Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

"Pora westchnień, pora burz", czyli parę słów o Lwowie... raz jeszcze

Witam...
... po nieco dłuższej przerwie. Niby z podróży wróciłam już w zeszłym tygodniu, ale najpierw musiałam trochę odetchnąć, potem się rozchorowałam, a jeszcze później (tj. wczoraj) odwiedziła mnie rodzinka, którą widzę raz na ruski rok i wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik...no, wiecie jak to jest.

Ale żyję! Tym razem mam dla Was recenzję kolejnej książki, tym razem jest to Pora westchnień, pora burz, czyli moje pierwsze zetknięcie z twórczością Magdaleny Kawki.

Jedźmy z tym koksem!

* * *

Źródło
 Lwów zdecydowanie jest na jednym z pierwszych miejsc na liście moich ulubionych miast. Właściwie czuję, że tam, a nie w rodzinnym Gdańsku, jest mój prawdziwy dom.



Kiedy wyjeżdżam gdziekolwiek, lubię zabierać ze sobą książkę, która opowiada o miejscu, do którego jadę. W Gruzji czytałam Chleb i proch T. Andersona, w Wilnie natomiast czytałam Silva rerum K. Sabaliauskaitė. (Aż się boję pomyśleć, co będę czytała w czasie wyprawy na Kilimandżaro, którą planuję za kilka lat…:-D


Nie inaczej było w przypadku Lwowa. Do plecaka ostatecznie trafiła Pora westchnień, pora burz Magdaleny Kawki. Zgodnie z zapowiedzią wydawcy, książka ta ma być znakomitą powieścią o trudnych ludzkich relacjach w jeszcze trudniejszych czasach.  

Czy tak rzeczywiście jest?

Powieść dzieli się na dwie części – tę przedwojenną i tę wojenną.
Historia bohaterów – rodziny Lindnerów, ich dzieci, przyjaciół, znajomych - rozpoczyna się zimą roku 1937, kiedy co prawda cała Europa ogarnięta jest kryzysem ekonomicznym, ale w wybuch wielkiej wojny raczej nikt nie wierzy. Wszyscy mieszkańcy Lwowa i okolicznych wiosek zajęci są swoimi mniejszymi lub większymi sprawami .
Szesnastoletnia Lilka Lindnerówna wraz z koleżankami szykuje się do matury, przeżywa pierwsze, nastoletnie zauroczenia i snuje plany na temat swojej przyszłości.


Wśród jej koleżanek są Sara Rothfeld (wywodząca się z inteligenckiej żydowskiej rodziny, która martwi się, że nigdzie nie będzie mogła wyjść w sobotę, bo przyjeżdżają jej ortodoksyjni dziadkowie, a babcia uważa, że w szabat to nawet chodzić nie wolno), ruda i piegowata Janka Szymonowiczówna, Nina Dejnis (córka ukraińskiego profesora Politechniki Lwowskiej, Aleksandra Dejnisa), Marysia Szczurko (zwana Szczurkiem, lecz nie przez swoje nazwisko, lecz z powodu swojej charakterystycznej urody), Marysia Baczyńska, która podejrzewała swojego ojca o szowinizm i antysemityzm (a to dlatego, że Żyd Rosenman zabronił ojcu Marysi przyprowadzać na śniadania do jego kafejki pieska o zacnym imieniu Mops, co w ocenie pana Baczyńskiego oznaczało, że Rosenmann nie odróżnia porządnego obywatela od brudnego batiara) i wiele innych...
Podobnie jest w świecie dorosłych. Mała stabilizacja, którą osiągnęli Lindnerowie, za chwilę runie w gruzy. Rozmowy na temat gotowości Polski do wojny za chwilę zweryfikuje skuteczność  faszystowskich dywizji pancernych i piechoty zmotoryzowane, perfekcyjnie realizujących teoretycznie założenia blitzkriegu Heinza Guderiana.


Oczywistym jest, że autorka musiała zmierzyć się z bardzo trudnym zadaniem, polegającym na odtworzeniu tamtego przedwojennego świata z całą jego małą, codzienną krzątaniną, wiedząc, że będziemy go oceniać z perspektywy tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły we wrześniu 1939 roku. O ile świat nastoletniej Lilki został przedstawiony realistycznie, prawdopodobnie, nawet czasami zabawnie, o tyle przedstawienie świata dorosłych wydało mi się nieco schematyczne. Poglądy, rozmowy, rys postaci był jakby zaczerpnięty z podręczników historii, zanadto uwspółcześniony i tym samym niewiarygodny. 


Druga część książki, która traktuje o wejściu Sowietów 22 września zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie. Z uwagi na to, że powieść oparta jest częściowo o osobiste relacje członków rodziny autorki, to zakładam, że opisane okrucieństwa, jakich dopuszczali się Sowieci na ludności lwowskiej nie są produktem wyobraźni autorki, a przynajmniej w części prawdziwą relacją. Dotyczy to w szczególności takich opisanych zdarzeń jak: ukrzyżowanie księdza A. Fedorowicza z kościoła św. Marii Magdaleny czy morderstwo Janeczki Szymonowiczówny w dniu jej ślubu ze Zbigniewem Szczawińskim. Relacja dotycząca sposobu postępowania Sowietów z lwowską ludnością, zakładam, że też jest prawdziwa. Będąc we Lwowie, zapytałam  moją panią przewodnik o to, czy takie zdarzenia miały miejsce, a ona je potwierdziła, a także to, że Sowieci jedli zupę z nocników i w szlafrokach i koszulach nocnych chodzili do teatru (w głębokim przekonaniu, że mają na sobie wieczorowe kreacje, czym niewątpliwie były, ale z innym przeznaczeniem).  
Dobrze oceniam także sposób przedstawienia relacji między lwowianami po wybuchu wojny. 

