nieistotna i wyłącznie instrumentalnie służyła zdobyciu i utrzymaniu władzy przez możne rody ætlingów. Za taką koncepcją zdają się przemawiać wzmianki o Kruczym Dworze, jako o ostatnim miejscu oporu przeciwko Mannfalli i władzy Rady. Słowa autorki o tym, że „Kruczy Dwór jest jedynym miejscem na świecie, którego Mannfalla nigdy nie nawróci”, wskazują na to, że być może Kruczy Dwór jest strażnikiem starych skandynawskich wierzeń w Asgard, siedzibę Asów i cały Utgaard (czyli świat zewnętrzny poza Asgardem), Helheim, krainę ciemności oraz Midgard, świat środka, krainę ludzi.


Główni bohaterowie: Hirka i Rime (Źródło)
Nawet w życiu samego Ym jest kilka elementów, które nawiązują albo do starych skandynawskich (czy też może nordyckich) wierzeń albo do ludowych podań. Raczej nie przez przypadek sama nazwa świata ætlingów -Ym to dwie pierwsze litery imienia Ymir, prapoczątku wszystkiego, protoplasty Thursów (olbrzymów), który dał początek Asom, a którego samo istnienie przynosić miało niebezpieczeństwo. Według mitologii skandynawskiej, Ymir po swoim powstaniu zasnął i będzie spał do dnia swojej śmierci. Być może Siri Petersen wykorzysta ten mit w dalszych tomach „Kruczych pierścieni”, a być może nie. Same kamienne kręgi także przypominają Bifrost (w książce – Bivrost), Tęczowy most, który łączy Asgard z wszystkimi innymi światami. W Ym obecne są także kruki, fascynujące ptaki, które w symbolice wielu ludów i kultur, symbolizują mądrość, proroctwo, których kruk jest strażnikiem, a w mitologii skandynawskiej towarzyszą Odynowi, jako myśl i pamięć, najważniejsze cechy dobrego władcy.
W „Dziecku Odyna” doceniam także sposób narracji – uporządkowany, prosty, bez zbędnych ozdobników i metafor, a jednocześnie przemyślany i konsekwentny. Autorka niczego nie pozostawia przypadkowi czy improwizacji. Postacie i opowiadana historia są przemyślane, a każda kolejna strona książki przynosi odpowiedzi na pytania czytelnika stawiane na poprzedniej. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy trylogii, mam nadzieję, że mnie nie rozczarują.

Gorąco ją Wam wszystkim polecam!!! 

horsefan

sobota, 13 sierpnia 2016

"Pora westchnień, pora burz", czyli parę słów o Lwowie... raz jeszcze

Witam...
... po nieco dłuższej przerwie. Niby z podróży wróciłam już w zeszłym tygodniu, ale najpierw musiałam trochę odetchnąć, potem się rozchorowałam, a jeszcze później (tj. wczoraj) odwiedziła mnie rodzinka, którą widzę raz na ruski rok i wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik...no, wiecie jak to jest.

Ale żyję! Tym razem mam dla Was recenzję kolejnej książki, tym razem jest to Pora westchnień, pora burz, czyli moje pierwsze zetknięcie z twórczością Magdaleny Kawki.

Jedźmy z tym koksem!

* * *

Źródło
 Lwów zdecydowanie jest na jednym z pierwszych miejsc na liście moich ulubionych miast. Właściwie czuję, że tam, a nie w rodzinnym Gdańsku, jest mój prawdziwy dom.



Kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek, lubię zabierać ze sobą książkę, która opowiada o miejscu, do którego jadę. W Gruzji czytałam Chleb i proch T. Andersona, w Wilnie natomiast czytałam Silva rerum K. Sabaliauskaitė. (Aż się boję pomyśleć, co będę czytała w czasie wyprawy na Kilimandżaro, którą planuję za kilka lat…:-D


Nie inaczej było w przypadku Lwowa. Do plecaka ostatecznie trafiła Pora westchnień, pora burz Magdaleny Kawki. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy, książka ta ma być znakomitą powieścią o trudnych ludzkich relacjach w jeszcze trudniejszych czasach.  

