Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 września 2017

Szóstka Wron.

 Witojcie panie i panowie.

Parę ładnych miesięcy temu przeczytałam pewną książkę, po czym napisałam jej bardzo negatywną recenzję. Z resztą, to mało powiedziane. Ja po niej zjechałam, i to bezlitośnie.
Tą książką był „Cień i kość” autorstwa, a jakże, Leigh Bardugo.
Pewnie teraz część z Was się zastanawia, co właściwie w takim razie skłoniło mnie do jakiegokolwiek powrotu do twórczości tej pani?
Cóż, muszę przyznać, że zachęciły mnie bardzo pozytywne recenzje „Szóstki Wron”. Nawet Klaudia z kanału „Odczytaj”, która zalicza się do tych nielicznych booktuberek, które naprawdę lubię i szanuję, przyznała, że „Szóstka…” bije Trylogię Grisza na głowę, i to wielokrotnie.
I to skłoniło mnie do myślenia. Bo jakim cudem Leigh Bardugo, której styl w jej pierwszym cyklu przypomina wypociny nieogarniętej  trzynastoletniej małolaty z Wattpada, zdołała wyprodukować coś, co spodobało się nawet jej zagorzałym przeciwnikom?

Źródło
 Do tej kwestii jeszcze za jakiś czas wrócę, a teraz pozwolicie, że przybliżę Wam fabułę tej książki.
Ketterdam, stolica wyspiarskiego Kerchu, jest w większości podzielony na tereny zajmowane przez poszczególne, rywalizujące ze sobą gangi.
Jednym z nich jest Klub Wron, w którym prym wiedzie Kaz Brekker, z powodu swojego okrucieństwa nazywany przez mieszkańców miasta Brudnorękim. Pewnego dnia młody złodziej otrzymuje zadanie, zdawać by się mogło, niemożliwe – ma się włamać do Lodowego Dworu, jednej z najpilniej strzeżonych twierdz swojego świata i wydostać stamtąd cennego zakładnika. Do pomocy w wykonaniu zlecenia Kaz wybiera pięcioro podobnych sobie wyrzutków, którzy dla pieniędzy są w stanie zrobić niemalże wszystko.
A są nimi:
- Inej Ghafa, osobista pomagierka Kaza, zabójczyni oraz zbieraczka sekretów, zwana powszechnie Zjawą,
- Nina Zenik, grisza zbiegła z Ravki, ciałobójczyni mogąca zaledwie jednym ruchem zabić człowieka od wewnątrz,
- Jesper Fahey, pochodzący z Nowoziemia specjalista od broni palnej, wybuchów oraz kart,
- Matthias Helvar, Fjerdanin, dawniej drüskelle parający się polowaniem na griszów, dziś skazany przez fałszywe zeznania głoszące, że handlował niewolnikami,
- oraz Wylan Van Eck, syn bogatego ketterdamskiego kupca, który, choć odrzucony przez wymagającego rodzica, ma stanowić gwarancję uczciwości Brekkera.
Razem, pomimo licznych różnic między nimi, będą musieli współpracować w dążeniu do wspólnego celu, jakim jest szybkie wzbogacenie się…

Źródło

Swoją ocenę zacznę od tego, o czym wspominałam na początku, czyli porównania tej książki do Trylogii Grisza. A muszę przyznać, że w porównaniu z tym, co autorka serwuje swoim czytelnikom w swoim pierwszym cyklu, „Szóstka…” robi naprawdę ogromne wrażenie. 
Po pierwsze, kreacja bohaterów. Każdy z tytułowej szóstki ma wyraźnie nakreślony charakter, cele oraz bardzo bolesną przeszłość, która znacznie przyspieszyła u nich proces dojrzewania.
To coś zupełnie innego niż historia Aliny Starkov, w której to, z samą główną bohaterką na czele, proces kreowania postaci przypomina swoistą taśmę produkcyjną – dajemy osobnikowi kilka podstawowych cech wyglądu i charakteru, a potem mówimy „do widzenia”, bez żadnego zagłębiania się w psychikę danego bohatera czy bohaterki.
Po drugie, przedstawienie świata. W „Griszy” nieustannie odnosiłam wrażenie, że świat Ravki, Kerchu czy Fjerdy jest nudny, przewidywalny, że wszystko jest w nim sztuczne i mało realistyczne. Jeżeli w pierwszym cyklu Leigh Bardugo również Was to denerwowało, to mogę Was z ręką na sercu pocieszyć, że tutaj tego nie uraczycie.

Nie dość, że widać ogrom pracy wykonany przy jego tworzeniu, w tym również bardzo dobrze wykorzystany research,  to jeszcze czytelnik zagłębia się w niego z przyjemnością, pragnąc odkryć wszystkie jego najmroczniejsze zakamarki. Czytając, odnosiłam czasem wrażenie, że znalazłam się w jakiejś mroczniejszej, fantastycznej wersji dawnego Amsterdamu, w którym pomieszano ze sobą elementy z XVII, XVIII i XIX wieku.
Po trzecie, język, jakim posługuje się autorka jest lekki, wyrobiony, przez co przez tekst po prostu się płynie… czegóż chcieć więcej w młodzieżówce?
Okej, trochę tu wzniosłam ochów i achów na cześć tej powieści, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie wytknęła jej chociaż kilku drobnych wad.  Co prawda, w ich temacie nie mam do powiedzenia zbyt wiele nowego.