Ulica, która ma tyle nazw, ale nikt nie wie, którą jest tą prawidłową;)
Z wesołych, życzliwych lwowian wychodzą wszystkie najokropniejsze cechy, każdy zaczyna myśleć tylko o sobie; czar miasta pęka niczym bańka mydlana. Zaczyna się kategoryzacja według narodowości: to Polak, tamten to Żyd, a jeszcze inny to Ukrainiec. Wszyscy podejrzliwie łypią na siebie spode łba. Dawne przyjaźnie oraz do tej pory wyznawane wartości zostają wystawione na ciężką próbę…
W drugiej części powieści autorka pokazała prawdziwy literacki pazur.


Jednak pewnym rozczarowaniem dla mnie było to, że sam Lwów paradoksalnie nie jest tak bardzo obecny w tej książce. Pisząc tę recenzję, natrafiłam na informację, że autorka nigdy nie była w tym mieście, a zna je wyłącznie z relacji rodziny, ze zdjęć, map, opracowań, a nawet rozkładu jazdy tramwajów. I niestety, to widać. O ile Kristina Sabaliauskaitė pokazała bijące serce Wilna, miasta, które doskonale znała i w którym się urodziła, o tyle Magdalena Kawka pokazała miasto papierowe. Pomimo tego, że główni bohaterowie mieszkają na ulicy Tatarskiej, Lilka uczęszcza do gimnazjum im. Św. Marii Magdaleny przy ulicy Sapiehy, razem z koleżankami chodzą do Parku Stryjskiego, jej koleżanka Marysia Baczewska jest z tych Baczewskich, w związku z tym musiała mieszkać w kamienicy przy wschodniej części Rynku, to jednak drzewa w Parku Stryjskim nie szumią, dzwonek w gimnazjum nie dzwoni, a ulica nie drży, jak przejeżdża tramwaj, a z fontann wokół Rynku (z Adonisa, Neptuna, Amfitryty i Diany) nie tryska woda. Wszystko widzimy jak przez szybę. Wydaje się, że to jest największy mój zarzut do autorki. Pisząc taką książkę, o takim mieście, grzechem pierworodnym było do miasta tego nie pojechać, każdej kamienicy przy starym Rynku nie dotknąć, Lwa świętego Marka nie podziwiać, pod Jezusem Frasobliwym nie pochylić głowy, do Katedry Ormiańskiej nie wstąpić, fresków J.H. Rosena nie podziwiać i powietrzem, którym oddychali bohaterowie jej książki się nie zachłysnąć.

Autorka miała doskonały pomysł. Brakuje w naszej literaturze książki, która mierzyłaby się z tamtym czasem w tamtym miejscu. I chociaż uważam, że lepiej, że Pora westchnień, pora burz powstała, to mimo tego autorka wielkiej szansy, jaką miała, nie wykorzystała w pełni. To trochę tak, jak z filmem Historia Roja… (zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji tego filmu na blogu). Nie jest to dobry film, ale bardzo dobrze, że powstał.


Pomimo tego drobnego w sumie zarzutu, nie dostrzegalnego dla wszystkich, nadal gorąco polecam tę książkę. Autorce udało się umiejętnie i ze swadą przedstawić swoich bohaterów, że tęskni się za nimi po odłożeniu książki chociażby na chwilę. Gorąco polecam!
[Recenzja została dodatkowo okraszona zdjęciami z mojej podróży:)]


~ Mała anegdotka...~
...z horsefanowskiej wyprawy po Lwowie.
(Nigdy nie wiesz, co możesz napotkać!)

