środa, 25 maja 2016

horsefan na pięknej Wileńszczyźnie w XVII wieku, czyli o powieści "Silva rerum" słów kilka

Wiecie, co najbardziej uwielbiam w podróżach?
Kiedy mogę zabrać ze sobą książkę, której akcja dzieje się w miejscu, do którego się udaję. Jak na razie zrobiłam tak tylko jeden raz, ale wiem, że nie będzie to ostatni.

No, bo wyobraź sobie, że chodzisz tymi samymi ulicami, co bohaterowie. Oddychasz tym samym powietrzem, co oni. Kto wie, może nawet znajdujesz dom, w którym mogliby mieszkać, gdyby ich historia wydarzyłaby się naprawdę...
Tak właśnie się czułam, czytając książkę litewskiej autorki Kristiny Sabaliauskaitė, zatytułowaną Silva rerum.

Źródło: WeHeartIt
A tak na marginesie, zetknęliście się kiedyś z literaturą litewską? Ostatnio naszła mnie taka refleksja, że w sumie, to dużo u nas literatury amerykańskiej, brytyjskiej, skandynawskiej, są jakieś niedobitki z Francji, Włoch czy Niemiec, ale tak po za tym to klapa. (Chodzi mi oczywiście o takie książki, które zdobywają jakąś tam większą popularność, a nie przechodzą bez echa.)
Nie przypominam sobie, w jaki sposób dowiedziałam się o istnieniu Silvy..., ale pamiętam, że miało to miejsce gdzieś tak w listopadzie zeszłego roku (uwierzycie, że dwa miesiące wcześniej autorka była w Gdańsku i ja nic o tym nie wiedziałam? No co za ironia losu...). Od razu przyciągnął mnie łaciński tytuł oraz okładka - praktycznie biała, z barokowymi rzeźbami o dziwnych wyrazach twarzy. Pomyślałam sobie, że w sumie mogłabym to przeczytać i na szkolne mikołajki poprosiłam mojego Mikołaja - bo u nas w szkole się losuje, kto ci prezent kupi - o właśnie tę książkę. Mój Mikołaj, a właściwie Panna M., z którą od roku dzieliłam szkolną szafkę, wywiązał się z zadania, po czym spytał, czy pożyczyć by nie mógł, bo w sumie opis z tyłu taki interesujący...
Opis, fakt faktem - interesujący. Ale faktem jest również to, że lektura musiała sobie trochę poleżeć na półce, tak gdzieś do końcówki kwietna, bo wtedy właśnie udałam się razem z Panią Matką na Wileńszczyznę...


Kurczę, ja tu się rozpisuję na temat mojego szarego życia, a w ogóle nie napisałam, o czym to zacne dzieło w ogóle jest!

"Silva rerum" opowiada o rodzinie Narwojszów. Powieść rozpoczyna się w 1659 roku na Wileńszczyźnie, niemalże sto lat po podpisaniu Unii Lubelskiej, proklamującej Rzeczypospolitą Obojga Narodów. Wilno podnosi się ze strasznego kataklizmu po najeździe Kozaków. Wbrew oczekiwaniom jednak Silva rerum nie jest książką, w której wydarzenia i postaci historyczne odgrywają pierwszoplanową rolę. Historia to tylko tło dla przedstawienia losów rodziny Narwojszów ze Żmudzi. Rolę głowy rodu pełni Jan Maciej, szlachcic, erudyta, z zamiłowania przyrodnik. Jego żoną i matką ich dwojga dzieci – Urszuli i Kazimierza – jest Elżbieta. Urszula postanawia pójść do klasztoru i oddać się Bogu, Kazimierz natomiast poszukuje swojego miejsca na świecie poprzez przygodę z wolnomyślicielami, aż po decyzję o zostaniu prawnikiem. Istotną rolę w książce odgrywa również Jan Kirdej  Biront – szlachcic cudem ocalały z kozackiego pogromu…
(To fragment szkolnego wypracowania, możecie całą recenzję znaleźć na tym blogu.)

Opis w sumie nie do końca typowy jak na współczesną powieść historyczną, co nie? Pozycja, przez to, że nawiązuje do czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, najpierw wywołała na Litwie kontrowersje, by za chwilę stać się bestsellerem i Książką Roku 2009. Za powieść autorka otrzymała nawet najwyższą literacką nagrodę za obraz Wilna w literaturze - świętego Krzysztofa.
Znalazłam nawet w internecie artykuł, którego autor pisze, że ta książka właściwie to nie miała prawa stać się bestsellerem - przecież ona ma łaciński tytuł, to powieść historyczna, tekst składa się z bardzo długich zdań (serio, najdłuższe z nich ma ponad 2,5 strony!), do tego dochodzi brak dialogów...
Co zatem jest w niej tak niezwykłego, że stało się to, co opisałam?
Z pewnością wiele czynników miało na to wpływ. Ja, osobiście, muszę przyznać, że ostatni raz, kiedy postaci stanęły mi jak żywe przed oczami miałam czytając rodzimą wiedźmińską sagę. Autorka bardzo dba  nie tylko o szczegóły związane z realiami, w których osadziła swoje dzieło, ale również z kreacją postaci. Do tego dochodzi jej styl pisania, czyli już wcześniej wspomniane długie zdania pełne archaizmów, które jednak - nie tak, jak było u mnie na przykład z Sienkiewiczowskim Potopem - nie zniechęciły mnie do lektury, właściwie to one ciągle zmuszały mnie, żebym jeszcze trochę sobie posiedziała i poczytała sobie dalej... a brak dialogów? Szczerze mówiąc, trochę mi zajęło przywyknięcie do tego i z początku sądziłam, że jest to swego rodzaju stylizacja, mająca naśladować powieść barokową, jednak sama autorka tłumaczy to w zupełnie inny sposób:
Kwestie językowe to jeden z powodów, dla których w moich książkach nie ma dialogów. Piszę po litewsku, a nie chciałam imitować ani tłumaczyć na litewski starowileńskiej polszczyzny. Moi bohaterowie są więc "niemym chórem", co zbliża te powieści do poetyki historii rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie w opowieściach prowadzonych w trzeciej osobie, czyli bez dialogów. (klik!)
 Barwne postaci, wiedza, jaką prezentuje autorka i język to jednak nie wszystko, co - również moim skromnym zdaniem - czyni ten skrawek literatury niezwykłym. Kristina Sabaliauskaitė sprawiła bowiem, że historia lokalna mogłaby wydarzyć się tak naprawdę wszędzie, gdyż pojawia się tutaj odwieczny wątek balansowania pomiędzy życiem a śmiercią, świętością a grzechem, pięknem a brzydotą. Wbrew pozorom, przesłanie tej historii jest dosyć proste, o czym już wspominałam w poprzedniej recenzji: w jakiejkolwiek pożodze byś nie był, przed jakąkolwiek wojną byś nie uciekał, wyboru jednej z tych wartości musisz dokonać sam i pozostaniesz za nią odpowiedzialny, tak względem siebie, jak i względem innych. 