Francuska okładka [Źródło]
 Z pewnością muszę się zgodzić ze zdecydowaną większością recenzji tej książki, że jej zdaje się największą wadą (z tych, które udało mi się dostrzec, oczywiście) jest wiek bohaterów. Zbyt młodzi oni chyba na te doświadczenia, jakie mają.
Oczywiście, rozumiem, że jest to historia z założenia skierowana do młodzieży, a ci zawsze potrzebują kogoś, z kim można się utożsamiać, ale serio – gdyby w tej książce nie było podanego wieku bohaterów, to nigdy przenigdy nie powiedziałabym, że w rzeczywistości mają oni… około 16-17 lat. Na przykład Kaz – na swoją reputację bezwzględnego przywódcy złodziei pracował nad wyraz krótko, podobnie jest zresztą z jego ogromnym sukcesem finansowym. Czy dla uzyskania większego realizmu nie lepiej by było dodać mu odrobiny lat i uczynić go dwudziestopięcio-, a może i nawet dwudziestosiedmiolatkiem?
Mogłabym tak wymieniać każdego z bohaterów i mówić dlaczego takiej Inej dałabym co najmniej dziewiętnaście lat, a takiemu Matthiasowi – dwadzieścia trzy lub cztery, ale nie wydaje mi się to zbyt potrzebne, zwłaszcza, że po drodze mogłabym coś przez przypadek zaspoilerować.
Zamiast tego, przejdźmy do następnego punktu.
Drugą wadą, choć znacznie mniejszą, jest fakt, że akcja, która od początku pędzi w zawrotnym tempie, w pewnym momencie zwalnia i na chwilę robi się, delikatnie rzecz ujmując, nudno.
Na szczęście dla czytelnika, ów „okres nudy” nie trwa zbyt długo, i o ile ktoś nie porzuci lektury na tym etapie i wykaże się  odrobiną cierpliwości, to nie będzie rozczarowany.
Zapewne inny czytelnik (recenzent?)  wytknąłby tej historii znacznie więcej wad i błędów, jednak ja nie chcę ich dalej poszukiwać, że ilekolwiek by ich nie było, to i tak zalety przeważają nad wadami.
I w sumie tutaj mogłabym już tylko zakończyć tę recenzję szczerze polecając lekturę tej książki, jednak pozostała mi jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia, którą chciałabym w niej koniecznie poruszyć.
Gdyby ktoś dał mi do przeczytania sam tekst „Szóstki Wron” nie podając mi nazwiska autora i gdyby akcja nie działa się w świecie griszów, to nigdy bym nie powiedziała, że autorką tej powieści jest Leigh Bardugo.
Czy w takim razie należałoby bardzo pogratulować tej pani postępów i życzyć jej dalszych sukcesów? Może tak. Albo i nie…

Źródło
 Jak się  domyślacie, nie mogłam, jak każdy książkowy pseudodetektyw, przejść obojętnie obok tak diametralnej zmiany stylu u autorki, której poprzednie „dzieła” uważam za doskonały przykład grafomaństwa. Dlatego też, z czystej ciekawości, postanowiłam sprawdzić, jak wiele czasu upłynęło od premiery ostatniego tomu Trylogii Grisza (nawet przez niektórych fanów uważanego na najgorszą część cyklu) do premiery „Szóstki Wron” .
Wynik przerósł moje oczekiwania. Niestety, w tym negatywnym znaczeniu.
Oryginalna data premiery „Ruiny i rewolty” to 17 czerwca 2014 roku, „Szóstki Wron” – 29 września 2015 roku. To daje nam w przybliżeniu rok i trzy miesiące.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, ile czasu zajmuje edycja i korekta (a przy takiej liczbie stron z pewnością było nad czym pracować), opracowanie szaty graficznej, decyzja odnośnie marketingu i promocji, wysokości nakładu oraz inne tego typu formalności, to wyjdzie nam coś około roku.
Więc na napisanie książki zostają te trzy miesiące (plus parę dni). Może i doświadczony, bardzo wyrobiony pisarz byłby w stanie napisać taką powieść w tak krótkim czasie, ale umówmy się – osoba, która w poprzedniej swojej pracy wykazała się tak dużą niedojrzałości i brakiem kwalifikacji literackich? „Szóstka Wron” reprezentuje poziom i styl, do których sama dążę, a piszę na znacznie wyższym poziomie niż autorka Trylogii Grisza. Pisanie to nieustanna nauka i bardzo długi proces, który z prawdziwą radością obserwujemy u wielu autorów, ciesząc ich rozwojem, ale tutaj to proces tak niebywale szybki, że aż…. zwyczajnie niemożliwy. Trudno mi bowiem uwierzyć, że można zdobyć takie umiejętności, doświadczenie i literackie wyczucie, zaczynając z tego poziomu, od jakiego zaczynała  autorka Trylogii Grisza, w tak krótkim czasie.
Czy w takim razie autorem „Szóstki Wron” wcale nie jest Leigh Bardugo, a jedynie anonimowy ghostwriter?

Źródło
 Może i ktoś z Was uzna to twierdzenie za przesadę z mojej strony, ale przyznajcie  – wygląda to co najmniej zastanawiająco.
Na moją opinię w tej kwestii z pewnością wpływ miał fakt, że „Szóstkę…” zaczęłam czytać w drodze powrotnej z obozu literackiego, na którym to, oprócz pisania w ilościach ogromnych, mieliśmy również zajęcia praktyczne. Na jednych z nich nasza nauczycielka wyjaśniła nam, kim są ghostwriterzy, czyli osoby, które za wynagrodzeniem piszą, korygują lub redagują różne teksty. Rozmawialiśmy o tym głównie pod kątem pisania na czyjeś zlecenie, najczęściej osoby która później opatrzy pracę swoim nazwiskiem. W osłupienie wprawiła mnie informacja, że zjawisko to jest powszechne i często wydawnictwa (szczególnie zagraniczne) publikują różne formy literackie pod znanym już nazwiskiem, wiedząc, że „to się sprzeda”, zamiast podejmować ryzyko i liczyć straty wtedy kiedy prace jeszcze nieznanych autorów smętnie zbierają kurz na półkach księgarskich. Często dla młodego pisarza, to jedyna forma upublicznienia jego działa. Oczywiście, są wśród ghostwriterów również i takie osoby, które w pełni świadomie pracują jako „pisarz do wynajęcia”. Wydaje mi się, że jeżeli „Szóstka…” rzeczywiście wyszła spod pióra ghostwritera, to raczej mógł być to ktoś właśnie taki.
Nie upieram się przy moim zdaniu, ale proszę Was – miejcie to na uwadze, jeśli zechcecie przeczytać tę książkę. Gorąco Was do tego zachęcam, ponieważ sądzę, że, pomimo swoich wad, „Szóstka Wron” to warta polecenia młodzieżówka, zwłaszcza na teraz, kiedy mamy ostatnie dni lata.

A tymczasem żegnam państwa.

Pozdrawiam 

SophieMarie

niedziela, 6 sierpnia 2017

Bluszcz.

Pięćset lat.
Tyle minęło, odkąd została tutaj zamknięta.
Nie żeby miała jakoś szczególnie dobrą pamięć. Po prostu kresek, rysowanych na ścianie po jednej na każdy rok, było pięćset. 

Źródło
Bogowie niech przeklną wiedźmę, która ją tutaj zamknęła, niech przeklną jej rodziców, bo zawarli z nią ten durny pakt, niech przeklną również jej długowieczność, tak, jej długowieczność, bo przez nią nie mogła zaznać spokoju w objęciach śmierci!

Na początku próbowała się pocieszać tymi wszystkimi bajkami zasłyszanymi jeszcze w dzieciństwie.
W nich piękne księżniczki ratują z opresji równie piękni książęta, a na koniec para bierze wręcz obowiązkowy ślub. 

Później zaczęła się zastanawiać, kto pisze takie głupoty. 