 Wyszłam sobie rano na spacer po Rynku razem z Panią Matką. Niedaleko tzw. Czarnej Kamienicy zauważyłyśmy takie figury baranów ze słomy, ale nie wiedziałyśmy, o co w nich właściwie chodzi. Więc sobie szłyśmy, szłyśmy... a tu nagle - podszedł do nas chłopak w ukraińskiej wyszywance i sobie mówimy: "Dobry deń", "Dobry deń". Chcemy razem z Panią Matką pójść gdzieś dalej, ale chłopak nas zatrzymuje. Ujął moją dłoń i zapytał: "Kak malieńka twoja 'mienia?"*. Ja, jako że całkiem dobrze rozumiem ukraiński, zwłaszcza ten, którym posługują się Ukraińcy z zachodniej części kraju, więc odparłam: "Na imię mi Sofija". 
Chłopak już uradowany, że złapał dziewuchę, ale moja mama przerwała: "Ale Zośka, czy jemu nie chodziło o imię matki? No bo powiedział matieńka...". Ukraińcowi oczy urosły do rozmiarów spodków. Powiedział: "A mama...! Nie, mnie o córkę chodzi!"**. Wziął mnie mocniej za rękę, ja aż trochę się przeraziłam: no bo co? Może okraść chce, albo coś? 
"Panie z Polsz'czy?" - zapytał. Odparłyśmy zgodnie, że tak. "To z Rzeszowa?" No i z mamą obie w śmiech, bo on zadał to pytanie tak, jakby wszyscy Polacy byli z Rzeszowa... "Nie, nie, my z Gdańska!" - tłumaczę pospiesznie, z uśmiechem na ustach. "A, Gdańsk!" - Ukrainiec radośnie rozstawił ręce. - "Morie! [Morze!]"
Po czym znów zwrócił się do mnie: "A ty, Sofija - ze mną!". Pociągnął mnie parę metrów dalej i pokazał na jednego ze słomianych baranów: "No, proszę siadać!". Ja, już nie wiedząc, co ze mną będzie, posłusznie wykonałam jego polecenie... Chłopak i jego kolega ze sztuczną czarną brodą a la Święty Mikołaj nałożyli mi zieloną chustę na ramiona, kapelusz ze sztucznymi rogami na głowę, a do rąk wetknęli po jednej ciupadze.
"A teraz powtarzaj za mną, Sofija" - odezwał się chłopak, ten sam, który wyciągnął mnie z tłumu. A ja już się zlękłam, co on może mi kazać mówić. Slawa Ukrajini, Herojam Slawa
"Putin ne prydziot! Putin ne prydziot! PUTIN NE PRYDZIOT!"***
 Kiedy cyrk z "nieprzepuszczaniem" Putina się skończył, "czarnobrody" poprosił mnie, bym wstała z barana, po czym oznajmił: "Budziemy tańcowat'."****. "Ale ja nie umiem tańczyć!" "Kak to nie umiesz! Kak to nie umiesz!" - pseudobrodacz wziął mnie za rękę odtańczył ze mną coś na kształt polki. W pewnym momencie myślałam, że już ze mną skończył, ale to był dopiero początek... Pseudobrodacz wziął mnie na ręce i zaczął okręcać wokół własnej osi! "Maaamooo! Pooomooocyyy!" - darłam się jak ta głupia pomiędzy atakami nieopanowanego śmiechu, bo nadal miałam w głowie lampkę, że mogą chcieć mnie okraść... Ale na szczęście miło się skończyło, chłop odstawił mnie na ziemię i powiedział tylko, że ja się bać nie powinnam, ale po za tym spoko ze mnie dziewuszka
 Koniec bajki

*A tak przynajmniej zapamiętałam. [A potem od cioci Ukrainki dowiedziałam się, że chłopak posługiwał się na w pół ukraińskim, na w pół rosyjskim.]
**W większości nie pamiętam, co powiedział "w oryginale", dlatego podaję - w moim mniemaniu - polskie tłumaczenie.
***"Putin nie przejdzie", czy jakoś tak...
****"Będziemy tańczyć/tańcować."

No, cóż by jeszcze więcej powiedzieć? Do zobaczenia w następnym poście!

horsefan

piątek, 7 sierpnia 2015

Lwów według horsefana #2

Witam, witam zacnych internetowych surferów,

zanim rozpocznę, pragnę Was poinformować, że wkrótce czeka mnie wyjazd do Gruzji. Czy na jej temat też coś się pojawi? Planuję wstawić jakieś zdjęcia, ale teraz - gdy idzie mi tak ciężko z Lwowem - to wiem, że nieprędko to zrobię. Posty o Lwowie pojawią się po powrocie z mojej wyprawy do Kaukazu, tak w ogóle.
Tyle z ogłoszeń parafialnych.

* * *

Rano obchodzimy rynek lwowski po kilka razy. Naprawdę, trudno mi było uwierzyć w fakt, że na drugim końcu tego kraju toczy się wojna. Ktoś zupełnie niepoinformowany o niej, nie wyciągnąłby takich wniosków patrząc na tutejszych uśmiechniętych, spacerujących po uliczkach ludzi. Widzimy kamienicę Baczewskich. Z góry surowo patrzyły na mnie popiersia takich wielkich literatów, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Staff i paru innych. Z daleka była bardzo widoczna...

Zajrzeliśmy, właściwie przez przypadek, do Kościoła Garnizonowego Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Muszę przyznać, że niewiele o nim wiedziałam, właściwie to nic. 
Ale widok, jaki czekał mnie w środku spowodował, że łzy prawie napłynęły mi do oczu. 
Tynk odpadający czy to z sufitu, czy to z kolumn, zniszczone balustrady, a gdzieniegdzie ściany pozakrywano czarną folią. "Czyżby ktoś usiłował robić tu renowacje?" - pomyślałam z nadzieją na ich widok.



W lewej nawie zwróciły moją uwagę trzy sztalugi. Gdy podeszłam bliżej, dostrzegłam, że to zdjęcia poległych na wschodzie żołnierzy pochodzących ze Lwowa. I tak jak nauczono mnie, gdy byłam młodsza, odmówiłam za nich krótką modlitwę.