Tak na koniec muszę również powiedzieć, że przed wyjazdem na Litwę dużo nasłuchałam się o dwóch rzeczach: o popularności i szacunku, jakim darzy się tam Kristinę Sabaliauskaitė oraz o, delikatnie rzecz ujmując, niechęci Litwinów wobec Polaków. Na miejscu przekonałam się jednak, że owa niechęć jest znacznie mniejsza, niż słyszałam w ojczyźnie i później udało mi się przeczytać w internetach, że taką zmianę zauważyła również sama autorka Silvy rerum:
Od powstania styczniowego polityka Rosji carskiej opierała się na zasadzie "divide et impera", czyli świadomego nastawiania Polaków i Litwinów przeciwko sobie. Za czasów sowieckich ta polityka była kontynuowana, a jej ślady można znaleźć do dziś dnia w litewskich podręcznikach do historii. Ale to się zmienia. Powody do optymizmu daje działalność naukowa, jest więcej wspólnych konferencji, projektów i badań, co daje szansę porozumienia w spojrzeniu na wspólną historię. Ten pewnego rodzaju litewski brak szacunku dla historii, wypieranie faktów, zmienia się na naszych oczach.
Obserwuję to w reakcjach na moje książki. Opisuję epokę, która w masowej świadomości Litwinów ma bardzo negatywne konotacje - w sowieckich szkołach uczono, że to było 300 lat upadku, podczas których spolonizowana szlachta przepiła państwo. Ja opisuję szlachtę pozytywnie, a jednak Litwini przyjęli i polubili moje historie. (klik!)
 *


 A tak w ogóle, to jako ciekawostkę mogę Wam podać, że wszystkie okładki z całej trylogii Silva rerum to zdjęcia fragmentów zdobień w kościele św. Piotra i Pawła w Wilnie, który sama miałam przyjemność zobaczyć. Powyżej macie ten fragment z okładki, który udało mi się znaleźć:) 

A poniżej zamieszczam dwa naprawdę interesujące wywiady z autorką:




Pozdrawiam 

horsefan

czwartek, 19 maja 2016

Powrót do świata żywych

Witojcie po... nieco dłuższej przerwie.

Dużo działo się ostatnimi czasy w życiu horsefana. Oj, dużo. Po pierwsze - horsefan udał się na majówkę na piękną Wileńszczyznę. Dobrze się bawił, najadł cepelinów (litewskich pierogów tudzież kluch z mięsem), pozwiedzał, choć żałuje, że nie został tam na dłużej. Więcej o tym horsefan zamierza napisać już wkrótce, ale jak na razie ma pewien zgrzyt w kalendarzu.
Dlaczego?
I tutaj pojawia się już drugi punkt horsefanowskiej wypowiedzi. Otóż, wyobraźcie sobie, mili państwo, że horsefana czekała tak sobie zwana akcja sprawdzająca, czyli byt ponoć służący sprawdzeniu postępu uczniów w nauce, a w rzeczywistości rozwaleniu im ocen. Po co robić test z historii, biologii i geografii z zakresu dwóch lat? Tego horsefan nigdy nie zrozumie.

Uff, ale już jest, nasza blogerka wróciła ze świata umarłych i nie zamierza tam (jak na razie) więcej wracać.

A żeby to zamanifestować, zamierza się z Wami w dokładnie tej chwili podzielić swoimi ostatnimi przeżyciami, przemyśleniami, ble, ble, ble... no, wiecie, o co chodzi.

(I przy okazji horsefan pozwoli sobie teraz na przejście do narracji pierwszoosobowej, okej?:))


Długo się zabierałam do napisania recenzji tej książki. Tak długo, że w końcu wyszło, że zapomniałam o wszystkich najważniejszych faktach, o których chciałam wspomnieć, a ja - jak to ja - wcześniej sobie ich nie zapisałam...
Mogę tylko powiedzieć, że osoby, którym do gustu przypadła pierwsza część, na pewno się nie zawiodą. Wartka akcja, różnobarwni bohaterowie, a do tego totalnie niespodziewane zakończenie... to było coś!

Źródło
Na Panią Noc czekałam rok. Nie, ponad rok, bo pierwsze zapowiedzi pojawiły się jeszcze w 2014 roku.
Pewnie więc zrozumiecie moją radość, kiedy dowiedziałam się, że pod koniec marca br (czyli niemal tuż po amerykańskiej premierze) książka trafi do księgarni. Od razu ruszyłam patrolować Empiki, a właściwie, to dzień po premierze... i szok. 1) Półki były już przeczesane przez fanki, 2) nie spodziewałam się, że to taka cegła! Kurczę, to chyba jest grubsze od Miasta Niebiańskiego Ognia!
Wkrótce później wzięłam się za lekturę. Muszę przyznać - spodziewałam się czegoś gorszego. Od wcześniej wspomnianego 6 tomu Darów Anioła myślałam, że pani Clare schodzi na psy. A tutaj takie miłe zaskoczenie... Podobało mi się to, że autorka odeszła od "tradycyjnego" schematu ona - szara myszka/on - bóg, co było bardzo wyraźnie - moim skromnym zdaniem - w Diabelskich Maszynach. Emma - dziewczyna odważna acz trochę lekkomyślna oraz Jules - wrażliwy, opiekuńczy artysta:) Co prawda, to już żaden sekret, kto tutaj jest z kim, ponieważ na długo przed premierą fani (w tym ja) robili sobie o to zakłady w internetach i nie tylko.
Jest jeszcze coś, co mi przyszło na myśli i tutaj zwracam się z pytaniem do Was - zdarzyło się Wam kiedyś, żeby Wasz umysł i umysł Waszego ulubionego autora się "zsynchronizowały"?
Mnie Emma dziwnie przypominała (i nadal przypomina) moją własną bohaterkę ze świata Nocnych Łowców - Marię, o której napisałam w tym poście. I nie chodzi mi tylko o charakter, ale również o wygląd, a dokładniej rzecz ujmując, to o kolor włosów. A poza tym - oczy Maryśki i Juliana są takie same (czyli zielononiebieskie)! Pragnę podkreślić, że Marię wymyśliłam dosłownie na parę miesięcy przez oficjalną zapowiedzą pierwszego tomu Mrocznych Intryg. No błagam... chyba jakąś teorię spiskową muszę wymyślić...