Źródło
Przecież po nią nie przyszedł żaden piękny książę, ba, nawet żaden brzydki się nie pofatygował.
Może to wszystko przez ten cholerny bluszcz, który porastał jej wieżę… miała wrażenie, że z każdym rokiem zielsko rozrasta się bardziej i bardziej. To prawie tak, jakby miało własną świadomość…
Przez te wszystkie myśli bluszcz stał się dla niej synonimem jej wszystkich najgorszych koszmarów.
Budziła się w środku nocy, zlana potem, nadal mając w pamięci widok cienkich pnączy oplatających, a później pożerających jej rodzinę… 

Wiedziała, że gdyby nie on, już dawno by zwiała z tej wieży. Nawet jeśli skok z tak ogromnej wysokości był niebezpieczny, ale przecież zawsze mogłaby się zawiesić na swoich włosach, prawda?
A włosy miała całkiem długie… z resztą, nie po to hodowała je przez ten cały czas, żeby nie móc ich w jakimś sensownym celu wykorzystać!

A jednak myśli o bluszczu, cały ten strach przed nim, nie opuszczały jej. Ciągle, nawet gdy chociaż przez chwilkę zastanawiała się nad ucieczką, zaraz w głowie miała obraz samej siebie, pochłanianej przez cienkie, zielonkawe wężyki…

I tak, przez jedno paskudne zielsko była skazana na tę wieżę, na te misterne zdobienia i freski przedstawiające sceny ze sławnych bitew. Jakby obrazek mógłby jej zastąpić prawdziwe życie, a przedstawione na nim postaci – rodzinę i przyjaciół. 

Wszystko przez ten bluszcz…

Tkwiła w swojej nienawiści do tego paskudztwa, aż, nim się obejrzała, minął kolejny rok. 

Wtedy dostrzegła, że bluszcz przyrósł jej do okna.
Na ten widok serce zaczęło jej bić jak szalone.
Bała się, że lada dzień przebije się przez mętną szybę, przebije się i zacznie oplatać ją swoimi pnączami, aż ją pochłonie, pochłonie, udusi i pożre… 


Straciwszy jakiekolwiek nadzieje na ratunek, położyła się na swym łożu, umiejscowionym – o, słodka ironio – tuż przy oknie. Zamknęła oczy i poczuła, jak serce jej powoli zwalnia. 

Czyżby umierała? 

Miała skrytą nadzieję, że tak, choć póki co jakoś marnie to wyglądało. Nie widziała żadnych świateł na końcu tunelu, nie słyszała żadnych chórów anielskich, nie spotkała żadnych świętych. I przede wszystkim – nie poczuła obecności żadnego z bogów.
Zupełnie inaczej, niż w księgach uczonych mędrców… 



Obudziła się, gdy szare, pokryte chmurami niebo rozjaśniło się. Ciemność zastąpiły promienie słoneczne, wlewające się przez otwarte okno do komnaty.

To zaświaty?
Sen?
Czy może jednak jawa?

Uszczypnęła się w rękę. Zabolało. Czyli jednak żyła.
W takim razie, jak długo spała? Bardzo chciała się tego dowiedzieć… 

Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy wstając dostrzegła na posadzce… człowieka.
A raczej, sądząc po uszach, elfa. 

Z początku sądziła, że to jednak jest sen, że zaraz się obudzi, no, bo przecież to niemożliwe, żeby teraz, po tylu latach od zamknięcia w wieży, ktoś ją wreszcie odnalazł. Prawda? 

Zanim zdążyła zareagować, elf przekręcił się na plecy, ziewnął, przeciągnął się, po czym powoli i dość niezgrabnie, wstał.
W słońcu błysnął wzór wyszyty srebrnymi nićmi na jego kaftanie.
Motyw bluszczu. 


-Kim… ty… jesteś? – zapytała. 

- Sam chciałbym to wiedzieć. – odparł młody elf, po czym znów ziewnął. – Nic, przypomnę sobie za jakiś czas… Cholera, zbyt długo byłem rośliną… Wiem tylko, że chcę stąd zwiać. Nie znoszę tego miejsca. A ty?

Uśmiechnęła się pod nosem.

- Ja również go nie znoszę. – Delikatnie zebrała ręką włosy. – Ale, na szczęście, chyba wiem, jak można się stąd wydostać.

* * *

Krótkie opowiadanko, napisane na obozie literackim. Za zadanie mieliśmy napisać tekst o długości co najmniej pięciuset wyrazów z motywem danej roślinki. Mnie przekazano bluszcz. 
Efekty moich męczarni nad zeszytem można podziwiać powyżej. 

Pozdrawiam

SophieMarie

piątek, 21 kwietnia 2017

Miało być świetnie, a wyszło... jak wyszło. Czyli o "Gniewie i świcie" słów kilka

Witam po dłuższej przerwie. Stęskniliście się?

Eh, całe szczęście, od dziś temat egzaminów uważam za zamknięty. I to bardzo dobrze, bo gdybym jeszcze coś miała w najbliższym czasie pisać... eh, nie wiem, czy bym to zniosła.

W ramach mojego małego "powrotu" chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat pewnej książki, która, mówiąc delikatnie, bardzo mnie rozczarowała.

Jedźmy z tym koksem!

* * * 
Na wstępie pragnę się tylko zwrócić do ludzi, którym ta książka się podobała:
Nie mam na celu Was obrazić.
Książka jest po to wywoływać różne emocje, by o niej dyskutować i wyrażać swoją opinię.
Jeżeli nie chcecie czytać tej recenzji, nikt Was do tego nie zmusza, na moim blogu znajduje się cała masa innych postów i mogę się założyć, że któryś może Was zainteresować.
Więc weźcie sobie te słowa do serca, zanim zmieszacie mnie z błotem. 
Dziękuję za uwagę. 

A ci, którzy jeszcze nie czytali, pewnie już zdążyli się domyślić, że omawiana przeze mnie dziś powieść wywołuje naprawdę skrajne emocje... cóż to takiego może być? Czyżby... 50 twarzy Greya? Tfu, tylko nie  ten gniot, nigdy w życiu!
Mowa o czymś innym. Czymś zdecydowanie bardziej zjadliwym niż słynny karny Grey, ale jednak nadal niezbyt porządnie wykonanym.

Źródło
Zacznę może od tego, dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę. 

Ostatnio popularność wśród powieści fantastyczno-młodzieżowych popularność zyskują sobie tzw. retellingi (z j.ang. retell – opowiedzieć na nowo). Nie jest mi do końca wiadome, kto rozpoczął tę modę – czy to Sarah J. Maas ze swoim Dworem cierni i róż czy może ktoś inny, o kim jeszcze nie słyszałam. Tak czy owak, postanowiłam, że czas wreszcie dowiedzieć się, co w trawie literackiej piszczy i przeczytać jakiś retelling, ot z czystej ciekawości.
Długo nie dane mi było szukać, gdyż z pomocą zaraz przyszedł mi YouTube (a dokładniej to jego pewna sfera zwana BookTube’em) z Cat z kanału Cat Vloguje na czele. To właśnie z jej filmiku dowiedziałam się o istnieniu powieści „Gniew i świt” autorstwa amerykańskiej pisarki Renée Ahdieh.