Po wyjściu obraliśmy tę samą drogę, co poprzedniego dnia, gdy wracaliśmy z "Amadeusza". Przed sobą widzimy Katedrę Łacińską, zwaną poniekąd Polską.
Po przeciwnej stronie, pod numerem 10, rezydencja Lubomirskich złożona siedmiu połączonych kamienic. (Niedaleko od rynku wspaniały pałac Potockich, w którym obecnie mieści się Galeria Lwowska.)
Nagle drogę przejeżdża nam tramwaj; taki, jaki widziałam na starych zdjęciach Warszawy czy Krakowa, tylko bez koni, oczywiście. Tramwaj zatrzymuje się na chwilę, wychodzą pasażerowie, a my idziemy dalej.
I po raz kolejny przed naszymi oczyma ukazuje się księgarnia z szyldem po ukraińsku i po... polsku.


- Może chcesz wejść? - zapytała mnie mama. Wie doskonale, że gdziekolwiek jestem i jest tam możliwość kupienia książki, to zazwyczaj kończy się to tym, że niemal wyczarowuję jakby z powietrza setki pozycji, które ledwie można donieść do kasy, a co dopiero do domu;P
Mój poziom czytania cyrylicy jest na niskim poziomie, nie wspominam już o jakimkolwiek rozumieniu tego, co czytam (to kwestia... problematyczna), więc odpowiedź brzmi... 
- Nie, dzięki. - odpowiadam. Jak zwykle, znalazł się jednak jakiś szczegół, który zmusił mnie do zatrzymania się pod księgarnią na jeszcze jedną chwilę. 

Specjalnie dla fanów "Niezgodnej"

Odchodzimy nieco dalej, żegnając wzrokiem księgarnię; naszym oczom teraz ukazuje się... kolumna Mickiewicza.



Tutaj na każdej ulicy są choćby najmniejsze ślady polskości. Powoli zaczęłam rozumieć, że jest tutaj, jak w Krakowie - tylko, że jakby większym. Zaczęłam się nawet zastanawiać przez chwilę, dlaczego mi się tak tutaj podoba - przecież moją złotą zasadą podróżowania jest, by udać się tam where nothing looks familiar...



Zanim się tutaj wybraliśmy, zaczęliśmy przeglądać masę stron internetowych o różnych ciekawych miejscach i atrakcjach w tym zacnym mieście. Zauroczyła mnie Lwowska Manufaktura Czekolady, chyba głównie ze względu na moje czekoladowe uzależnienie. Wmówiłam sobie, że muszę ją odnaleźć:)!
Wędrując pomiędzy uliczkami, rzeczywiście - napotykamy znajomo wyglądającą kamieniczkę, a zapach sam zaprasza do środka...
W środku, na parterze, znajduje się tylko kasa i kilka stolików. Jest dość ciasno ze względu na to, że wejść i wyjść można tylko przez jedne drzwi. Weszliśmy więc, a pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to szklana ściana po lewej. Przez szybę widać było kadzie i maszyny przez które przepływa płynna czekolada...
- Przepraszam, czy mogłaby pani nieco szybciej iść? - odezwał się do mnie ktoś po ukraińsku. Słowa uderzyły mnie niczym piorun i wyrwały ze słodkich marzeń.
- Zośka! - usłyszałam wołanie taty. Spokojnie weszłam w kolejkę, która po jednej stronie wchodziła, a po drugiej wchodziła po krętych schodkach na kolejne kondygnacje kamieniczki.
Wydobyłam się z kolejki na poziomie ze sklepikiem. Od razu odnalazłam czekających na mnie rodziców. Po krótkiej chwili wchodzimy do sklepu. Miłośnicy czekolady jak ja zapewne nazwaliby to miejsce salą tortur. 
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ozdobne czekoladki - sprzedawali je przy kasie. Dalej, za szkłem, znajdowały się kostki sprzedawane na wagę. Czysta czekolada, czarna, mleczna i biała... były nawet lizaki czekoladowe, samochodziki jak dawne dziecięce zabawki, albo nawet buty na wysokim obcasie (nawiązanie do Kopciuszka?)!



Niestety, musieliśmy opuścić Manufakturę dość szybko.
Dlaczego? Otóż, wcześniej, kiedy jeszcze włóczyliśmy się po rynku bez celu natrafiliśmy na pewny zakład fryzjerski. Napis na drzwiach głosił: "Best Hairdresser in Town". Cóż, czy to jest właściwie best hairdresser in town, mieliśmy się za chwilę przekonać.



Na miejscu fryzjerka posadziła mnie na krześle i po krótkiej instrukcji zaczęła majstrować z moją fryzurą; jakieś płyny, pianki, a za chwilę w lustrze dostrzegłam lokówkę... Wkrótce usłyszałam: "Gotowi" i na chwilę zostałam sam na sam ze swoim nieco odmienionym odbiciem. Nie chcę się tu jakoś na jego temat wylewnie wypowiadać, więc powiem tylko, że zrobiono mi całkiem fajne loki, które wytrzymały do wieczoru...
...właśnie, wieczoru. Odrestaurowana Opera Lwowska zrobiła na mnie niemałe wrażenie, przeplatające się style, głównie barok i klasycyzm, złote zdobienia.
Poszliśmy na operę pt. "Don Juan" (czyt.: don żuan, właściwa nazwa to Don Giovanni). Wykonanie, które zobaczyłam, bardzo mi się spodobało, choć miewałam trudności w rozumieniu całości - opera sama w sobie była w języku włoskim, ale nad aktorami, tuż przy kurtynie powieszono multimedialną tablicę, na której wyświetlało się tłumaczenie scenariusza na język ukraiński. Raz po raz, gdy moja znajomość hiszpańskiego, podobnego do włoskiego, zawodziła, moje oczy wędrowały na cyrylicę. I odwrotnie.
Spektakl kończy się hucznymi brawami, które odbijają mi się o uszy jeszcze długo po wyjściu z Opery i zmieszały się z odbijającymi się od naszego parasola kroplami ulewnego deszczu.