Źródło
Okej, horsefan, przepraszamy Cię, ale co to jest?
Wyobraźcie sobie, że moja pierwsza myśl była taka sama, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam okładkę. Co to za tytuł? I czemu autorka ma takie dziwne, obco brzmiące nazwisko?
Teraz wyobraźcie sobie, że ta książka miała na Litwie bodajże już 15 wznowień (!), a pierwsze wydanie  trzeciego tomu trylogii wyprzedało się w trzy dni.
Jak to możliwe, że książka o łacińskim tytule, opowiadająca o losach szlacheckiej rodziny z XVII wieku, a do tego pozbawiona dialogów stała się bestsellerem? Cóż, na to pytanie postaram się szerzej odpowiedzieć w nadchodzącej (mam taką nadzieję) recenzji. Na chwilę obecną mogę Wam powiedzieć, że autorka ogromną wagę przywiązuje do języka i do realiów, w jakich toczy się jej powieść. Historia w tej książce to tylko tło dla ukazania ludzkich dramatów z jakimi muszą się stykać bohaterowie i to jest to, co najbardziej mnie w tej książce urzekło.
A sama autorka - Kristina Sabaliauskaitė - z wykształcenia jest historykiem sztuki i obecnie mieszka w Londynie.
All I want for Christmas is you: 

Źródło


Źródło
 Dlaczego akcje musiały nadejść akurat wtedy, kiedy Ciebie czytałam, słoneczko? Dlaczego, och, dlaczego?!
Postanowiłam, że drugi tom Roku Szczura przeleży sobie nieco krócej niż pewne książki, które są na niej od dwóch lat i zaczęłam czytać... i czytać... i czytać...
...i doszłam do jednego prostego wniosku: Ryska już nie jest szmatą, którą wszyscy mogą sobie pomiatać, oj nie.  Co prawda, nadal jest głupiutka i naiwna, ale tak jakby mniej.
Melduję, że mój ukochany mąż wylosowany w Wedding Book Tag, czyli Szanowny Pan Alk Haskil nadal jest wredny jak zawsze. Ale cóż... ja też, jak zechcę, potrafię pluć jadem na prawo i lewo (choć pewnie znajdą się osoby temu zaprzeczające), więc z Alkiem bylibyśmy całkiem udanym małżeństwem, czyli takim, które nie znosi 99,99% populacji.
A tak nieco z innej beczki: słyszeliście już, że wydawnictwo Papierowy Księżyc zamierza wznowić pierwszą powieść Olgi Gromyko Zawód: Wiedźma? Okładka już się znalazła w sieci, ale daty premiery jeszcze nie ma...
Źródło
I co o niej myślicie? Słyszałam już głosy, że cukierkowa trochę...

A teraz, kochani, czas na muzykę
W przybliżeniu, to na jeden kawałek, którego słucham już od paru miesięcy. 
Nadal mi się nie znudził i nic nie wskazuje na to, by miało to miejsce w najbliższej przyszłości. 


To wideo powyżej, to nie jest to, którego szukałam, ale piosenka się zgadza. 
Link do tego-które-wstawić-chciałam-ale-nie-mogłam:  

I takim oto muzycznym akcentem kończę dzisiejszego posta:) 

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 27 kwietnia 2016

Opowiadanko #4

„Ten śledź w kapturze pana Błazenki to był zły pomysł. Bardzo, bardzo zły” – powtarzałam sobie w myślach, idąc na wieczorną wartę na zewnątrz, dokładniej to w kierunku smoczej jaskini.
Co ja w  ogóle myślałam, kiedy przyszło mi to do głowy? A może należałoby myśleć nie co, ale czy w ogóle miałam cokolwiek sensownego w mózgu?
Hm, chyba wychodzi jednak na to, że nie. Trudno, jak to mówiła babcia Esterka. Każdy okres w życiu człowieka (lub wiedźmy, w moim przypadku) rządzi się swoimi prawami. Okres dojrzewania również.
Z resztą, co ja mam się martwić? To nie mój pierwszy raz na warcie. Z Geraltem (tak, wiem – nazwaliśmy smoka na cześć tego legendarnego wiedźmina. Super, co?) jesteśmy za pan brat. W sumie, to mogłam trafić gorzej. Mogłam skończyć jak Bogdasz z trzeciej klasy, który za zaczarowanie kosiarki musiał czyścić toaletę. Bez użycia magii i żadnych narzędzi. I do tego gołymi rękoma. Brrr.
Kiedy wyszłam na zewnątrz, była już dziesiąta wieczór. Smocza jaskinia znajdowała się na samym wejściu do ogrodów. Geralt musiał ich strzec co noc, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy jakiś złodziej by się włamał w celu kradzieży cennych roślin. Pojawienie się ucznia miałoby pozwolić mu na chwilę odpocząć, ponieważ w trakcie dnia również bywał zajęty. (Biedak służył jako królik doświadczalny dla uczniów, którzy za swoją specjalizację wybrali smokologię.)
- Co tam? – odezwałam się do gada, który akurat raczył wychylić łeb na zewnątrz swojej kryjówki.
- Oho, i kogo ja tu widzę! – uradował się smok. – Panienka Żywienka… który to już raz w tym miesiącu? Trzeci?
- Czwarty – przyznałam niechętnie. – Zapomniałeś już, jak przez przypadek podpaliłam gobelin na ścianie moją kulą ognia?
- To na lekcji kontroli żywiołów, jeśli się nie mylę? – Geralt uniósł lekko swoją „brew”.
Potaknęłam głową.
- No, to w takim razie czeka cię długa noc. – ziewnął głośno, co w jego smoczym przypadku wyglądało naprawdę spektakularnie. – Dobranoc, panienko Żywienko.
W chwili, kiedy usłyszałam pierwsze chrapnięcie Geralta, zaczęłam rozstawiać cały mój majdan, począwszy od ulubionego kocyka, a skończywszy na moich notatkach i czajniku z herbatą. Za parę dni miałam przystąpić do ważnego egzaminu, więc wolałam się teraz pouczyć, niż nic nie robić. 


