czwartek, 18 czerwca 2015

Recenzja książki - "Mechaniczna księżniczka"



Tytuł: Mechaniczna księżniczka
Tytuł oryginału: The Clockwork Princess. The Infernal Devices - Book Three
Autor/ka: Cassandra Clare
Trylogia: Diabelskie Maszyny
Rok wydania (w USA i w Polsce): 2013
Gatunek: fantasy, romans, przygodowe, obyczajowe

Opis świata i fabuły 

Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje diabelskie maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray. 
Charlotte Branwell, szefowa Instytutu Londyńskiego, rozpaczliwie stara się znaleźć Mortmaina, zanim ten zaatakuje. Ale kiedy Mortmain porywa Tessę, chłopcy, którzy roszczą sobie prawa do jej serca, Jem i Will, zrobią wszystko, żeby ją uratować. Bo choć Tessa i Jem są zaręczeni, Will jest zakochany w niej jak zawsze.
[opis z tyłu okładki]

Moja ocena 

Cóż, zacznę może od tego, że postanowiłam się zbytnio nie nastawiać na cokolwiek, co mogło w tej powieści nastąpić. Skończyłam czytać "Wywiad z wampirem" i chciałam napisać jego recenzję. Niestety, książka ta jest tak filozoficzna i głęboka, że... po prostu nie mogłam. Więc spokojnie postanowiłam powrócić do świata Nocnych Łowców.
Książka wydawała mi się od pierwszych stron niezbyt ambitną, ale dość przyjemną lekturą (no, pomijając sceny walki i tym podobne, kiedy czytelnik zazwyczaj boi się o los bohaterów...). Spodobało mi się kilkoro bohaterów, min. bracia Lightwoodowie czy siostra Willa - Cecily Herondale. Ich wątki nie były nużące, a charakter Cecily sprawiał, że chciało się czytać więcej i więcej. 
Tak gdzieś mniej więcej do połowy. 
Dlaczego? Bo właśnie wtedy historia stała się bardzo przewidywalna. Miałam wrażenie, że czytam "Miasto Niebiańskiego Ognia" (Dary Anioła tom 6) , a raczej jego wersję osadzoną w nieco innych realiach historycznych z lekko pozmienianymi bohaterami i fragmentami fabuły. Pojawiły się te same motywy i wątki, min.: 
  • główna bohaterka ma służyć do zniszczenia Nocnych Łowców, 
  • jest ona także wynikiem pewnego nieciekawego eksperymentu genetycznego,
  • oraz to, że czarny charakter pragnie ją zmusić do ożenku.
Można by jeszcze trochę wymieniać, ale wśród moich Postanowień Bez Okazji znajduje się również fragment mówiący o tym, bym tak nie faszerowała Was spoilerami w moich recenzjach...
Ogółem, pocieszył mnie fakt, że chociaż raz dobra w życiu zaznała moja imienniczka, Sophie. (To też było do przewidzenia, ale... nie tak wkurzające, jak reszta.)
Co więcej?
Podsumowując, historia i tak nie zakończyła się źle. Po prostu... odpowiednio. To chyba dobre słowo. Chciałabym tylko się przekonać, czy Cassandra Clare może jeszcze zrobić takie powtórzenie - ale to dopiero po marcu przyszłego roku, kiedy ma wyjść pierwsza część nowej trylogii, w której będziemy poznawać losy Emmy Cairstairs i Instytutu w Los Angeles:)

Pozdrawiam

horsefan



piątek, 12 czerwca 2015

Lwów według horsefana #1 - Objadam się jak prosię...

Witajcie, cześć i czołem!

Dziś kontynuuję moją opowieść z wyprawy do Lwowa. (Znów dopadły mnie moje obowiązki, ale mam nadzieję, że teraz będzie gładko...)

Jedźmy z tym koksem! Zaraz, na czym to ja skończyłam...?