 * * * 

To co? Reszta wkrótce:) 

Pozdrawiam 

horsefan

piątek, 12 czerwca 2015

Lwów według horsefana #1 - Objadam się jak prosię...

Witajcie, cześć i czołem!

Dziś kontynuuję moją opowieść z wyprawy do Lwowa. (Znów dopadły mnie moje obowiązki, ale mam nadzieję, że teraz będzie gładko...)

Jedźmy z tym koksem! Zaraz, na czym to ja skończyłam...?

* * * 

Nim otrząsam się z szoku, jakiego doznaję na widok niemal pustego lotniska, moi rodzice zdążają  wychwycić w niewielkiej grupce kierowców jednego, który macha tą z naszym nazwiskiem.
I w sumie nie dzieje się nic zachwycającego, do chwili, gdy zajmujemy się wpakowywaniem naszych tobołków. 
Rozmawiamy z kierowcą do tej pory po angielsku, święcie przekonani, że tak powinno być. 
I nagle padają teksty: 
- Where are you from? 
- Ah, we're from Poland. 
- Z Polski? A, to witamy! 

Czuję , jak powoli drętwieję. Z jednej strony gdzieś we mnie nie mogłam uwierzyć, że tu jestem; długo marzyłam, żeby przyjechać do Lwowa i na Ukrainę ogółem tak, wiem, jestem dziwna, a z drugiej byłam przekonana, że tutejsi unikają raczej kontaktu z polszczyzną. A tutaj, taka miła niespodzianka! 

Wsiedliśmy do samochodu i zapięliśmy pasy jak w tej reklamie o pancerniku. 
Wyjeżdżamy z lotniska i mój tata rozpoczyna rozmowę z kierowcą. Moim oczom ukazuje się Lwów bardzo odległy od tego, co znam ze zdjęć i opowieści starszych krewnych, z których część wychowała się na tych ziemiach. Czytelniku z Polski (bo wiem, że są też zza granicy), jeśli myślisz, że blokowiska w naszym kraju wyglądają tragicznie, to przyjedź tutaj. Ten widok wyciska łzy z oczu, a przynajmniej u mnie.

Starałam się słuchać rozmowy, jednak było w tym widoku coś, co sprawiało, że chciałam patrzeć. Więcej i więcej. Jednym z nielicznych "ulepszeń" w tym widoku była cerkiew, której złote kopuły połyskiwały dumnie w słońcu, rażąc mnie dodatkowo w oczy. 

- A ta cerkiew? Prawosławna czy greckokatolicka? - zapytał się tata, wskazując palcem na świątynię. 
- Prawosławna, prawosławna, proszę pana. 
- A proszę powiedzieć... - mama postanowiła się włączyć do rozmowy.  - ...jak to właściwie było z tą wojną - jak jest właściwie - z tą aneksją Krymu i tak dalej...? 
- Wie pani, mamy kryzys. - kierowca westchnął. - Ci ze wschodu myśleli, że Rosja im pomoże. Było w nich takie "do Rosji, do Rosji", a teraz co - nie do Rosji, bo jest wojna... Poza tym tam dużo Rosjan mieszka... 
Nastaje chwila ciszy. Stajemy po raz kolejny na światłach. 
- ...teraz w sumie też ciężko, bo kryzys. - kontynuuje. - Na Zachodzie trochę jest inaczej, niż na Wschodzie. Bo wiedzą państwo, tutaj mamy inne mentalita*... takie Ewropejskie, nie Sowieckie.
- Przepraszam, co? - przerywamy razem z mamą, niepewne, o co chodzi. 
- Och, przepraszam! - Ukrainiec czuje się wyraźnie nieswojo i od razu poprawia: - Chodziło mi o mentalność, tak? Tak się u Was mówi? 
- Tak - odpowiada szybko mój tato. 
- Nie, zaraz! Pan powie, to słowo, no...! - wyrywam się. - To, co pan powiedział przed chwilą, zanim z mamą Pana poprawiłyśmy...
- Przepraszam, panienko... już zapomniałem. - kierowca stara się pomóc, jak tylko może. 
Opadam na fotel i znów mój wzrok przerzuca się na ulicę; komunistyczne bloczki powoli przechodzą w piękną, acz zniszczoną Starówkę. 
Tata ponownie zajął się zagadywaniem kierowcy; dowiedzieliśmy się, że ludzie teraz kurczowo trzymają się pracy, jemu na szczęście nie jest jeszcze tak ciężko, na utrzymanie rodziny z dziećmi wystarczy... 
Znajdujemy się już blisko centrum; widać piękną Operę Lwowską, właśnie zastawioną drewnianymi domeczkami - można się domyślać, że ma miejsce jakieś wydarzenie, które nieco przypomina mi Jarmark Dominikański z Trójmiasta. 
- Widzę, że... macie jakiś jarmark... - odzywa się ponownie tato, a ja dalej chłonę widoki. 
- Tak. Mówimy na to wernisaż - kierowca wypowiada to z charakterystycznym akcentem. - W Polsce też tak się mówi? 
- Tak, ale u nas to oznacza uroczyste otwarcie wystawy sztuki. - odpowiadam.
I co? Podobne języki? Podobne.
- A gdzie moglibyśmy coś zjeść? - pyta moja mama.
Kierowca od razu wymienia kilka restauracji; wśród nich pada nazwa Amadeusz.
Kilka sekund zajmuje nam dojechanie do hotelu. Wysiadamy, żegnamy się z kierowcą i udajemy się do recepcji. 
Czas znowu przerzucić się na angielski. Recepcjonistki sprawiają dobre wrażenie, dają nam po darmowym jabłku, które są dla mnie niezłą odmianą po wielkiej, suchej bagietce, którą zjadłam w samolocie.