Opowiada ona historię, którą zapewne każdy z nas zna od lat.

W krainie inspirowanej średniowiecznym Bliskim Wschodem od kilku lat sprawuje despotyczne rządy młody kalif, Chalid. Władca co noc bierze sobie nową małżonkę, by o świcie pozbawić ją życia za pomocą jedwabnego sznura.
Szesnastoletnia Szahrzad Al-Chajzuran jako pierwsza w historii zgłasza się, by zostać żoną kalifa. Jej celem jest zemsta na władcy za zabicie jej najlepszej przyjaciółki, Sziwy, i wyzwolenie Chorasanu raz na zawsze spod rządów tyrana.
Noc  w noc, Szahrzad jest zmuszona opowiadać kalifowi coraz nowsze historie, by wykupić sobie czas na poznanie jego kolejnych cech i słabości… czy dziewczyna podoła zadaniu? 

Jak można się od razu domyśleć, mamy tutaj do czynienia z opowiedzianą na nowo historią Szeherezady, legendarnej autorki Baśni tysiąca i jednej nocy.  Już sam ten fakt pobudził moją wyobraźnię na długo, zanim zabrałam się do lektury. Bo któż z nas jako dziecko nie słyszał o Alladynie i jego magicznej lampie, o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach czy o Sindbadzie Żeglarzu? 

Rzadko się zdarza, żebym miała jakieś konkretne wyobrażenia co do treści książki, zanim zaczynam ją czytać. A nawet jeśli one są – to nie na tyle znaczące, żebym przeżywała później z tego tytułu wielkie rozczarowanie w rodzaju, że pisarz napisał inaczej niż ja chciałam, cóż z tego, że to on jest autorem, kiedy to ja chciałam, żeby napisał inaczej.  W odniesieniu do tej książki także nie miałam takich wyobrażeń,  chociaż w przypadku retellingu byłoby – sami przyznacie – więcej niż uzasadnione.  Tym razem jednak wprost nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, jak autorka poradziła sobie z zadaniem, oczywiście będąc w głębokim przekonaniu, że dostanę dawkę – przynajmniej jak na młodzieżówkę – świeżej, dobrze napisanej historii ze szczyptą oryginalności. 

Jak już wiecie, czekało mnie gorzkie rozczarowanie. 
(I to chyba po raz pierwszy w mojej karierze czytelniczej.)

Skoro już przeszłam w takie pesymistyczne tony, to zacznę może od minusów powieści, których dopatrzyłam się znacznie więcej niż plusów.
Po pierwsze, główna bohaterka  - Szahrzad Al-Chajzuran.
Ci, co mnie znają, wiedzą, że sobie cenię silne, zdecydowane bohaterki, dążące do swojego celu bez względu na wszystko. Szazi (bo tak jest ona pieszczotliwie nazywana przez innych bohaterów książki) również wydawała mi się być taką postacią.
Inteligentna. Zdolna do prowadzenia własnej intrygi. Pozbawiona skrupułów.
A przynajmniej taką dziewczyną jest na początku.
Im więcej czytałam, tym bardziej odnosiłam wrażenie, że autorka w pewnym momencie zapomniała, o czym właściwie pisze, a tym samym – kim ma być jej główna bohaterka. Mniej więcej od połowy powieści Szahrzad przestaje dążyć do swojego celu i niemalże, ot tak, po prostu, ulega  urokowi – urokliwego, nomen omen - Chalida. 
Nie chodzi mi tu nawet o sam fakt, że do tego w końcu dochodzi, ale sam sposób w jaki przedstawiła to autorka. To po prostu było zbyt proste, czasami wręcz naiwne. W głowie latało mi chyba z milion wykrzykników. Miałam ochotę potrząsnąć Szazi i wrzasnąć jej prosto w twarz: "Kobieto! Przecież ten facet zamordował twoją najlepszą przyjaciółkę, ogarnij się!"
Oczywiście, od momentu, kiedy Szahrzad zakochuje się w swoim własnym mężu, w fabule coraz bardziej widoczne stają się schematy typowe dla innych romansideł (bo nie romansów) dla nastolatek. 
A stąd już tylko krok do kolejnej kalki i oto Chalid okazuje się nie być winnym śmierci swoich poprzednich małżonek. Ten wątek, jak się zapewne spodziewacie, także wydał mi się dość naciągany i zbyt uproszczony.

Przejdźmy do następnego punktu. 

Drugim elementem, który niemile mnie zaskoczył, były błędy logiczne. Dopatrzyłam się ich tu całkiem sporo, ale pragnęłabym skupić się na jednym.
Sądziłam, że takie coś nie ma już prawa pojawić się we współczesnej literaturze, nawet tej popularnej, przeznaczonej dla nieco młodszych czytelników.
Lecz i tym razem się przeliczyłam.
Czy kiedykolwiek słyszeliście, żeby niewolnica, i to w dodatku z obcego kraju, pyskowała swojej pani? Żeby traktowała ją z góry? Albo – o zgrozo – nazywała ją: "smarkatą kalifą"? (Nie wymyśliłam tego, takie określenie naprawdę pada w tej książce!)
W ten właśnie sposób do Szahrzad odnosi się Despina – przydzielona jej służka, z pochodzenia Greczynka. To jedna z postaci, którą autorka miała szansę uczynić naprawdę interesującą, ale zamiast tego już na wstępie strzeliła sobie w stopę (autorka, oczywiście, a nie bohaterka, ta jest Bogu ducha winna), wyjawiając, że Despina jest w rzeczywistości agentką, mającą szpiegować Szazi na zlecenie Chalida.
Do tej pory zachodzę w głowę, jak do tego doszło, że tylu ludzi przeczytało i zrecenzowało tę książkę, a jeszcze chyba nie widziałam opinii, w której ktoś by zwrócił uwagi na ten błąd.
A szkoda.

I w końcu dochodzimy do kolejnego, już trzeciego, detalu, przez który lektura „Gniewu i świtu” mi naprawdę zbrzydła.
A mianowicie – dialogi.
To, co w mniemaniu autorki ma brzmieć podniośle, może nawet poetycko, dla mnie stanowiło idealny przykład tego, jak NIE należy pisać dialogów.
Rozumiem, że bohaterowie muszą mówić w ten sposób w nieco bardziej oficjalnych sytuacjach np. kiedy Chalid przyjmuje w pałacu swojego wuja, sułtana Partii. W takich przypadkach nie miałam żadnych zastrzeżeń.
Ale czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, że zwracacie się do swojego najlepszego przyjaciela tudzież przyjaciółki (jeżeli oczywiście takowego/takową posiadacie) w taki sposób, jakbyście żyli w jakiejś epopei narodowej? (O Panu Tadeuszu już nie wspomnę…)
Jak znam życie, pewnie wasza odpowiedź brzmi: nie. No właśnie. 