* * * 

Nim otrząsam się z szoku, jakiego doznaję na widok niemal pustego lotniska, moi rodzice zdążają  wychwycić w niewielkiej grupce kierowców jednego, który macha tą z naszym nazwiskiem.
I w sumie nie dzieje się nic zachwycającego, do chwili, gdy zajmujemy się wpakowywaniem naszych tobołków. 
Rozmawiamy z kierowcą do tej pory po angielsku, święcie przekonani, że tak powinno być. 
I nagle padają teksty: 
- Where are you from? 
- Ah, we're from Poland. 
- Z Polski? A, to witamy! 

Czuję , jak powoli drętwieję. Z jednej strony gdzieś we mnie nie mogłam uwierzyć, że tu jestem; długo marzyłam, żeby przyjechać do Lwowa i na Ukrainę ogółem tak, wiem, jestem dziwna, a z drugiej byłam przekonana, że tutejsi unikają raczej kontaktu z polszczyzną. A tutaj, taka miła niespodzianka! 

Wsiedliśmy do samochodu i zapięliśmy pasy jak w tej reklamie o pancerniku. 
Wyjeżdżamy z lotniska i mój tata rozpoczyna rozmowę z kierowcą. Moim oczom ukazuje się Lwów bardzo odległy od tego, co znam ze zdjęć i opowieści starszych krewnych, z których część wychowała się na tych ziemiach. Czytelniku z Polski (bo wiem, że są też zza granicy), jeśli myślisz, że blokowiska w naszym kraju wyglądają tragicznie, to przyjedź tutaj. Ten widok wyciska łzy z oczu, a przynajmniej u mnie.

Starałam się słuchać rozmowy, jednak było w tym widoku coś, co sprawiało, że chciałam patrzeć. Więcej i więcej. Jednym z nielicznych "ulepszeń" w tym widoku była cerkiew, której złote kopuły połyskiwały dumnie w słońcu, rażąc mnie dodatkowo w oczy. 

- A ta cerkiew? Prawosławna czy greckokatolicka? - zapytał się tata, wskazując palcem na świątynię. 
- Prawosławna, prawosławna, proszę pana. 
- A proszę powiedzieć... - mama postanowiła się włączyć do rozmowy.  - ...jak to właściwie było z tą wojną - jak jest właściwie - z tą aneksją Krymu i tak dalej...? 
- Wie pani, mamy kryzys. - kierowca westchnął. - Ci ze wschodu myśleli, że Rosja im pomoże. Było w nich takie "do Rosji, do Rosji", a teraz co - nie do Rosji, bo jest wojna... Poza tym tam dużo Rosjan mieszka... 
Nastaje chwila ciszy. Stajemy po raz kolejny na światłach. 
- ...teraz w sumie też ciężko, bo kryzys. - kontynuuje. - Na Zachodzie trochę jest inaczej, niż na Wschodzie. Bo wiedzą państwo, tutaj mamy inne mentalita*... takie Ewropejskie, nie Sowieckie.
- Przepraszam, co? - przerywamy razem z mamą, niepewne, o co chodzi. 
- Och, przepraszam! - Ukrainiec czuje się wyraźnie nieswojo i od razu poprawia: - Chodziło mi o mentalność, tak? Tak się u Was mówi? 
- Tak - odpowiada szybko mój tato. 
- Nie, zaraz! Pan powie, to słowo, no...! - wyrywam się. - To, co pan powiedział przed chwilą, zanim z mamą Pana poprawiłyśmy...
- Przepraszam, panienko... już zapomniałem. - kierowca stara się pomóc, jak tylko może. 
Opadam na fotel i znów mój wzrok przerzuca się na ulicę; komunistyczne bloczki powoli przechodzą w piękną, acz zniszczoną Starówkę. 
Tata ponownie zajął się zagadywaniem kierowcy; dowiedzieliśmy się, że ludzie teraz kurczowo trzymają się pracy, jemu na szczęście nie jest jeszcze tak ciężko, na utrzymanie rodziny z dziećmi wystarczy... 
Znajdujemy się już blisko centrum; widać piękną Operę Lwowską, właśnie zastawioną drewnianymi domeczkami - można się domyślać, że ma miejsce jakieś wydarzenie, które nieco przypomina mi Jarmark Dominikański z Trójmiasta. 
- Widzę, że... macie jakiś jarmark... - odzywa się ponownie tato, a ja dalej chłonę widoki. 
- Tak. Mówimy na to wernisaż - kierowca wypowiada to z charakterystycznym akcentem. - W Polsce też tak się mówi? 
- Tak, ale u nas to oznacza uroczyste otwarcie wystawy sztuki. - odpowiadam.
I co? Podobne języki? Podobne.
- A gdzie moglibyśmy coś zjeść? - pyta moja mama.
Kierowca od razu wymienia kilka restauracji; wśród nich pada nazwa Amadeusz.
Kilka sekund zajmuje nam dojechanie do hotelu. Wysiadamy, żegnamy się z kierowcą i udajemy się do recepcji. 
Czas znowu przerzucić się na angielski. Recepcjonistki sprawiają dobre wrażenie, dają nam po darmowym jabłku, które są dla mnie niezłą odmianą po wielkiej, suchej bagietce, którą zjadłam w samolocie.