*słowo odtworzyłam gdzieś w odmętach mojej pamięci. Byłabym wdzięczna gdyby ktoś mi powiedział, jak naprawdę po ukraińsku mówi się "mentalność" (i błagam - niech to nie będzie z tłumacza Google!)

*
W pokoju rozstawiamy swoje rzeczy; pomieszczenie sprawia wrażenie całkiem przytulnego. Od razu podchodzę do okna i po chwili dostrzegam, że parapet jest na tyle szeroki, że mogę na nim swobodnie się zmieścić. Gramolę się na niego i widzę uliczkę pełną ludzi, a z budynku na przeciwko spogląda na mnie naturalnej wielkości posąg Adama Mickiewicza.
Spełzam z parapetu i padam na łóżko. 
O Boże, naszła mnie myśl. Ja tu jestem. Nareszcie jestem.
Pewnie pomyślicie, że jestem stuknięta. Większość dzieciaków marzy o wakacjach na plażach Turcji czy Tunezji lub w wielkich miastach, jak Nowy Jork albo Londyn (choć w tym akurat byłam i je uwielbiam). A ja marzyłam, żeby jechać w takie biedne i trochę zapomniane miejsca. Lwów to może nie najlepszy przykład, ale jest to Ukraina - a tu od dawna chciałam przyjechać, jak już mówiłam.
Poza tym, to właśnie w niedalekim Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk) mieszkała część mojej rodziny przed wojną i przez to mam sentyment do tych dwóch miast.

Wracając do historii, od razu wyskakujemy razem z rodzicami na ulicę, przy której znajduje się nasz hotel - Szewską.
Jest już wieczór, a od jabłka trochę minęło. Zresztą, co to za posiłek, takie jabłuszko? No właśnie.
Burczy mi w brzuchu, moim kompanom także.
Udajemy się do wcześniej wspomnianego Amadeusza. Wchodząc do środka, które jest całkiem przytulnie urządzone, mama zwraca się do kelnerki:
- Excuse me, could you recommend us something?
Młoda kobieta, przez chwilę zmieszana, unosi do góry palec wskazujący i mówi:
- Zaraz! - po czym znika za drzwiami od kuchni.
Co się właściwie stało? Patrzymy po sobie, potem na pozostałych klientów. Wszyscy są normalnie obsługiwani...
Za chwilę podchodzi do nas inna kelnerka i sytuacja się powtarza; znów słyszymy wyraźne Zaraz!, po czym niewiasta znika. No to klops.
Prawie wyszliśmy z lokalu, zawiedzeni tym, jak nas potraktowano, a jednak...
Ta sama dziewczyna, co przyszła przed chwilą wróciła z trzema wielkimi zeszytami, które po chwili - dzięki mojej mamie - zyskały miano książek telefonicznych. A czym były? Oczywiście, menu.
- Would you like us to speak English or Polish? - zacnie przejmuję inicjatywę, gdy zasiadamy do stołu.
- Po polsku - pada odpowiedź.
Przeglądamy ów "książkę telefoniczną"; naprawdę trudno znaleźć coś dla siebie w takim nawale dań. Moja mama zaczęła od razu mamrotać, że jak menu jest takie długie, to jedzenie musi być do niczego, gdyż najlepsze restauracje mają bardzo skromną kartę dań. Ja staram się zachować zimną krew.
Po chwili zamawiamy zestaw przystawek, barszcz ukraiński dla taty oraz dwie kaczki dla mnie i mamy.
Niedługo na naszym zamówieniu na stole pojawia się wielka, drewniana decha z drobnymi kawałkami mięsa ozdobionymi rukolą. Plus dwa sosy. O, Boże.Moje oczy powoli wychodzą na wierzch.
Mimo niedogodności, jako potomkowie polskiej szlachty że nie mamy zwyczaju się poddawać, tym razem także działamy w ten sposób. Jemy ile się da, ale po chwili jesteśmy napchani. Ledwie upchnęłam tę tłuściutką kaczuszkę w moim żołądeczku, oj tak...
Zostawiamy rachunek po kolacji i z trudem wychodzimy na zewnątrz, właściwie, to się zataczamy co trzy kroki.
Układam w głowie puzzle z myśli. Wychodzi z nich zdanie: Kiedyś tu zamieszkam. Od razu dzielę się nim z rodziną.
- Żartujesz, prawda? - padają słowa z ust mojego taty.
- Na pewno bym chciała. No wiesz, jak się sytuacja polepszy.
Pytanie tylko - czy kiedykolwiek tak będzie...?
Idąc wtedy ponownie w stronę naszego hotelu, tuż obok Katedry Polskiej, miałam wrażenie, jakbym była tu od dawna. A właściwie, to od zawsze.