To chyba na tyle z moich największych zastrzeżeń do pani Ahdieh i jej sposobu prowadzenia historii.
Teraz czas na plusy, których co prawda jest tyle, co kot napłakał, ale nie byłabym sobą, gdybym o nich chociaż nie wspomniała.

Po pierwsze, o „Gniewie i świcie” można wiele złego mówić, ale jednego tej powieści odmówić nie można – a mianowicie, bardzo intrygującego klimatu.
Składają się na niego głównie opisy strojów, biżuterii, jedzenia, miejsc, które – w porównaniu z pozostałymi elementami składającymi się na tę historię – uważam za całkiem dobre. Tak, „całkiem dobre” to bardzo odpowiednie określenie. (Właściwie to dzięki nim mój egzemplarz książki nie przeżył niemiłego spotkania pierwszego stopnia ze ścianą w moim pokoju, ale to już szczegół.)

Drugą zaletą tej powieści (tu samą siebie zadziwiłam, ponieważ w innych okolicznościach w ogóle nie uznałabym tego za jakikolwiek plus) jest to, że bohaterowie sprawiają wrażenie starszych, dojrzalszych i bardziej doświadczonych aniżeli w rzeczywistości. Przy odrobinie złej woli, ten efekt mógłby być także uznany za kolejną wpadkę autorki, a konkretnie za  nieznajomość ludzkiej psychiki i tego , w jak dużym stopniu determinowana jest ona przez wiek. Ale przy odrobinie dobrej woli, a tę chciałabym wykazać, może ona być także potraktowana pozytywnie. Być może w tamtych, bliżej nieokreślonych czasach, o których swoją opowieść snuje Renée Ahdieh, nastolatki były bardziej dojrzałe i doświadczone różnymi kolejami życia. Zatem niech będzie plusem dla Ahdieh, że 16-letnia bohaterka, jej przyjaciele z dzieciństwa, Tarik oraz Rahim, i w końcu sam Chalid (zaledwie o dwa lata starszy od swojej żony) zachowują się jakby mieli co najmniej dwa razy tyle.
I na koniec trochę przekornie stwierdzę, że gdyby ci wszyscy bohaterowie zachowywali się tak, jak powinni to robić ich rówieśnicy (moi rówieśnicy), to pewnie rzuciłabym lekturę tej książki (o wyżej wspomnianą ścianę, zapewne), zanim dotarłabym do połowy… 

Eh, co tu wam więcej powiedzieć?
Wiecie, dla kogo jest z pewnością ta książka?
Dla kogoś z niewielkimi oczekiwaniami.
Dla kogoś chcącego się odprężyć po długim, stresującym dniu w pracy, w szkole czy na uczelni, pragnącego zatopić się w tanim, niezobowiązującym romansidle.
Ale nie dla kogoś, kto oczekuje, że będzie to jedna z lepszych powieści młodzieżowych jakie czytał w życiu.
Bo uwierzcie mi – nie będzie.



To właściwie tyle na dziś. Trzymajcie się ciepło. 

Pozdrawiam 

horsefan

piątek, 22 lipca 2016

Co ostatnimi czasy czytuje horsefan? Czerwiec-lipiec 2016

Witojcie Czytelnicy!

Mamy wakacje, zakładam, że większość z Was czyta jakiejś pozycje książkowe... ja również.
A ostatnio narobiło się ich bardzo dużo, więc sobie pomyślałam, że może czas się nimi z Wami podzielić?

Zaczynajmy!


Źródło
Kurczę, nie wiem, od czego by tutaj zacząć!
Trzeci tom Akademii Dobra i Zła wbił mnie w fotel na naprawdę długo (i szczęśliwie - hahaha... czaicie?) i gdyby nie to, że akurat kończyła się szkoła i sumie to byłam tymi wszystkimi lekcjami najzwyczajniej w świecie znużona, i tak bardzo mi się nic nie chciało, to bym przeczytała tę pozycję jednym tchem.
Czymś, co mnie głównie urzekło w tej historii, są dialogi. Po niewielu amerykańskich autorach powieści dla młodzieży spodziewałabym się czegoś takiego! Bohaterowie stali mi jak żywi przed oczami, każdy ze swoimi zaletami i przywarami... wiecie, co jeszcze jest plusem, tym razem całej trylogii? Że nie ma tu żadnej, ale to żadnej Mary Sue. Może to wynika z tego, że została ona napisana przez mężczyznę (co już jest dość dziwne jak na historię adresowaną głównie do dziewczyn), choć gdy się zastanowiłam, to w takiej sytuacji naszą kochaną Marysię Sójeczkę mógłby zastąpić jej brat bliźniak - Gary Stu, Larry Stu czy jak mu tam było... Może to wynikać z podejścia pana Chainaniego do własnej twórczości - zupełnie odmiennego od podejścia tych pisarzy, u których pomysł na historię rodzi się z własnych, głęboko skrywanych kompleksów. Nie wiem. Pytanie kieruję do Pana Pisarza.
Co prawda, ta książka ma jedną, acz maleńką wadę - przez większość historii Sofia nie może się zdecydować, po której stronie stoi. W pewnych momentach buduje to pewne napięcie, jako czytelniczka zupełnie nie wiedziałam, co się stanie, przez co chciałam czytać dalej, jednak czasami, hm... było to lekko denerwujące. Aż chciało się potrząsnąć moją imienniczką (pisałam kiedyś, że z Sofią dzielimy trzy cechy - imię, kolor włosów i kolor oczu. Przypadek? Nie sądzę...) i powiedzieć: "No zdecyduj się, dziewczyno!".
Choć może ten cytat powinien był rozwiać wszystkie moje wątpliwości:

To normalne, że wątpisz w prawdziwą miłość ukochanego, jeśli nie wiesz, czy jest on młody, czy stary.
(Wstawiłam go na lubimyczytac.pl)

 PS [UWAGA! To może być spoiler!] Spełniły się moje podejrzenia jeszcze z czasów, gdy byłam po lekturze tylko pierwszego tomu. Agata i Sofia to takie Ying i Yang:-)