Źródło

Kiedy akurat przeglądałam podręcznik od magii praktycznej, usłyszałam dziwny szmer. Z początku miałam trudności z określeniem, skąd pochodził, ponieważ wcześniej wypiłam własnoręcznie przyrządzony eliksir na wyczulenie zmysłów. Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że ktoś (lub coś) może się zbliżać od strony szkoły. Może to był któryś z nauczycieli? Z doświadczenia wiedziałam, że o każdej porze dnia i nocy można było tu spotkać któregoś z alchemików.
„…a co jeśli to nie alchemik?” – moja intuicja, jak zwykle, odezwała się w najmniej oczekiwanym momencie.
Postanowiłam jej posłuchać, więc na wszelki wypadek przygotowałam sobie moją laskę magiczną do obrony.  
Przez jakiś czas nic się nie działo. Nadal się uczyłam, a Geralt smacznie sobie spał, mieniąc się w blasku księżyca.
„Może to tylko mi się wydawało?” – pomyślałam. – „Skoro smok niczego nie usłyszał… a przecież smoki mają bardzo dobry słuch…”
Niespodziewanie poczułam, jak coś unosi mnie do góry. Nim się obejrzałam, leżałam pod ścianą jaskini. Bolały mnie głównie plecy i kark, tak mocno, że przez chwilę się bałam, że jakaś kość się we mnie złamała. Gdy jednak wstałam, zrozumiałam, że jeszcze jestem w jednym, solidnym kawałku.
Następnie przyjrzałam się okolicy. Już pomijam to, że moje notatki i podręczniki totalnie się rozleciały, a herbata wylała się na trawę. W okolicy dało się czuć czyjąś obecność, ale nie mogłam dokładnie określić, gdzie ów delikwent się znajdował. Dziwne... zanim zostałam rzucona o ścianę, niczego takiego nie czułam.
- Geralt – syknęłam do smoka. – Geralt! Wstawaj! Alarm!
By go jeszcze bardziej rozbudzić, pociągnęłam za jego nozdrza, wiedząc, jak bardzo tego nie znosił.
Nic. Zero reakcji.
W tamtej chwili wyczułam pewien dziwny zapach unoszący się wokół smoka. Wysiliłam swoje szare komórki i doszłam do wniosku, że to środek nasenny.
„Oczywiście, głupia babo.” – skarciłam się. – „Przecież on choruje na bezsenność, zapomniałaś?”
A więc z tajemniczym Ktosiem musiałam poradzić sobie sama.
Długo czekać nie musiałam. Od razu coś przemknęło mi przed nosem z dużą prędkością, wysyłając do tego atak. Wcześniej zdołałam obudować wokół siebie magiczną tarczę, więc bez trudu się obroniłam.
Skup  się… on tu gdzieś na pewno jest…
…on tu gdzieś…
…na pewno…
- Au! – wrzasnęłam. Ból głowy zaczął się rozpływać po całym ciele. Obraz przed oczami zaczął się zamazywać.
- Nie… uda ci… się – wymamrotałam, a potem wszystko stało się czarne. 

*

- …myśli pan, że wyzdrowieje?
- Powinna. Jest wystarczająco silna.
- …a może jednak umarła?
- Bogdasz! Przestań pleść głupstwa!
- Co… co się stało? – wymamrotałam tak niewyraźnie, że ledwie poznałam własny głos. Światło lampy okropnie raziło mnie w oczy.
- Żyje! – rozpoznałam głos mojej współlokatorki,Velleny. - Widzisz, Bogdasz, wygrałam zakład! Dawaj moje 50 renów!
- Panno Allderburn, proszę o ciszę.
To był pan Błazenka, ten sam, któremu wsadziłam śledzia do kaptura od szaty. Siedział na krześle po prawej… mojego łóżka.
Chwila, jak ja tu się znalazłam?! Zaczęłam się gorączkowo rozglądać po sali…
…szpital. Trafiłam do szkolnego szpitala. Po prostu bomba.
- Wyjdźcie. Muszę uzgodnić pewną sprawę z panną Vressin.
Wśród tłumu uczniów dało się słyszeć pomruki niezadowolenia. Kilka sekund później w pomieszczeniu byłam tylko ja i mój brodaty nauczyciel od nauk przyrodniczych.
- Ktoś włamał się do ogrodów… i zerwał jeden z naszych najcenniejszych kwiatów. Ta roślina kwitnie raz na dziesięć lat, dlatego jest taka cenna…
- I co? Zawaliłam?
- Drogie dziecko – pan Błazenka popatrzył mi głęboko w oczy. – To nie jest kwestia tego, czy zawaliłaś czy nie zawaliłaś, to nie twoja wina, wiemy, że Geralt zasnął i nie mógł ci pomóc.
- O co w takim razie chodzi?
- O to, że ktoś teraz musi odzyskać ten kwiat. Razem z radą pedagogiczną stwierdziliśmy, że najlepiej będzie, jeśli na poszukiwanie wyruszy piątka naszych najbardziej uzdolnionych i doświadczonych uczniów…
Przełknęłam ślinę. Zdecydowanie nie podobało mi się to, co mówił mój wykładowca.
- …i pierwszą wybraną osobą do tej drużyny jesteś ty.

* * *

 No, czas na kolejne opowiadanie na Kreatywne Spojrzenie
Tym razem moją inspiracją była seria o wiedźmie Wolsze Rednej autorstwa jakże często wspominanej Olgi Gromyko oraz po części była to również  nasza rodzima wiedźmińska saga. 
Mam nadzieję, że kolejne pseudodzieło mojego autorstwa przypadnie Wam do gustu. Tym razem udało mi się nawet znaleźć do niej jakąś ilustrację (jej autorem jest hiszpański artysta Luis Royo).
Aha, i nie pytajcie mnie, skąd wziął się u mnie pomysł na tak dziwne nazwisko dla bohaterki jak Żywia* Vressin. Po prostu miałam taki pomysł i już:P

* najprawdopodobniej imię słowiańskiego bóstwa życia. 