To właściwie wszystko na dziś. Mam nadzieję, że szybko uda mi się wstawić pozostałe części:)

horsefan

niedziela, 17 maja 2015

Lwów według horsefana #0 - Pierwsze wrażenia...

Privit! - tak dzisiaj Was witam w języku naszych wschodnich sąsiadów:)

Otóż, zacny ludu Polski i nie tylko, dzisiaj zapowiadam oficjalnie, że będę Wam opowiadać o mojej podróży do Lwowa w formie serii postów. Będzie dużo zdjęć, śmiechu, ale też niewygodnych faktów, które należy poruszać.
Zanim rozpocznę, pragnę jeszcze dodać, że ta wycieczka to było w sumie coś niespodziewanego. Oryginalnie, szkoła zorganizowała wypad na majówkę (i matury, oczywiście) na Jurę Krakowsko-Częstochowską, jednak ze względu na fakt, że bywam tam dość często, uznałam, że nie ma to sensu. Pewnego miłego wieczoru mama się jednak do mnie zwróciła:
- Słyszałam, że jest jakaś wycieczka na Jurę. A jadą tam twoje koleżanki?
- Eee... tak. - palnęłam z pełnymi ustami.
- To dlaczego nic mi nie mówisz?
Wyjaśniłam jej, mówiąc to, co opisałam Wam na początku.
- A może jednak warto by pojechać? Napiszę do twojego wychowawcy, dobrze?
Nie byłam jednak pewna, co mianowicie mój zacny wychowawca zamierza odpowiedzieć. I w końcu się okazało, że autokar i wszystkie pokoje są zajęte.
Oraz z góry przepraszam, że zaczynam to tak późno. (Life is brutal and full of zasadzkas.)


* * *
Źródło: Wikipedia

Kiedy wychodziłam z samolotu, zobaczyłam ogromny, nowoczesny gmach ze szkła. Od razu człowiek ma przed oczami na widok czegoś takiego tłumy ludzi. Natomiast poza nami nie było innego samolotu. 
Zacznijmy od tego, że wśród pasażerów narodowości polskiej ja i moi rodzice byliśmy chyba jedyni. Właściwie, to czułam się otoczona; widziałam ogromną ilość ludzi z ukraińskimi paszportami i tylko jedną Mulatkę z amerykańskim. 
Czyżby nasi stchórzyli? Tego zaczynałam się obawiać.
Akurat facet w okienku przy kontroli zawołał, że następni pasażerowie mogą przyjść.
Podeszłam z mamą; strażnik zlustrował nas wzrokiem. Na widok orłów na paszportach od razu zapytał (i to po polsku!):
- Panie razem?
- Tak - odparła mama bez wyrazu na twarzy.
Otworzył książeczki i zaczął spoglądać - to na zdjęcie, to na mamę.
- Pani... Beata, tak? - z trudem wymówił imię.
Moja matka pokręciła lekko głową.
- I... - zerknął na mnie. - ...panna Sofija Marija?
- Tak.
- Jaki cel podróży? - ponownie spojrzał w stronę mojej rodzicielki.
Jej twarz natomiast przybrała lekko zdziwiony wyraz.
- Turystyczny - odpowiedziała po chwili, niepewnie akcentując.
Strażnik od razu uniósł jedną brew.
- Do Lwowa?
Jego pytanie nie doczekało się odpowiedzi. Oddał nam paszporty i spokojnie ruszyliśmy odebrać nasze bagaże.
Po chwili, gdy kierowca przysłany z hotelu zapakował nas do samochodu, wiedziałam, że ta podróż to nie będzie zwykły rodzinny wyjazd...

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Najstarsza książka na mojej półce

Witajcie zacni Czytelnicy!

Dzisiaj trochę historycznie... zacznijmy od tego, że w ten czwartek wybieram się za wschodnią granicę, do Lwowa. Jednym z licznych powodów, dla których się tam właśnie wybieram jest to, co widzicie w temacie tego posta.
Krótki wstęp był, a teraz jedźmy z tym koksem.

*
Pachnie kurzem, czyli zapewne jest domem dla miliardów roztoczy. Kiedy ją czytam, łzawią mi oczy i kicham co kilka minut, jeśli nie sekund. Ale nie mogę się oderwać. Przewracam sztywne kartki, oglądam obrazki, czytam te akapity, które uznaję za ciekawe. 
Trudno się ją czyta i myśli, ile to ludzi miało już ją w rękach. Sądząc po roku wydania, pewnie już część z nich już nie żyje. A ilu mogło zginąć od jakiejś broni...