*


Źródło
Biedni Wierni Wrogowie! Musieli czekać ponad rok, aż wreszcie zdecyduję się ich przeczytać... no, całkiem słabo, zwłaszcza jeśli spojrzymy na to przez pryzmat faktu, że jestem wielką fanką twórczości pani Olgi! 
No, ale przejdźmy do rzeczy. 
Na początku miałam trochę problem z... wgryzieniem się, powiedzmy, w tę historię. Trochę mi to zajęło. Na szczęście to "trochę" wcale nie równa się jakiejś kosmicznej liczbie stron, lecz tak gdzieś dwudziestu-czterdziestu, powiedziałabym. A potem? Ataki śmiechu co parę zdań, na przykład dam Wam te, które wstawiłam na lubimyczytac.pl:
Kompletnie sobie nie wyobrażam dlaczego ludzie nazywają jazdę na nartach "zimową zabawą". Chociaż jeśli spojrzeć od drugiej strony, z boku to faktycznie wygląda zabawnie...
 [...] A może i będzie z niego mag bojowy? Ostatecznie całkiem nieźle mu wychodziło uciekanie z takim wyrazem twarzy, jakby robił potworowi łaskę.
Jeśli idzie o akcję, to na początku odniosłam wrażenie, że trochę jej brakuje (może to wynikało z wcześniej wspomnianego faktu - że trochę mi zajęło "wgryzanie się" w tę historię), ale potem było tylko lepiej. Więcej śmiechawy. Więcej dziwnych, fajnych rzeczy. Dobra, muszę z tym skończyć, bo zaraz dostanę głupawki:P 
A tak nawiasem na koniec - wiem, że kiedyś będę musiała wrócić do tej książki, bo już mam do niej sentyment... A Weres i Szelena to moje nowe OTP (One True Pairing - Jedyna Prawdziwa Para):-)


Źródło
Źródło

*

Źródło
Kolejna książka, która czekała na mnie całkiem długo. Ale nie mogę powiedzieć, ile, bo tego najzwyczajniej w świecie nie pamiętam.
O co dokładniej w niej chodzi... oprócz tego, że występują w niej husarze, co widać na okładce? Fabuła w skrócie: główny bohater, szlachcic Jacek Dydyński, wraca do domu po wojnie w Inflantach. W drodze napotyka podejrzany wóz, w którym - ku swojemu największemu zdziwieniu - odnajduje związanego młodzieńca, który podaje się za carewicza Dymitra, syna Iwana Groźnego. Szlachcic uwalnia, jak twierdzi, obłąkanego i puszcza go wolno. Jednak po wielu perypetiach (ogółem, fabuła jest dość skomplikowana), po części związanych ze śmiercią swojego ojca, Dydyński postanawia dołączyć do Dymitra Iwanowicza, zwanego przez swoich przeciwników Samozwańcem, w pierwszej wyprawie na Moskwę. 
No, tak więc w zarysie przedstawia się to, co dzieje się w tej książce. Może to nie jest najlepszy opis, myślę, że w Internetach można znaleźć sporo lepszych... ale, do rzeczy. 
Ta książka stanowi moje pierwsze zetknięcie z twórczością pana Komudy, więc kompletnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Ogółem, lektura czasami sprawiała mi niemałą trudność, ponieważ autor - z racji swojego historycznego wykształcenia - na kartach powieści często popisuje się swoją wiedzą. W powieści nie brak trudnych słów, których znaczenia musiałabym szukać w jakiś encyklopediach przez naprawdę wiele godzin... 
Jeśli idzie o akcję, to jestem do niej jakoś tak średnio nastawiona. Nie porwała mnie jakoś szczególnie (może i dlatego, że to dopiero pierwszy tom), ale też nie lała się jak flaki z olejem. 
A bohaterowie? Tutaj muszę bardzo pochwalić autora. Nikt nie jest idealny, a wręcz przeciwnie - nie brak tu hipokrytów, warchołów i innych tym podobnych. Nawet mnich prawosławny ma tu jakieś przewinienia, nie wspominając już o naszym głównym bohaterze...
 Ogółem, ciekawie było sobie poczytać o historii niedawno poznanej w szkolnej ławce w wersji fabularnej, jednak ta książka jakoś nieszczególnie mnie porwała... ot, zwykła powieść historyczna.
No, chyba już muszę kończyć, bo zaczynam się obawiać, że fani Jacka Komudy już się naradzają, jak by tu mnie za nią ukarać... nabić na pal czy spalić jako heretyczkę na stosie?



Źródło
Okej. Tutaj się trochę rozpiszę.
Ta książka już trafiła do mnie w, powiedziałabym: dziwny, sposób. Mianowicie: od jakiś dwóch lat co jakiś czas pisze do mnie pewna osoba podpisująca się jako Nauczyciel. (Mam co do tego pewne podejrzenia... np. że to tak naprawdę moja korepetytorka z lekcji szybkiego czytania, ale niech już tam będzie.) Najpierw otrzymywałam listy, potem e-maile. Gdzieś tak na początku tego roku natomiast w moje ręce (przez pośrednika, oczywiście) trafiła książka autorstwa dr Estés z napisaną z tyłu krótką wiadomością informującą mnie, że może kiedyś ta pozycja przyda mi się w poszukiwaniu siebie itp. 
Jako, że jestem osobą dość sceptycznie nastawioną do tego typu książek, to na początku leżała sobie nietknięta, aż w końcu postanowiłam ją pokazać mojej rodzicielce. "O! Biegnąca z wilkami!A to podobno jest całkiem spoko!" - usłyszałam od mamy. I wtedy już się przekonałam, że może jednak warto by po nią sięgnąć... 
Biegnącą z wilkami czytałam przez kilka miesięcy. Zdecydowanie nie była to łatwa lektura - autorka, analizując mniej lub bardziej popularne baśni, używa bardzo dużo metafor i pojęć, które dla niektórych czytelników mogą się wydawać niezrozumiałe. Stąd też zapewne opinie w stylu: nudna, dziwna, lejąca się jak flaki z olejem itp.
Ale wracając do lektury, przez ten cały czas ta książka dojrzewała we mnie. Uwierzcie mi, przez te wszystkie miesiące tyle rzeczy się wydarzyło w moim życiu, głównie tych nieprzyjemnych, choć to słowo i tak nie oddaje tego w pełni (może kiedyś napiszę o tym, ale jak już się sytuacja ustabilizuje). Ta pozycja dała mi trochę siły, wiary we własne możliwości, ale również wiele mnie nauczyła. 
Dlatego uważam, że warto przeczytać tę książkę. 
Jest ona adresowana głównie do kobiet, ale myślę, że faceci też mogą ją spokojnie przeczytać (choć dla nich lektura może być jeszcze trudniejsza).