Czy tak rzeczywiście jest?

Powieść dzieli się na dwie części – tę przedwojenną i tę wojenną.
Historia bohaterów – rodziny Lindnerów, ich dzieci, przyjaciół, znajomych - rozpoczyna się zimą roku 1937, kiedy co prawda cała Europa ogarnięta jest kryzysem ekonomicznym, ale w wybuch wielkiej wojny raczej nikt nie wierzy. Wszyscy mieszkańcy Lwowa i okolicznych wiosek zajęci są swoimi mniejszymi lub większymi sprawami .
Szesnastoletnia Lilka Lindnerówna wraz z koleżankami szykuje się do matury, przeżywa pierwsze, nastoletnie zauroczenia i snuje plany na temat swojej przyszłości.


Wśród jej koleżanek są Sara Rothfeld (wywodząca się z inteligenckiej żydowskiej rodziny, która martwi się, że nigdzie nie będzie mogła wyjść w sobotę, bo przyjeżdżają jej ortodoksyjni dziadkowie, a babcia uważa, że w szabat to nawet chodzić nie wolno), ruda i piegowata Janka Szymonowiczówna, Nina Dejnis (córka ukraińskiego profesora Politechniki Lwowskiej, Aleksandra Dejnisa), Marysia Szczurko (zwana Szczurkiem, lecz nie przez swoje nazwisko, lecz z powodu swojej charakterystycznej urody), Marysia Baczyńska, która podejrzewała swojego ojca o szowinizm i antysemityzm (a to dlatego, że Żyd Rosenman zabronił ojcu Marysi przyprowadzać na śniadania do jego kafejki pieska o zacnym imieniu Mops, co w ocenie pana Baczyńskiego oznaczało, że Rosenmann nie odróżnia porządnego obywatela od brudnego batiara) i wiele innych...
Podobnie jest w świecie dorosłych. Mała stabilizacja, którą osiągnęli Lindnerowie, za chwilę runie w gruzy. Rozmowy na temat gotowości Polski do wojny za chwilę zweryfikuje skuteczność  faszystowskich dywizji pancernych i piechoty zmotoryzowane, perfekcyjnie realizujących teoretycznie założenia blitzkriegu Heinza Guderiana.


Oczywistym jest, że autorka musiała zmierzyć się z bardzo trudnym zadaniem, polegającym na odtworzeniu tamtego przedwojennego świata z całą jego małą, codzienną krzątaniną, wiedząc, że będziemy go oceniać z perspektywy tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły we wrześniu 1939 roku. O ile świat nastoletniej Lilki został przedstawiony realistycznie, prawdopodobnie, nawet czasami zabawnie, o tyle przedstawienie świata dorosłych wydało mi się nieco schematyczne. Poglądy, rozmowy, rys postaci był jakby zaczerpnięty z podręczników historii, zanadto uwspółcześniony i tym samym niewiarygodny. 


Druga część książki, która traktuje o wejściu Sowietów 22 września zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Z uwagi na to, że powieść oparta jest częściowo o osobiste relacje członków rodziny autorki, to zakładam, że opisane okrucieństwa, jakich dopuszczali się Sowieci na ludności lwowskiej nie są produktem wyobraźni autorki, a przynajmniej w części prawdziwą relacją. Dotyczy to w szczególności takich opisanych zdarzeń jak: ukrzyżowanie księdza A. Fedorowicza z kościoła św. Marii Magdaleny czy morderstwo Janeczki Szymonowiczówny w dniu jej ślubu ze Zbigniewem Szczawińskim. Relacja dotycząca sposobu postępowania Sowietów z lwowską ludnością, zakładam, że też jest prawdziwa. Będąc we Lwowie, zapytałam  moją panią przewodnik o to, czy takie zdarzenia miały miejsce, a ona je potwierdziła, a także to, że Sowieci jedli zupę z nocników i w szlafrokach i koszulach nocnych chodzili do teatru (w głębokim przekonaniu, że mają na sobie wieczorowe kreacje, czym niewątpliwie były, ale z innym przeznaczeniem).  
Dobrze oceniam także sposób przedstawienia relacji między lwowianami po wybuchu wojny. 