Sierpień 2014 (tak, to wtedy ona trafiła po raz pierwszy do moich rąk)

Jarmark Dominikański powoli się kończył. Wokoło było pełno ludzi i rozłożonych kramów. Jaka szkoda, że nie jest to już ten sam, na swój sposób magiczny jarmark, który ściągał tłumy z całej Rzeczpospolitej i reszty Europy. Dzisiaj to tylko tani sposób na szybkie zarobienie pieniędzy. Nawet pchli targ jest wypchany po brzegi okropnymi tandetami. Na jednym z namiotów wisiała nawet tabliczka "Tanie Antyki" - tylko jak antyki, ekhem, mogą być tanie?
Był wieczór, od Motławy wiał chłodny, przyjemny wiaterek (nie licząc faktu, że nieźle capił... kanałami). Kręciłam się w okolicy z wujkiem i kuzynką z Krakowa, którym auto się w drodze domu zepsuło i się u nas na jeden dzień zatrzymali. Dodatkowo, towarzyszyła nam jeszcze moja mama.
Robiliśmy to, co robią typowi turyści i (nie)turyści na jarmarku; oglądaliśmy, zjedliśmy po kanapce ze smalcem z okolicznego kramu, jeszcze raz oglądaliśmy i zastanawialiśmy się nad kupnem. W ostateczności jednak albo stwierdzaliśmy, że przedmiot, który chcieliśmy nabyć jest tandetną podróbą, albo odstraszała nas cena.
Jednak idąc w okolicach słynnego Żurawia, natknęliśmy się na antykwariat. Ot tak, wciśnięty nieco w kamienicę, pomiędzy kramami z bursztynową biżuterią i pamiątkami. Zaczęliśmy przeglądać; kilka starych płyt, gazet i czasopism z czasów PRL-u i jeszcze starsze encyklopedie.
Moja kuzynka była wniebowzięta; po pogrzebaniu nieco w górze gratów wystawionej na widok publiczny, stwierdziła, że chce pierwszy tom jakiejś encyklopedii medycznej, bodajże z lat pięćdziesiątych.
- Tata, a mogę ją sobie kupić? - zapytała Anka, robiąc minę niewiniątka. Trochę to dziwnie, zważając na również na fakt, że Ania we wrześniu miała iść do pierwszej liceum i - jakby to ujęła nasza babcia - to już nam trochę nie wypada.
A tata Anki z początku marudził; że na pociąg im nie starczy, a jak zostanie, to nie będą mieli na jedzenie itp. itd. W końcu jednak udało się jej przekonać ojca na zakup, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie w drodze żadnych zachcianek.
A ja co? Dalej oglądałam. I zobaczyłam tę książkę. Znajdowała się na stercie wewnątrz sklepu (a może to na nią sprzedawczyni pokazała? już nie pamiętam...). Była bardziej posklejana od reszty, bardziej sztywna i wyniszczona. Zajrzałam na początek i...


...moim oczom ukazał się wyraźny napis:
"Złożono i odbito w drukarni Jana Żydaczewskiego we Lwowie; opracowano graficznie w państwowym wydawnictwie książek szkolnych we Lwowie; roboty introligatorskie wykonał zakład J. Legeżyńskiego we Lwowie..."
A na samym dole kolejna niespodzianka. Rok wydania to... 1938.
"Nie, to musi być sen" - wymamrotałam do siebie w głowie. Bo to przecież w moim odczuciu było niemożliwe. A jednak działo się naprawdę.




Od razy jej zapragnęłam. Spytałam się mamy, czy to znajduje się w naszych możliwościach finansowych. Cóż, ujmę to tak, że po kilku prośbach o obniżenie ceny (sprzedawczyni była nader nieugięta) kupiliśmy ją za ponad dwieście złotych. Ale było warto.

Ups, trochę się niewyraźnie wyszło;(
Ogólnie, książka jest napisana dość - jak na moje kryteria - poetyckim językiem, wyjawiającym wyższe wykształcenie autorki. Czasem mnie bawi, czasem dziwi... ogółem, ciekawe źródło informacji.
Oto jeden z fragmentów ze str. 93:
"Rozmowa nie powinna być zbyt hałaśliwa i krzykliwa. Śmiech zbyt głośny nie powinien strącać obrazów ze ścian. [...] Wpadać komuś w słowa, przerywać, narzucać się z anegdotkami, gdy widzimy wokół niewątpliwą do nich niechęć, popisywanie się - bez wyraźnego zaproszenia - jakimiś sztuczkami - są to rzeczy, które muszą być wykluczone w obcowaniu z ludźmi. [...]"
(Znalazłam go przez dosłowny przypadek, przerzucając strony w trakcie pisania tego posta.)



Podobają mi się także ilustracje. Nie wiem czemu, ale kojarzą mi się z jakąś ryciną czy stylizowanym na nią przestarzałym komiksem.


Strony nieco wyniszczone, eh...

Najbardziej w tej książce urzeka mnie to, o czym wspomniałam na początku; za każdym razem, kiedy trzymam ją w ręku, zachodzę w głowę, ile ludzi ją przede mną czytało czy miało na własność. Czy jeszcze żyją, czy już zdążyli pożegnać się z tym światem? Czy naprawdę ludzie - jeszcze przecież stosunkowo niedawno - rzeczywiście się zachowywali tak, jak to jest opisane w tej książce?
Jakim cudem ona przetrwała II Wojnę Światową? (Wiem, to ostatnie brzmi absurdalnie, ale to właśnie mnie w niej interesuje.)

Cóż, niedługo wyprawa do Lwowa! Spodziewajcie się zdjęć i opisów wyprawy!

Pozdrawiam 

horsefan

Szóstka Wron.