Pozdrawiam 

horsefan

PS Już jakiś czas temu ruszył u mnie pewien szkolny projekt, a mianowicie jest to blog krytycznoliteracki, na który ja i moje koleżanki z fakultetu wstawiamy nasze recenzje książek. 
Link: http://makulaturab.blogspot.com/

wtorek, 19 kwietnia 2016

Najpiękniejszy dzień w życiu horsefana, czyli Wedding Book Tag

Hej... Ludziki
(W sumie Olsikowa tak nazywa swoich widzów, więc czemu horsefan ma tak nie nazywać swoich czytelników?)

Już jakiś czas temu podpatrzyłam u Tutti tzw. Wedding Book Tag (nie wiem, kto dokładnie to zapoczątkował, więc nie pytajcie się mnie). Niedługo później moja koleżanka, zarówno w blogosferze i w prawdziwym życiu, Pola, zrobiła go również u siebie.
A teraz, drodzy widzowie, nadszedł czas na horsefana!

Hm, chyba jest jakaś nadzieja na to, że za trzydzieści lat nie będę wyglądać w ten sposób:

Źródło
...i nie będę musiała zamieszkać na jakimś pustkowiu na Kaukazie i dziergać swetry. Ewentualnie zajmować się uprawą arbuzów. Oh yes.

UWAGA
Niniejszy materiał, który znajduje się poniżej, może zawierać pewne spoilery. 
Czytasz na własną odpowiedzialność. 

A teraz... losowanie czas zacząć!

1. Osoba, która pomoże Ci wybrać suknię ślubną (kobieta) 

Okej. Wylosowałam Gwendolyn Shepherd z Trylogii Czasu. Gwen jest podróżniczką w czasie, więc pewnie ma szafę pełną strojów z różnych epok. Gdybym tak pokazała się w kiecce w stylu rokoko... cóż, pewnie bym zemdlała z gorąca i z samego faktu, że mam na sobie gorset, ale wyglądałabym fenomenalnie. A poza tym mój pan młody miałby szansę się wykazać. 
Nie jest tak źle.

2. Osoba, która urządzi Twój wieczór panieński (kobieta)  

Łohoho! Zaczyna się robić interesująco. 
Wylosowałam Małgorzatę z Mistrza i Małgorzaty.
Kurczę. 
Co my będziemy robić? 
Ha! Już wiem! Wieczór z literaturą klasyczną! Będziemy czytać! Deklamować wiersze! 
I napiszemy własne, niepowtarzalne opowiadanie! 
*badabum tsss*

3. Osoba podprowadzająca Cię do ołtarza (mężczyzna) 

Nie. Nie. Nie. 
To nie może być to. 
Sage z Trylogii Władzy
Dlaczego?! Sage, miałeś być moim mężem, a nie odprowadzać mnie przed jego oblicze!
Nie... nie chcę dalej... 

4. Ksiądz (mężczyzna) 

Alec Lightwood z Darów Anioła
Alec, wierzę w Ciebie! Dasz radę! 
Magnus też w Ciebie wierzy, siedzi i patrzy w pierwszej ławce! 

5. Szczęściara, czyli ta, która złapie welon (kobieta) 

Hm. Hm. Hm. 
Triss Merigold? Ty tutaj?  
W sumie to... cóż za niespodzianka! A więc - bierz kochana! 
I przestań wreszcie podkradać Geralta Yennefer, okej? 
No. Widzę, że doszłyśmy do porozumienia. 

6. Osoba, która wygłosi przemówienie (mężczyzna)

Panie i Panowie! 
Półbogowie i Śmiertelnicy! 
Oto dla państwa wystąpi: 
Percy Jackson! 
Nie no, chłopie, gratuluję ci z całego serca, naprawdę.
Co prawda, nie przypominam sobie, żebyś był dobrym mówcą, ale niech już będzie. 

7. Osoba, która zajmie się muzyką (mężczyzna) 

Nie no... wylosowałam nieboszczyka. 
Przed państwem kolejna postać z Mistrza i Małgorzaty - Michał Aleksandrowicz Berlioz! 
Cóż, drogi Michale Aleksandrowiczu, nie wiem, czy podołasz temu zadaniu, ponieważ: 
a) jesteś, no, tak jakby... trupem. Tak na marginesie... bolało, kiedy urywało ci głowę? 
b) ty chyba jesteś bardziej typem poety niż muzyka, mam rację? 
Mimo to, wierzę, że podołasz temu trudnemu zadaniu. 
Liczę na pana, panie Berlioz. 

8. Król parkietu (mężczyzna) 

Kto nie czytał piątej części cyklu Baśniobór, nie ma prawa wiedzieć, kim jest Paprot. 
A kto czytał, ten wie. 
Cóż, Paprot w roli Króla Parkietu zapowiada się całkiem ciekawie... 

9. Osoba, która wypije za dużo i wyląduje pijana pod stołem (mężczyzna) 

Mistrz Dannyl z Trylogii Czarnego Maga. Z czego, co wiem, to Mistrz Dannyl cenił sobie dobre alkohole, ale żeby od razu lądować pijany pod stołem... 
...cóż - wszystko jest możliwe. 

10. Mąż (mężczyzna) 

Wow! 
Mili państwo, oficjalnie mogę ogłosić, że moim mężem zostaje...
...szczur. 
Ale za to nie byle jaki szczur. To bogaty szczur. 
A w dodatku to szczurem on tak naprawdę nie jest. Tylko został nim... na czas nieokreślony, powiedzmy. 
A jest nim: Alk Haskil z trylogii Rok Szczura autorstwa Białorusinki Olgi Gromyko! 
Będziemy mieli mieli piękne stadko malutkich szczurzątek, a kiedy ich tata wreszcie wróci do ludzkiej to zamieszkamy w pięknej Sawrii! 

Źródło
(Mój przyszły małżonek to ten białowłosy po prawej, tak dla czytelnika wiadomości.)

Nasze dzieci będą takie urocze... (źródło: WeHeartIt) 


I tym oto optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy post. 
Żegnam państwa. 
horsefan















piątek, 15 kwietnia 2016

Komunizm, walka o wolność, Żołnierze Wyklęci - czyli parę słów o "Historii Roja"

Okej, okej.