Ulica, która ma tyle nazw, ale nikt nie wie, którą jest tą prawidłową;)
Z wesołych, życzliwych lwowian wychodzą wszystkie najokropniejsze cechy, każdy zaczyna myśleć tylko o sobie; czar miasta pęka niczym bańka mydlana. Zaczyna się kategoryzacja według narodowości: to Polak, tamten to Żyd, a jeszcze inny to Ukrainiec. Wszyscy podejrzliwie łypią na siebie spode łba. Dawne przyjaźnie oraz do tej pory wyznawane wartości zostają wystawione na ciężką próbę…
W drugiej części powieści autorka pokazała prawdziwy literacki pazur.


Jednak pewnym rozczarowaniem dla mnie było to, że sam Lwów paradoksalnie nie jest tak bardzo obecny w tej książce. Pisząc tę recenzję, natrafiłam na informację, że autorka nigdy nie była w tym mieście, a zna je wyłącznie z relacji rodziny, ze zdjęć, map, opracowań, a nawet rozkładu jazdy tramwajów. I niestety, to widać. O ile Kristina Sabaliauskaitė pokazała bijące serce Wilna, miasta, które doskonale znała i w którym się urodziła, o tyle Magdalena Kawka pokazała miasto papierowe. Pomimo tego, że główni bohaterowie mieszkają na ulicy Tatarskiej, Lilka uczęszcza do gimnazjum im. Św. Marii Magdaleny przy ulicy Sapiehy, razem z koleżankami chodzą do Parku Stryjskiego, jej koleżanka Marysia Baczewska jest z tych Baczewskich, w związku z tym musiała mieszkać w kamienicy przy wschodniej części Rynku, to jednak drzewa w Parku Stryjskim nie szumią, dzwonek w gimnazjum nie dzwoni, a ulica nie drży, jak przejeżdża tramwaj, a z fontann wokół Rynku (z Adonisa, Neptuna, Amfitryty i Diany) nie tryska woda. Wszystko widzimy jak przez szybę. Wydaje się, że to jest największy mój zarzut do autorki. Pisząc taką książkę, o takim mieście, grzechem pierworodnym było do miasta tego nie pojechać, każdej kamienicy przy starym Rynku nie dotknąć, Lwa świętego Marka nie podziwiać, pod Jezusem Frasobliwym nie pochylić głowy, do Katedry Ormiańskiej nie wstąpić, fresków J.H. Rosena nie podziwiać i powietrzem, którym oddychali bohaterowie jej książki się nie zachłysnąć.

Autorka miała doskonały pomysł. Brakuje w naszej literaturze książki, która mierzyłaby się z tamtym czasem w tamtym miejscu. I chociaż uważam, że lepiej, że Pora westchnień, pora burz powstała, to mimo tego autorka wielkiej szansy, jaką miała, nie wykorzystała w pełni. To trochę tak, jak z filmem Historia Roja… (zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji tego filmu na blogu). Nie jest to dobry film, ale bardzo dobrze, że powstał.


Pomimo tego drobnego w sumie zarzutu, nie dostrzegalnego dla wszystkich, nadal gorąco polecam tę książkę. Autorce udało się umiejętnie i ze swadą przedstawić swoich bohaterów, że tęskni się za nimi po odłożeniu książki chociażby na chwilę. Gorąco polecam!
[Recenzja została dodatkowo okraszona zdjęciami z mojej podróży:)]


~ Mała anegdotka...~
...z horsefanowskiej wyprawy po Lwowie.
(Nigdy nie wiesz, co możesz napotkać!)