*słowo odtworzyłam gdzieś w odmętach mojej pamięci. Byłabym wdzięczna gdyby ktoś mi powiedział, jak naprawdę po ukraińsku mówi się "mentalność" (i błagam - niech to nie będzie z tłumacza Google!)

*
W pokoju rozstawiamy swoje rzeczy; pomieszczenie sprawia wrażenie całkiem przytulnego. Od razu podchodzę do okna i po chwili dostrzegam, że parapet jest na tyle szeroki, że mogę na nim swobodnie się zmieścić. Gramolę się na niego i widzę uliczkę pełną ludzi, a z budynku na przeciwko spogląda na mnie naturalnej wielkości posąg Adama Mickiewicza.
Spełzam z parapetu i padam na łóżko. 
O Boże, naszła mnie myśl. Ja tu jestem. Nareszcie jestem.
Pewnie pomyślicie, że jestem stuknięta. Większość dzieciaków marzy o wakacjach na plażach Turcji czy Tunezji lub w wielkich miastach, jak Nowy Jork albo Londyn (choć w tym akurat byłam i je uwielbiam). A ja marzyłam, żeby jechać w takie biedne i trochę zapomniane miejsca. Lwów to może nie najlepszy przykład, ale jest to Ukraina - a tu od dawna chciałam przyjechać, jak już mówiłam.
Poza tym, to właśnie w niedalekim Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk) mieszkała część mojej rodziny przed wojną i przez to mam sentyment do tych dwóch miast.

Wracając do historii, od razu wyskakujemy razem z rodzicami na ulicę, przy której znajduje się nasz hotel - Szewską.
Jest już wieczór, a od jabłka trochę minęło. Zresztą, co to za posiłek, takie jabłuszko? No właśnie.
Burczy mi w brzuchu, moim kompanom także.
Udajemy się do wcześniej wspomnianego Amadeusza. Wchodząc do środka, które jest całkiem przytulnie urządzone, mama zwraca się do kelnerki:
- Excuse me, could you recommend us something?
Młoda kobieta, przez chwilę zmieszana, unosi do góry palec wskazujący i mówi:
- Zaraz! - po czym znika za drzwiami od kuchni.
Co się właściwie stało? Patrzymy po sobie, potem na pozostałych klientów. Wszyscy są normalnie obsługiwani...
Za chwilę podchodzi do nas inna kelnerka i sytuacja się powtarza; znów słyszymy wyraźne Zaraz!, po czym niewiasta znika. No to klops.
Prawie wyszliśmy z lokalu, zawiedzeni tym, jak nas potraktowano, a jednak...
Ta sama dziewczyna, co przyszła przed chwilą wróciła z trzema wielkimi zeszytami, które po chwili - dzięki mojej mamie - zyskały miano książek telefonicznych. A czym były? Oczywiście, menu.
- Would you like us to speak English or Polish? - zacnie przejmuję inicjatywę, gdy zasiadamy do stołu.
- Po polsku - pada odpowiedź.
Przeglądamy ów "książkę telefoniczną"; naprawdę trudno znaleźć coś dla siebie w takim nawale dań. Moja mama zaczęła od razu mamrotać, że jak menu jest takie długie, to jedzenie musi być do niczego, gdyż najlepsze restauracje mają bardzo skromną kartę dań. Ja staram się zachować zimną krew.
Po chwili zamawiamy zestaw przystawek, barszcz ukraiński dla taty oraz dwie kaczki dla mnie i mamy.
Niedługo na naszym zamówieniu na stole pojawia się wielka, drewniana decha z drobnymi kawałkami mięsa ozdobionymi rukolą. Plus dwa sosy. O, Boże.Moje oczy powoli wychodzą na wierzch.
Mimo niedogodności, jako potomkowie polskiej szlachty że nie mamy zwyczaju się poddawać, tym razem także działamy w ten sposób. Jemy ile się da, ale po chwili jesteśmy napchani. Ledwie upchnęłam tę tłuściutką kaczuszkę w moim żołądeczku, oj tak...
Zostawiamy rachunek po kolacji i z trudem wychodzimy na zewnątrz, właściwie, to się zataczamy co trzy kroki.
Układam w głowie puzzle z myśli. Wychodzi z nich zdanie: Kiedyś tu zamieszkam. Od razu dzielę się nim z rodziną.
- Żartujesz, prawda? - padają słowa z ust mojego taty.
- Na pewno bym chciała. No wiesz, jak się sytuacja polepszy.
Pytanie tylko - czy kiedykolwiek tak będzie...?
Idąc wtedy ponownie w stronę naszego hotelu, tuż obok Katedry Polskiej, miałam wrażenie, jakbym była tu od dawna. A właściwie, to od zawsze.