Zacznijmy od tego, że od dawna chciałam napisać ten post, ale przez szkołę ciągle nie udawało mi się tego zrobić. Ale już dziś, drodzy państwo poznacie moją opinię na temat... *rytmiczne uderzenia bębnów*
...filmu Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać.
Kurczę, jak dawno nie zrecenzowałam żadnego filmu! Ostatnim razem było Miasto '44, kto czytał recenzję, to wie, że szczególną fanką tej produkcji nie jestem, a tak dokładniej to z chęcią bym twórcy zrobiła... no właśnie, co? Hm, na pewno byłoby to coś takiego, po czym Janowi Komasie odechciałoby się kręcić filmy, bo Miasto '44 to... nie. Szkoda słów. Po prostu szkoda, i tyle.

* * *

I teraz, jak na ironię, znów wzięłam na warsztat film o tematyce związanej z patriotyzmem i walką o niepodległość.
Szczerze mówiąc, nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego filmu. Przed jego obejrzeniem zajrzałam do jednej, może dwóch recenzji. Ale i tak przed ostatecznym pójściem na seans, o wszystkim, co w nich było napisane, zdążyłam  zapomnieć...

Źródło

Sala kinowa. Prawie pusta. Gdzieś dalej siedzi moja nauczycielka od plastyki, którą spotkałam przed wejściem. Obok mnie - moja mama. Cisza. No, prawie. Powiedzmy, że cisza się zaczęła wraz z końcem reklam.
W końcu film się zaczyna.
I przez całe dwie i pół godziny siedziałam wmurowana w fotel i kilka godzin po seansie próbowałam uporządkować sprzeczne uczucia. To, co teraz piszę, jest także próbą ich uporządkowania.

Film opowiada historię, jak wynika z tytułu, Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja", żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych, urodzonego i walczącego na Mazowszu. Znana mi historia jego życia potwierdza to, że "Rój" był niezłomnym żołnierzem walczącym o niepodległą Polskę. Bohaterem. Niewielu Polaków zasługuje na to określenie bardziej niż on.
Czy autorzy filmu udźwignęli brzemię jego bohaterstwa? O kimś takim, jak "Rój" trzeba opowiadać subtelnie. Bez patosu, ale i niezwyczajnie, oddając cześć wszystkiemu, czym był i w co wierzył, ale bez zbędnej wzniosłości. Tak jak głęboko uważam, że "Rój" zasługuje na pięknie opowiedzianą historię, to niestety ten film jeszcze nią nie jest, choć w sumie dobrze, że powstał.

Kilka szczegółów:

Aktorzy i grane przez nich postacie

a)  Jeśli chodzi o aktora odtwarzającego tytułowego Roja, to tutaj jestem zawiedziona. Zdecydowanie nie był w stanie udźwignąć roli, miało być świetnie, a wyszło jak zawsze. Czyli po prostu nijako; płasko, beznamiętnie, jakoś tak sztubacko - bez wiary, bez pasji... Brakowało mi tego ognia, który musiał mieć "Rój". Nie można walczyć i umierać dla idei, której ślubowało się wierność bez wiary przenoszącej góry. Krzysztofowi Zalewskiemu-Brejdygantowi brakowało i ognia, i wiary, i idei.
b) W żadnym wypadku nie można tego powiedzieć o filmowym adwersarzu "Roja" - Wyszomirskim. W życiu Mieczysława Dziemieszkiewicza trudno szukać takiej postaci, zapewne zatem reżyser wymyślił ją w celu spersonifikowania przeciwnika "Roja". I rzeczywiście - Wyszomirski to zło wcielone i świnia skończona (bez urazy dla świń). Można było różnie zagrać tę postać. Piotr Nowak nie zostawił miejsca na półcienie. Jego Wyszomirski jest jednoznacznie zły. Nawet sowiecki oficer wódki by z nim nie wypił. O przyzwoitych ludziach nie wspominając - ci nawet nie chcieliby oddychać powietrzem tym samym, co on. A jednak od kreacji Piotra Nowaka wzroku oderwać nie można i to on dużo bardziej aniżeli Zalewski-Brejdygant przyciąga uwagę widza. Jest krwisty, spocony, a jak gra pijanego, to aż się czuje wódkę.
Może rzeczywiście łatwiej jest zagrać czarny charakter? Chyba jednak nie, tym bardziej, że Piotr Nowak swoją postać również sprowadził do jednego wymiaru. Kata pozbawionego sumienia. 
Dodatkowo tezie tej zaprzecza rola Jerzego Światłonia.
c) Chorąży Józef Kozłowski ps. "Las" to postać pozytywna, a jednocześnie świetnie zagrana. Światłoń umiejętnie pokazał, jak w świadomości Kozłowskiego konfrontują się wszystkie idee niepodległej Polski, którym przysięgał wierność z miłością, troską i strachem o najbliższych: o żonę, dzieci, przyjaciół. Jemu wybór idei nie przychodzi łatwo, ale tylko takiego wyboru dokonuje i płaci za niego najwyższą cenę. Jest to na pewno postać niejednoznaczna, "Las" upada na kolana i wstaje, upada i walczy.


Reszta, czyli...

W kwestiach technicznych montaż wypada słabo. Opowiadanej historii brakuje: dynamiki, spójności, fabuła momentami się rwie. Momentami można odnieść wrażenie, że reżyser składa w jakiejś sekwencji mniej lub bardziej przypadkowej niekoniecznie dobrze powiązane ze sobą sceny.          
Mam też wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować na stylistykę swojej opowieści, bo czym miał być ten film? Filmem akcji? Biografią? Filmem społecznie zaangażowanym? Na te pytania reżyser Jerzy Zalewski powinien był odpowiedzieć przed pierwszym klapsem: "akcja".  Tymczasem odnosi się wrażenie, że albo nie zadał tego pytania w ogóle albo zadawał je sobie przed każdą kręconą sceną i za każdym inaczej na nie odpowiadał. Efekt widać na ekranach. Stylistyczny chaos. \
Ścieżki dźwiękowej nie pamiętam, ale to może oznaczać, że raczej filmowi pomagała, zamiast odwrotnie.

Podsumowując

Pomimo tego, że napisałam tyle krytycznych słów na temat filmu Jerzego Zalewskiego, to mimo wszystko uważam, że bardzo dobrze, że powstał i że jeśli tylko możecie, to koniecznie obejrzyjcie ten film. Być może wtedy - bez względu na to, z jakiego powodu: czy to dlatego, że film się wam spodoba lub tak bardzo nie spodoba - sięgniecie do innych źródeł wiedzy o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu i innych Żołnierzach Wyklętych.
Bo pamięć o nich jesteśmy przecież im winni.