 Wyszłam sobie rano na spacer po Rynku razem z Panią Matką. Niedaleko tzw. Czarnej Kamienicy zauważyłyśmy takie figury baranów ze słomy, ale nie wiedziałyśmy, o co w nich właściwie chodzi. Więc sobie szłyśmy, szłyśmy... a tu nagle - podszedł do nas chłopak w ukraińskiej wyszywance i sobie mówimy: "Dobry deń", "Dobry deń". Chcemy razem z Panią Matką pójść gdzieś dalej, ale chłopak nas zatrzymuje. Ujął moją dłoń i zapytał: "Kak malieńka twoja 'mienia?"*. Ja, jako że całkiem dobrze rozumiem ukraiński, zwłaszcza ten, którym posługują się Ukraińcy z zachodniej części kraju, więc odparłam: "Na imię mi Sofija". 
Chłopak już uradowany, że złapał dziewuchę, ale moja mama przerwała: "Ale Zośka, czy jemu nie chodziło o imię matki? No bo powiedział matieńka...". Ukraińcowi oczy urosły do rozmiarów spodków. Powiedział: "A mama...! Nie, mnie o córkę chodzi!"**. Wziął mnie mocniej za rękę, ja aż trochę się przeraziłam: no bo co? Może okraść chce, albo coś? 
"Panie z Polsz'czy?" - zapytał. Odparłyśmy zgodnie, że tak. "To z Rzeszowa?" No i z mamą obie w śmiech, bo on zadał to pytanie tak, jakby wszyscy Polacy byli z Rzeszowa... "Nie, nie, my z Gdańska!" - tłumaczę pospiesznie, z uśmiechem na ustach. "A, Gdańsk!" - Ukrainiec radośnie rozstawił ręce. - "Morie! [Morze!]"
Po czym znów zwrócił się do mnie: "A ty, Sofija - ze mną!". Pociągnął mnie parę metrów dalej i pokazał na jednego ze słomianych baranów: "No, proszę siadać!". Ja, już nie wiedząc, co ze mną będzie, posłusznie wykonałam jego polecenie... Chłopak i jego kolega ze sztuczną czarną brodą a la Święty Mikołaj nałożyli mi zieloną chustę na ramiona, kapelusz ze sztucznymi rogami na głowę, a do rąk wetknęli po jednej ciupadze.
"A teraz powtarzaj za mną, Sofija" - odezwał się chłopak, ten sam, który wyciągnął mnie z tłumu. A ja już się zlękłam, co on może mi kazać mówić. Slawa Ukrajini, Herojam Slawa
"Putin ne prydziot! Putin ne prydziot! PUTIN NE PRYDZIOT!"***
 Kiedy cyrk z "nieprzepuszczaniem" Putina się skończył, "czarnobrody" poprosił mnie, bym wstała z barana, po czym oznajmił: "Budziemy tańcowat'."****. "Ale ja nie umiem tańczyć!" "Kak to nie umiesz! Kak to nie umiesz!" - pseudobrodacz wziął mnie za rękę odtańczył ze mną coś na kształt polki. W pewnym momencie myślałam, że już ze mną skończył, ale to był dopiero początek... Pseudobrodacz wziął mnie na ręce i zaczął okręcać wokół własnej osi! "Maaamooo! Pooomooocyyy!" - darłam się jak ta głupia pomiędzy atakami nieopanowanego śmiechu, bo nadal miałam w głowie lampkę, że mogą chcieć mnie okraść... Ale na szczęście miło się skończyło, chłop odstawił mnie na ziemię i powiedział tylko, że ja się bać nie powinnam, ale po za tym spoko ze mnie dziewuszka
 Koniec bajki

*A tak przynajmniej zapamiętałam. [A potem od cioci Ukrainki dowiedziałam się, że chłopak posługiwał się na w pół ukraińskim, na w pół rosyjskim.]
**W większości nie pamiętam, co powiedział "w oryginale", dlatego podaję - w moim mniemaniu - polskie tłumaczenie.
***"Putin nie przejdzie", czy jakoś tak...
****"Będziemy tańczyć/tańcować."

No, cóż by jeszcze więcej powiedzieć? Do zobaczenia w następnym poście!

horsefan

Szóstka Wron.