To właściwie wszystko na dziś. Mam nadzieję, że szybko uda mi się wstawić pozostałe części:)

horsefan

niedziela, 17 maja 2015

Lwów według horsefana #0 - Pierwsze wrażenia...

Privit! - tak dzisiaj Was witam w języku naszych wschodnich sąsiadów:)

Otóż, zacny ludu Polski i nie tylko, dzisiaj zapowiadam oficjalnie, że będę Wam opowiadać o mojej podróży do Lwowa w formie serii postów. Będzie dużo zdjęć, śmiechu, ale też niewygodnych faktów, które należy poruszać.
Zanim rozpocznę, pragnę jeszcze dodać, że ta wycieczka to było w sumie coś niespodziewanego. Oryginalnie, szkoła zorganizowała wypad na majówkę (i matury, oczywiście) na Jurę Krakowsko-Częstochowską, jednak ze względu na fakt, że bywam tam dość często, uznałam, że nie ma to sensu. Pewnego miłego wieczoru mama się jednak do mnie zwróciła:
- Słyszałam, że jest jakaś wycieczka na Jurę. A jadą tam twoje koleżanki?
- Eee... tak. - palnęłam z pełnymi ustami.
- To dlaczego nic mi nie mówisz?
Wyjaśniłam jej, mówiąc to, co opisałam Wam na początku.
- A może jednak warto by pojechać? Napiszę do twojego wychowawcy, dobrze?
Nie byłam jednak pewna, co mianowicie mój zacny wychowawca zamierza odpowiedzieć. I w końcu się okazało, że autokar i wszystkie pokoje są zajęte.
Oraz z góry przepraszam, że zaczynam to tak późno. (Life is brutal and full of zasadzkas.)


* * *
Źródło: Wikipedia

Kiedy wychodziłam z samolotu, zobaczyłam ogromny, nowoczesny gmach ze szkła. Od razu człowiek ma przed oczami na widok czegoś takiego tłumy ludzi. Natomiast poza nami nie było innego samolotu. 
Zacznijmy od tego, że wśród pasażerów narodowości polskiej ja i moi rodzice byliśmy chyba jedyni. Właściwie, to czułam się otoczona; widziałam ogromną ilość ludzi z ukraińskimi paszportami i tylko jedną Mulatkę z amerykańskim. 
Czyżby nasi stchórzyli? Tego zaczynałam się obawiać.
Akurat facet w okienku przy kontroli zawołał, że następni pasażerowie mogą przyjść.
Podeszłam z mamą; strażnik zlustrował nas wzrokiem. Na widok orłów na paszportach od razu zapytał (i to po polsku!):
- Panie razem?
- Tak - odparła mama bez wyrazu na twarzy.
Otworzył książeczki i zaczął spoglądać - to na zdjęcie, to na mamę.
- Pani... Beata, tak? - z trudem wymówił imię.
Moja matka pokręciła lekko głową.
- I... - zerknął na mnie. - ...panna Sofija Marija?
- Tak.
- Jaki cel podróży? - ponownie spojrzał w stronę mojej rodzicielki.
Jej twarz natomiast przybrała lekko zdziwiony wyraz.
- Turystyczny - odpowiedziała po chwili, niepewnie akcentując.
Strażnik od razu uniósł jedną brew.
- Do Lwowa?
Jego pytanie nie doczekało się odpowiedzi. Oddał nam paszporty i spokojnie ruszyliśmy odebrać nasze bagaże.
Po chwili, gdy kierowca przysłany z hotelu zapakował nas do samochodu, wiedziałam, że ta podróż to nie będzie zwykły rodzinny wyjazd...