Źródło
No, okej... większość moich znajomych, no i ogółem większość fanów twórczości wujka Ricka, już czytała tę książkę, więc zgaduję, że moja ocena nic tu nowego nie wniesie. 
Historia w Mieczu Lata działa na podobnym schemacie, co w naszej "starej" serii o Percym Jacksonie oraz od czasu do czasu przypominała mi inną książkę Riordana - pierwszy tom trylogii Kroniki Rodu Kane. Spoglądając na to z tego punktu widzenia historia jest trochę wtórna, ale jednak autorowi udało się nadać tej historii jakiś "powiew świeżości", dzięki któremu ta książka jest choć odrobinę oryginalna. 
Kiedyś moja koleżanka Pola (nie pamiętam tylko, czy powiedziała mi to w realu, czy przeczytałam to na jej blogu) stwierdziła, że Miecz Lata jest zdecydowanie brutalniejszy od poprzednich książek Ricka Riordana oraz jest w nim zdecydowanie więcej ironii. Ja z tą opinią zgadzam się w stu procentach:) 
Choć odrobinę wtórna (podkreślam: odrobinę), to jednak cieszę się, że Miecz Lata nie przypomina Domu Hadesa (tom czwarty serii Olimpijscy herosi), bo bym  tego zwyczajnie w świecie nie przetrwała;P 

Dodatkowo mogę się poszczycić pewnym odkryciem - a takim mianowicie, że moja Kolekcja Fikcyjnych Mężów powiększyła się o jednego osobnika! Został nim pewien elf, który, co prawda, z Legolasem ma tyle wspólnego co nic, dodatkowo jest głuchoniemy, ale jego postać mnie totalnie zauroczyła...
...a imię mojego nowego wybranka brzmi Hearthstone (tak, wiem, co za dziwne imię, bla, bla, bla... no, ale on jest elfem, tak? W Alfheimie rodzice często nadają takie dziwne imiona...). Na oficjalnych art'ach do książek wujka Ricka wygląda on dość... specyficznie, ale z kolei na tych fanowskich on jest c u d o w n y.  (Albo to ja już totalnie ześwirowałam na jego punkcie. Zdecydujcie sami.)
Przykłady: 


Źródło
Źródło

Źródło
No, teraz, skoro was tak zaspamowałam zdjęciami mojej nowej książkowej miłości, to chyba już czas się pożegnać...

Do następnego postu

horsefan

PS Na pierwszych dwóch art'ach Hearthstone występuje ze swoim najlepszym przyjacielem - zacnym krasnoludem o imieniu Blitzen:P

niedziela, 19 czerwca 2016

Coś od Trudi Canavan

Witojcie!

Ostatnio postanowiłam, że w dzisiejszym poście krótko zrecenzuję trzy książki Trudi Canavan, o których od jakiegoś czasu chciałam napisać, ale jakoś tak się w moim życiu złożyło, że nie dałam rady.


Cóż, tutaj nie mam zbyt wiele do powiedzenia, gdyż tę książkę czytałam prawie rok temu i niewiele pamiętam ze szczegółów. Ogółem, książka całkiem dobra, jednak muszę przyznać, że pod koniec nastąpił pewien zgrzyt fabularny i przez parę(set) stron było trochę nudno. Zakończenie w sumie też było do przewidzenia, jednak podobał mi się pokazany pod koniec motyw szachownicy (ci co przeczytali, wiedzą o czym mowa).

Po przeczytaniu tej pozycji utwierdziłam się w przekonaniu, że Trylogia Czarnego Maga jest lepsza od Ery Pięciorga. Wartka akcja i bohaterowie nadal trzymają poziom, jednak mam pewne wątpliwości co do postaci tytułowego Wielkiego Mistrza. Akkarin, który na początku był przedstawiony jako czarny charakter tutaj nagle okazuje się być kimś zupełnie innym... kurczę, nie wiem, co o tym myśleć. Oceńcie sami.

Źródło
No, i tutaj mam najwięcej do powiedzenia, gdyż tę powieść spod pióra pani Canavan przeczytałam stosunkowo niedawno (biedactwo musiało sobie trochę przeleżeć na półce).
Złodziejska magia na pierwszy rzut oka bardzo się różni od poprzednich książek autorki. Co prawda, w internetach znajdzie się z pewnością cała masa recenzji tej książki zwracająca uwagę na jej podobieństwa co do poprzedniej twórczości pisarki. Ja jednak po przeczytaniu 2-3 trzech takich tekstów, które sprawiały wrażenie, jakby ich twórcy zrzynali od siebie do bólu, doszłam do wniosku, że skupię się na czymś odmiennym.
A mianowicie na magii. Pierwszy tom Prawa Millenium był reklamowany słowami: Zapomnij wszystko, co wiesz o istocie magii. A właściwie, to co o niej wiemy? Do tej pory za każdym razem, gdy słyszałam to słowo, pierwszym skojarzeniem były czarodziejskie różdżki, kryształowe kule, lustra przepowiadające przyszłość, latanie na miotle i tym podobne. Ogółem: same irracjonalne artefakty i czynności.
Czymś, co naprawdę przypadło mi do gustu w tej powieści było sprowadzenie magii do czegoś bardzo przyziemnego i oczywistego: eksploatowanego surowca. Świat przedstawiony w jednym z wątków (no, bo u Trudi Canavan zawsze musi być ich kilka) przypominał rewolucję przemysłową z dziewiętnastego wieku, tylko, że zamiast węgla czy gazu ziemnego była magia. Zamiast inżynierów i wynalazców - magowie. Do tego w tym świecie ludzie również powoli zdają sobie sprawę z wyczerpujących się zapasów materiału, od którego zależne jest ich przetrwanie. Nie brzmi znajomo? Moim pierwszym skojarzeniem była ropa naftowa, o której - jak pewnie wszyscy wiemy - że powoli się kończy.
Mogłabym jeszcze więcej wspomnieć, jednak wolałabym Was nie zanudzać i dodać parę słów o drugim wątku. Opowiada on historię Rielle Lazuli - córki farbiarza, żyjącej w świecie o wiele odmiennym od rzeczywistości Tyena. Wielu czytelników zwraca uwagę na to, że ta część książki bardzo przypomina Erę Pięciorga: świat, w którym religia odgrywa główną rolę, jest jakaś grupa ludzi ciemiężonych, trzeba się przeciwstawić radykałom itp. Rzeczywiście, tutaj znalazłam jakieś podobieństwa, jednak nie było ich na tyle dużo, by mogło mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzać w lekturze. Ostatecznie, wątek Rielle spodobał mi się, głównie ze względu na to, że jest w nim mowa o dojrzewaniu młodej dziewczyny do podejmowania własnych decyzji i godzenia się z ich konsekwencjami. A poza tym, uwielbiam, kiedy postać, o której czytam ma podobne zainteresowania do moich. W tym przypadku jest to rysunek i malarstwo:)
Ogółem, książkę oceniam całkiem pozytywnie. Wolę nie oceniać, czy osoby uważające tę pozycję za wtórną mają rację czy też nie - merytorycznie jest dobrze napisana. Pozostaje mi tylko zachęcać Was do lektury:)

Pozdrawiam 

horsefan

sobota, 9 kwietnia 2016

A co, gdyby wszystkie bajkowe postaci chodziły do szkoły?