Obejrzyjcie zatem ten film.

sobota, 9 kwietnia 2016

A co, gdyby wszystkie bajkowe postaci chodziły do szkoły?

Witam, witam, witam.
 (W sumie, to nie wiem, czemu witam się trzy razy, ale niech już będzie.)
Trochę mnie tu nie było, co? Cóż, na tzw. okres przedmajówkowy przypadają u mnie w szkole terminy zaliczania i poprawek wszelkiej maści, więc mam lekkie opóźnienie.

No, ale żeby  nie marnować (właśnie czego? czasu? no nie wiem, może miejsca...), przejdźmy do tematu posta.
Wszyscy w dzieciństwie czytaliśmy/słyszeliśmy jakieś bajki. Kto z nas nie marzył być herosem, ratować świat, przeżywać przygody lub - jak wiele nieporadnych osobników płci pięknej - być uratowaną przez księcia? Niestety lub stety, wszyscy pewnie również prędzej czy później zetknęliśmy się z szarą rzeczywistością i szybko zapomnieć o marzeniach z dzieciństwa.

A co gdyby... jednak wasze marzenie się spełniło? 

Taką historię przedstawia właśnie książka Somana Chainaniego pt.: Akademia Dobra i Zła.


Z położonego w bezkresnej puszczy miasteczka Gawalon co roku znika dwójka dzieci. Pogłoska głosi, że
dwójka trafia do niezwykłej Akademii Dobra i Zła, w której dzieci uczą się jak być bohaterami lub złoczyńcami...
Główne bohaterki, Sofia i Agata, pomimo, że są zupełnie różne, są najlepszymi przyjaciółkami. Sofia od małej marzy, żeby zostać księżniczką i spotkać księcia z bajki, Agata zaś ze swoimi dziwactwami i nienawiścią do otoczenia byłaby idealnym materiałem na wiedźmę.
Jednak w dniu, kiedy po raz kolejny od dwustu lat tajemniczy Dyrektor Akademii porywa dziewczynki, dochodzi do pomyłki. Sofia ląduje wśród wiedźm, wilkołaków i złych czarowników, a Agata nagle jest zmuszona stosować się do zasad etykiety i nosić różową sukienkę. Bohaterki od razu podejmują się działania mające na celu naprawę pomyłki Dyrektora...
...pomyłki? A może to wszystko ma na celu pokazać, jakie w rzeczywistości są Sofia i Agata?

Pomysł na historię może wydawać się banalny, a w dodatku nie do końca oryginalny - zakładam, że nie bez powodu książka pana Chainaniego jest polecana fankom Rywalek (których co prawda nie przeczytałam, ale od osób o guście literackim podobnym do mojego słyszałam, że raczej by mi się to nie spodobało).
Dlaczego więc sięgnęłam po tę książkę? Nie licząc tego, że przeleżała u mnie z rok...  Jak już wspominałam, uwielbiam baśnie, a rzekoma bajkowość książki przywodziła mi na myśl ukochany Baśniobór.


Kiedy ostatecznie wzięłam się za lekturę, pojawiła się u mnie również łezka w oku, ponieważ poczucie humoru autora przypomniało mi stare, dobre czasy, kiedy czytywałam serię o Percy'm Jacksonie.
Ogółem, po tekście widać, że pan Chainani odwalił kawał dobrej roboty. Czytając w ogóle się nie nudziłam, zawsze coś się działo.
Co więcej, spodobała mi się kreacja postaci - każdy jest inny, a już na pewno Sofia i Agata. Aga - z początku typ emo racjonalistki (o ile można tak powiedzieć), a Sofia to zdecydowanie jest zadufaną w sobie, uwielbiającą się stroić i malować panienką. Tak się akurat złożyło, że kiedy czytałam tę książkę, od czasu do czasu zaglądałam również do innej, tym razem o psychologii - Biegnącej z wilkami. Miało to w jakiś sposób wpływ na to, jak odebrałam Akademię..., gdyż przeczytałam rozdział o dwoistości kobiecej natury i wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Dlaczego właściwie Sofia i Agata tak bardzo nie chcą ze sobą rozstawać? A właściwie, to która jest tą Dobrą, a która tą Złą?

Po jakimś czasie stwierdziłam, że autor, mniej lub bardziej świadomie, pokazał dwoistość dobra i zła. Jedno bez drugiego nie ma sensu, a taka jest właśnie jest relacja pomiędzy głównymi bohaterkami, które pomimo różnic - nie mogą bez siebie żyć.

A świat? Jest w końcu taki "zgapiony" czy jednak jest taki jeden jedyny w swoim rodzaju?
Cóż, w tej chwili horsefan może wam powiedzieć, że ma ogromny podziw dla wyobraźni autora.Niby pomysł magicznej szkoły znamy od dawna, ale Soman Chainani postarał się, żeby od razu po przeczytaniu książki czytelnik nie myślał tylko i wyłącznie o Hogwarcie z serii o Harry'm Potterze.

Co jeszcze mogę z siebie na ten temat "wycisnąć"?
Hm, na końcu zawsze wspominam coś o wadach... czy ta książka w ogóle jakieś ma? Niech no pomyślę...
Może ujmę to tak: nie jest to lektura, która każdemu może przypaść do gustu. Teoretycznie jest to książka dla dzieci, ale pewien podtekst na stronie-nie-pamiętam-której ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z młodzieżówką. Po drugie - jeśli lubisz czytać o wielkich heroinach i wkurzają cię typowe plastikowe panienki, to wątpię, czy polubisz Sofię. W sumie, to ja też nie przepadam za tego typu postaciami, dodatkowo ugodziło mnie w serce to, że jest ona moją imienniczką i ma taki sam kolor włosów i oczu co ja. Ale wiecie co? Postanowiłam zdystansować się nieco do pewnych jej zachowań (czytaj: tych głupszych i bezsensownych), niektóre można nawet uznać za zabawne:)

Podsumowując, Akademia Dobra i Zła jest całkiem niezłą lekturą na parę wieczorów, więc jeśli chcecie przeczytać ciekawego, w miarę oryginalnego i przy okazji się pośmiać, to gorąco polecam Wam tę książkę. A w szczególności radzę ją przeczytać fankom (ale fani też mogą, jak chcą) Ricka Riordana:)

Pozdrawiam

horsefan  

PS Wszystkie zdjęcia, z wyjątkiem okładki, pochodzą z WeHeartIt. 