środa, 29 kwietnia 2015

Recenzja książki - "Kapłanka w bieli"


Tytuł: Kapłanka w bieli
Tytuł oryginału: Priestess of the White
Autor: Trudi Canavan
Trylogia: Era pięciorga
Tom: 1
Rok wydania (Australia): 2005
Rok wydania w Polsce: 2009
Gatunek: Fantasy, przygodowe, romans

Opis świata i fabuły

Ithania to kontynent-wyspa, położony na wielkim morzu i właściwie nie wiadomo, co poza nią jest. Dzieli się na Ithanię Północną i Południową. Na północy mieszkają głównie wyznawcy religii cyrkliańskiej, wierzący w pięcioro "prawdziwych" bogów - Chaię, Huan, Lore, Yrannę i Saru. Ów bogowie mają także swoich reprezentantów na ziemi - pięcioro Białych, czyli najważniejszych kapłanów i kapłanek, których zadaniem jest zjednoczenie wszystkich krain w Ithanii Północnej. Główna bohaterka - Auraya - jest ostatnią z wybranych Białych.
Na południu natomiast mieszkają pentadrianie - wyznawcy innego kultu, lecz także uznającego istnienie (co prawda, innego) pięciorga bóstw. Nawzajem z ich północnymi sąsiadami nazywają się poganami i - jak można się spodziewać - sobą gardzą.
Akcja powieści umiejscowiona jest na początku wojny Północy z Południem...

Moja ocena (nie obeszło się bez spoilerów)