Witam, witam, witam.
 (W sumie, to nie wiem, czemu witam się trzy razy, ale niech już będzie.)
Trochę mnie tu nie było, co? Cóż, na tzw. okres przedmajówkowy przypadają u mnie w szkole terminy zaliczania i poprawek wszelkiej maści, więc mam lekkie opóźnienie.

No, ale żeby  nie marnować (właśnie czego? czasu? no nie wiem, może miejsca...), przejdźmy do tematu posta.
Wszyscy w dzieciństwie czytaliśmy/słyszeliśmy jakieś bajki. Kto z nas nie marzył być herosem, ratować świat, przeżywać przygody lub - jak wiele nieporadnych osobników płci pięknej - być uratowaną przez księcia? Niestety lub stety, wszyscy pewnie również prędzej czy później zetknęliśmy się z szarą rzeczywistością i szybko zapomnieć o marzeniach z dzieciństwa.

A co gdyby... jednak wasze marzenie się spełniło? 

Taką historię przedstawia właśnie książka Somana Chainaniego pt.: Akademia Dobra i Zła.


Z położonego w bezkresnej puszczy miasteczka Gawalon co roku znika dwójka dzieci. Pogłoska głosi, że
dwójka trafia do niezwykłej Akademii Dobra i Zła, w której dzieci uczą się jak być bohaterami lub złoczyńcami...
Główne bohaterki, Sofia i Agata, pomimo, że są zupełnie różne, są najlepszymi przyjaciółkami. Sofia od małej marzy, żeby zostać księżniczką i spotkać księcia z bajki, Agata zaś ze swoimi dziwactwami i nienawiścią do otoczenia byłaby idealnym materiałem na wiedźmę.
Jednak w dniu, kiedy po raz kolejny od dwustu lat tajemniczy Dyrektor Akademii porywa dziewczynki, dochodzi do pomyłki. Sofia ląduje wśród wiedźm, wilkołaków i złych czarowników, a Agata nagle jest zmuszona stosować się do zasad etykiety i nosić różową sukienkę. Bohaterki od razu podejmują się działania mające na celu naprawę pomyłki Dyrektora...
...pomyłki? A może to wszystko ma na celu pokazać, jakie w rzeczywistości są Sofia i Agata?

Pomysł na historię może wydawać się banalny, a w dodatku nie do końca oryginalny - zakładam, że nie bez powodu książka pana Chainaniego jest polecana fankom Rywalek (których co prawda nie przeczytałam, ale od osób o guście literackim podobnym do mojego słyszałam, że raczej by mi się to nie spodobało).
Dlaczego więc sięgnęłam po tę książkę? Nie licząc tego, że przeleżała u mnie z rok...  Jak już wspominałam, uwielbiam baśnie, a rzekoma bajkowość książki przywodziła mi na myśl ukochany Baśniobór.


Kiedy ostatecznie wzięłam się za lekturę, pojawiła się u mnie również łezka w oku, ponieważ poczucie humoru autora przypomniało mi stare, dobre czasy, kiedy czytywałam serię o Percy'm Jacksonie.
Ogółem, po tekście widać, że pan Chainani odwalił kawał dobrej roboty. Czytając w ogóle się nie nudziłam, zawsze coś się działo.
Co więcej, spodobała mi się kreacja postaci - każdy jest inny, a już na pewno Sofia i Agata. Aga - z początku typ emo racjonalistki (o ile można tak powiedzieć), a Sofia to zdecydowanie jest zadufaną w sobie, uwielbiającą się stroić i malować panienką. Tak się akurat złożyło, że kiedy czytałam tę książkę, od czasu do czasu zaglądałam również do innej, tym razem o psychologii - Biegnącej z wilkami. Miało to w jakiś sposób wpływ na to, jak odebrałam Akademię..., gdyż przeczytałam rozdział o dwoistości kobiecej natury i wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Dlaczego właściwie Sofia i Agata tak bardzo nie chcą ze sobą rozstawać? A właściwie, to która jest tą Dobrą, a która tą Złą?

Po jakimś czasie stwierdziłam, że autor, mniej lub bardziej świadomie, pokazał dwoistość dobra i zła. Jedno bez drugiego nie ma sensu, a taka jest właśnie jest relacja pomiędzy głównymi bohaterkami, które pomimo różnic - nie mogą bez siebie żyć.

A świat? Jest w końcu taki "zgapiony" czy jednak jest taki jeden jedyny w swoim rodzaju?
Cóż, w tej chwili horsefan może wam powiedzieć, że ma ogromny podziw dla wyobraźni autora.Niby pomysł magicznej szkoły znamy od dawna, ale Soman Chainani postarał się, żeby od razu po przeczytaniu książki czytelnik nie myślał tylko i wyłącznie o Hogwarcie z serii o Harry'm Potterze.

Co jeszcze mogę z siebie na ten temat "wycisnąć"?
Hm, na końcu zawsze wspominam coś o wadach... czy ta książka w ogóle jakieś ma? Niech no pomyślę...
Może ujmę to tak: nie jest to lektura, która każdemu może przypaść do gustu. Teoretycznie jest to książka dla dzieci, ale pewien podtekst na stronie-nie-pamiętam-której ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z młodzieżówką. Po drugie - jeśli lubisz czytać o wielkich heroinach i wkurzają cię typowe plastikowe panienki, to wątpię, czy polubisz Sofię. W sumie, to ja też nie przepadam za tego typu postaciami, dodatkowo ugodziło mnie w serce to, że jest ona moją imienniczką i ma taki sam kolor włosów i oczu co ja. Ale wiecie co? Postanowiłam zdystansować się nieco do pewnych jej zachowań (czytaj: tych głupszych i bezsensownych), niektóre można nawet uznać za zabawne:)

Podsumowując, Akademia Dobra i Zła jest całkiem niezłą lekturą na parę wieczorów, więc jeśli chcecie przeczytać ciekawego, w miarę oryginalnego i przy okazji się pośmiać, to gorąco polecam Wam tę książkę. A w szczególności radzę ją przeczytać fankom (ale fani też mogą, jak chcą) Ricka Riordana:)

Pozdrawiam

horsefan  

PS Wszystkie zdjęcia, z wyjątkiem okładki, pochodzą z WeHeartIt. 

Szóstka Wron.