środa, 23 marca 2016

Opowiadanko #3

Czasami myślę o Tobie.
Nie byłaś szczególnie piękna. Przeciętna, powiedziałbym. Niewysoka szatynka z brązowymi oczami. Ale kiedy się uśmiechałaś, byłaś najpiękniejsza na świecie. A przynajmniej dla mnie.
Nie miałaś łatwego życia. Krótko po odzyskaniu wolności przez Twój kraj, uciekłyście z matką i twoją małą siostrą do Anglii. Uciekłyście przed beznadziejną sytuacją materialną i ojcem-alkoholikiem. Pamiętam, kiedy mi to opowiadałaś. Jak cię bił, począwszy od chwili, kiedy skończyłaś sześć lat. O tym, jak często wracał z pracy późno, a potem brał butelkę i nic nie robił, tylko pił i krzyczał na Was.
Ale ty się nie załamałaś. Tutejszy język z początku był dla ciebie trudny, ale ty byłaś zdeterminowana i po szkole zawsze spędzałaś ponad godzinę dziennie na nauce angielskiego. Udało ci się, nauczyłaś się języka. Ponadto, opiekowałaś się swoim młodszym rodzeństwem. Starałaś się nie myśleć o problemach, tylko działaś w taki sposób, by zniknęły.
Kiedy się poznaliśmy… nigdy nie miałem przyjaciela. Do czasu kiedy poznałem Ciebie. Przez zupełny przypadek, na zawodach tenisowych. Ale teraz myślę, że to nie był przypadek – to musiało być zrządzenie losu.
Nauczyłem cię grać w tenisa. Nie było to dla Ciebie łatwe, ale ty się nie poddałaś.  W ostateczności mnie nie ograłaś, ale byłaś lepsza od wielu swoich rówieśników. Ja od Ciebie też się czegoś nauczyłem. Czytać. Ty uwielbiałaś czytać książki. Zwłaszcza kryminały. Rozwiązywać zagadkę pomiędzy stronami, dochodzić do sedna sprawy. Często przychodziłaś na nasze spotkania z książką. Czytałaś mi. Z początku były po angielsku, ale potem, kiedy sytuacja się nieco poprawiła, ściągałaś sobie książki z twojego kraju. Babcia ci je wysyłała, pamiętam, kiedy mi to powiedziałaś.
Twój język przypominał mi… szepty wiatru. Czasami mam kontakt z nim – ale w ustach innych ludzi nie brzmi tak pięknie, jak w twoich. A przynajmniej tak mi się wydaje – sądzę, że gdybyśmy się dziś spotkali, powiedziałabyś, że to dlatego, że byłem Tobą zauroczony. Nie, ja nie byłem zauroczony – ja byłem zakochany.
Zrozumiałem to dopiero w dniu, kiedy odeszłaś. To nie powinno mieć miejsca. Nie wiedziałem i do dziś nie wiem, skąd ten zabójca wiedział o Twoim istnieniu. Przez jakiś czas nawet sądziłem, że znał on Twojego ojca. A Twój ojciec nie znosił Cię za to, że mu się stawiałaś, kiedy on znęcał się nad Tobą i Twoją matką.
Ale czy to wystarczało, żeby ojciec chciał zabić własną córkę? Miałem okazję pracować przy zabójstwach, których ludzie dopuszczali się za najmniejsze błahostki.
Kiedy odeszłaś… niemal porzuciłem zawód detektywa. Ale później stwierdziłem, że ty byś mi na to nie pozwoliła. Uważałaś, że za wszelką cenę nie wolno się poddawać.
Długo sądziłem, że gdyby Bóg był z nami, to nie pozwoliłby, żebyś straciła życie tak wcześnie. Zacząłem myśleć, że On nas porzucił.
Potem, przez Watariego, skontaktowała się ze mną Twoja matka. Powiedziała mi,  że Ty nie umarłaś, że nadal jesteś z nami.  Od tamtej pory zawsze, gdziekolwiek jestem, znajduję ślady Twojej obecności. Czasami czuję się tak, jakbym widział ciebie, czytającą książkę na fotelu, zamyśloną, pełną skupienia. Wtedy sobie myślę, że gdyby było inaczej, to teraz byś była tutaj ze mną. Zamiast rozwiązywać zagadkę na kartach książki, rozwiązywałabyś takie w prawdziwym życiu. Razem rozwiązywalibyśmy zagadkę naszego życia.
Ale losu nie da się odmienić. Fizycznie, Ciebie tu nie ma. Czasami o myślę o Tobie.
Wtedy nachodzi mnie myśl, że i teraz, kiedy zostałem bez Twoich pocałunków, będę potrzebował szwów.

* * * 

Na górze zaprezentowałam Wam pewne pseudodzieło napisane na Kreatywne Spojrzenie. Jest to fanfiction, na które pomysł narodził się, kiedy będąc chora nadrabiałam zaległości w anime Death Note. Wtedy sobie przypomniałam, że kiedyś, w odmętach internetu (niestety nie mam linku...) znalazłam pewną teorię spiskową, której autor twierdził, że L miał kiedyś tam w odległej przeszłości jakąś ukochaną, której coś musiało się stać i dlatego teraz jest tak zaangażowany w swoją pracę. Postanowiłam, jak widać powyżej, zinterpretować to na swój sposób i napisać swego rodzaju list L'a do zmarłej ukochanej (którą teoretycznie jest Polką).
Błagam zatwardziałych fanów anime i mangi, litości! Nie jestem ekspertem od Death Note, proszę o wyrozumiałość i sensownie napisane komentarze, bez hejtu... 
Jak wspominałam, to praca na internetowe wyzwanie literackie, a hasła na ten miesiąc to: butelka, 6 (w sensie cyfra sześć) oraz cytat z piosenki Stiches Shawna Mendesa: "And now that I'm without your kisses / I'll be needing stitches" [tłumaczenie: I teraz, kiedy zostałem bez twoich pocałunków / Będę potrzebował szwów].

No ja błagam - ten uśmiech jest po prostu zbyt śliczny!!! [źródło]  


Do zobaczenia następnym razem:)

horsefan

Szóstka Wron.