Na początek pragnę zaznaczyć, że ta powieść to dla mnie odpoczynek po ciężkim, prawie 1000-stronicowym "Potopie", z którym się męczyłam przez dobre dwa miesiące (nie zrozumcie mnie źle; podobał mi się, jednak po dłuższym czasie jej czytania miałam serdecznie dosyć...).
Wracając do tematu, na pierwszych stronach nie byłam pewna, czy ta lektura była dobrym wyborem,
jednak im więcej stron miałam za sobą, tym chciałam więcej. Nim się obejrzałam, byłam na
dwusetnej stronie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem to się stało, ponieważ od dawna żadna książka mnie tak nie wciągnęła. Cóż, a na temat tej słyszałam różne opinie; moja dobra koleżanka Kaja (znana również pod nickiem Kajax Szyderca) twierdzi, że to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytała. Przeszukując jednak sieć, natknęłam się na wiele wypowiedzi w stylu: "nudna" czy "lejąca się jak flaki z olejem".
Rozmyślając nad tym, doszłam do wniosku, że autorce bardzo dobrze wyszedł świat, w którym dzieje się akcja powieści: krainy i ich kultury, magiczne rasy i zwierzęta, wątek czytania w myślach, a dodatkowo konflikt religijny w tle... w dwóch słowach: moje klimaty:)
Jeśli chodzi o fabułę, to z początku nie rozumiałam, dlaczego autorka otworzyła wiele wątków naraz, jakby nie mogła się zdecydować, na czym się skupić. W oszałamiająco krótkim czasie zrozumiałam jednak, że to się nie dzieje bez powodu - wszystko zaczyna się zlewać w jedną, kompletną całość, dąży do jakiegoś celu.
Co do bohaterów - rozpocznijmy od Aurai, tytułowej Kapłanki w bieli. Cóż, jeśli chodzi o nią, to
mam mieszane uczucia; z jednej strony jest utalentowana, pracowita, dobra, mądra, lecz z drugiej nie mogę się dopatrzeć u niej jakichkolwiek wad czy cech charakteru, które by ją wyróżniały spośród innych. I choć lubię czytać fragmenty z nią w roli głównej (chyba chodzi tutaj o poznawanie Ithanii), to jednak nic wielkiego właściwie do niej nie czuję. Ot, typowa bohaterka po tzw. stronie dobrej.
Co innego jest z Emerahl, wiedźmą, która umie zmieniać swój wiek. Odkąd doszłam do pierwszej części z nią w roli głównej, zastanawiałam się, jak długo pozostanie w tej swojej latarni morskiej. Nie musiałam długo czekać, gdyż niespodziewanie historia wywinęła takiego fikołka, i jeszcze było to tak umiejętnie zrobione, że autorce tylko gratulować:)
Kolejną postacią, którą przygotowałam sobie to omówienia jest Tryss - nastoletni chłopak rasy Siyee. Jego wątek mnie urzekł, jednak i tutaj nie obyło się bez schematów. Jet on marzycielem i wynalazcą, ciągle gnębionym (prawie jak Kopciuszek) przez swoich kuzynów. Oczywiście, jak w przypadku każdego takiego bohatera, pojawia się również dziewczyna, która odrzuca zaloty dwójki kuzynów dla Tryssa. Co prawda, Drilli wydała mi się dość interesującą postacią sama w sobie, ma w sobie to coś,
że chce się ją lubić. Tak po prostu.
Ponadto, spodobało mi się to, że autorka dała ukochanemu Aurai - Leiardowi - własny wątek. Rzadko się w literaturze stykam z motywem czytania w myślach, a jeszcze rzadziej z takim umiejętnie zrobionym. A jeszcze rzadziej z wątkiem przejęcia czyjegoś umysłu i utratą własnej jaźni.

Cóż, na koniec muszę przyznać, że to bardzo dobrze napisany kawałek literatury (a już fakt, że Auraya jest jaka jest można przeboleć) i gorąco polecam go, zwłaszcza osobom, które jeszcze nie zetknęły się z twórczością pani Canavan:)

Pozdrawiam

horsefan

P.S. Życzę miłej majówki;)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Najstarsza książka na mojej półce

Witajcie zacni Czytelnicy!

Dzisiaj trochę historycznie... zacznijmy od tego, że w ten czwartek wybieram się za wschodnią granicę, do Lwowa. Jednym z licznych powodów, dla których się tam właśnie wybieram jest to, co widzicie w temacie tego posta.
Krótki wstęp był, a teraz jedźmy z tym koksem.

*
Pachnie kurzem, czyli zapewne jest domem dla miliardów roztoczy. Kiedy ją czytam, łzawią mi oczy i kicham co kilka minut, jeśli nie sekund. Ale nie mogę się oderwać. Przewracam sztywne kartki, oglądam obrazki, czytam te akapity, które uznaję za ciekawe. 
Trudno się ją czyta i myśli, ile to ludzi miało już ją w rękach. Sądząc po roku wydania, pewnie już część z nich już nie żyje. A ilu mogło zginąć od jakiejś broni...



Sierpień 2014 (tak, to wtedy ona trafiła po raz pierwszy do moich rąk)

Jarmark Dominikański powoli się kończył. Wokoło było pełno ludzi i rozłożonych kramów. Jaka szkoda, że nie jest to już ten sam, na swój sposób magiczny jarmark, który ściągał tłumy z całej Rzeczpospolitej i reszty Europy. Dzisiaj to tylko tani sposób na szybkie zarobienie pieniędzy. Nawet pchli targ jest wypchany po brzegi okropnymi tandetami. Na jednym z namiotów wisiała nawet tabliczka "Tanie Antyki" - tylko jak antyki, ekhem, mogą być tanie?
Był wieczór, od Motławy wiał chłodny, przyjemny wiaterek (nie licząc faktu, że nieźle capił... kanałami). Kręciłam się w okolicy z wujkiem i kuzynką z Krakowa, którym auto się w drodze domu zepsuło i się u nas na jeden dzień zatrzymali. Dodatkowo, towarzyszyła nam jeszcze moja mama.
Robiliśmy to, co robią typowi turyści i (nie)turyści na jarmarku; oglądaliśmy, zjedliśmy po kanapce ze smalcem z okolicznego kramu, jeszcze raz oglądaliśmy i zastanawialiśmy się nad kupnem. W ostateczności jednak albo stwierdzaliśmy, że przedmiot, który chcieliśmy nabyć jest tandetną podróbą, albo odstraszała nas cena.
Jednak idąc w okolicach słynnego Żurawia, natknęliśmy się na antykwariat. Ot tak, wciśnięty nieco w kamienicę, pomiędzy kramami z bursztynową biżuterią i pamiątkami. Zaczęliśmy przeglądać; kilka starych płyt, gazet i czasopism z czasów PRL-u i jeszcze starsze encyklopedie.
Moja kuzynka była wniebowzięta; po pogrzebaniu nieco w górze gratów wystawionej na widok publiczny, stwierdziła, że chce pierwszy tom jakiejś encyklopedii medycznej, bodajże z lat pięćdziesiątych.
- Tata, a mogę ją sobie kupić? - zapytała Anka, robiąc minę niewiniątka. Trochę to dziwnie, zważając na również na fakt, że Ania we wrześniu miała iść do pierwszej liceum i - jakby to ujęła nasza babcia - to już nam trochę nie wypada.
A tata Anki z początku marudził; że na pociąg im nie starczy, a jak zostanie, to nie będą mieli na jedzenie itp. itd. W końcu jednak udało się jej przekonać ojca na zakup, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie w drodze żadnych zachcianek.
A ja co? Dalej oglądałam. I zobaczyłam tę książkę. Znajdowała się na stercie wewnątrz sklepu (a może to na nią sprzedawczyni pokazała? już nie pamiętam...). Była bardziej posklejana od reszty, bardziej sztywna i wyniszczona. Zajrzałam na początek i...


...moim oczom ukazał się wyraźny napis:
"Złożono i odbito w drukarni Jana Żydaczewskiego we Lwowie; opracowano graficznie w państwowym wydawnictwie książek szkolnych we Lwowie; roboty introligatorskie wykonał zakład J. Legeżyńskiego we Lwowie..."
A na samym dole kolejna niespodzianka. Rok wydania to... 1938.
"Nie, to musi być sen" - wymamrotałam do siebie w głowie. Bo to przecież w moim odczuciu było niemożliwe. A jednak działo się naprawdę.




Od razy jej zapragnęłam. Spytałam się mamy, czy to znajduje się w naszych możliwościach finansowych. Cóż, ujmę to tak, że po kilku prośbach o obniżenie ceny (sprzedawczyni była nader nieugięta) kupiliśmy ją za ponad dwieście złotych. Ale było warto.

Ups, trochę się niewyraźnie wyszło;(
Ogólnie, książka jest napisana dość - jak na moje kryteria - poetyckim językiem, wyjawiającym wyższe wykształcenie autorki. Czasem mnie bawi, czasem dziwi... ogółem, ciekawe źródło informacji.
Oto jeden z fragmentów ze str. 93:
"Rozmowa nie powinna być zbyt hałaśliwa i krzykliwa. Śmiech zbyt głośny nie powinien strącać obrazów ze ścian. [...] Wpadać komuś w słowa, przerywać, narzucać się z anegdotkami, gdy widzimy wokół niewątpliwą do nich niechęć, popisywanie się - bez wyraźnego zaproszenia - jakimiś sztuczkami - są to rzeczy, które muszą być wykluczone w obcowaniu z ludźmi. [...]"
(Znalazłam go przez dosłowny przypadek, przerzucając strony w trakcie pisania tego posta.)



Podobają mi się także ilustracje. Nie wiem czemu, ale kojarzą mi się z jakąś ryciną czy stylizowanym na nią przestarzałym komiksem.


Strony nieco wyniszczone, eh...

Najbardziej w tej książce urzeka mnie to, o czym wspomniałam na początku; za każdym razem, kiedy trzymam ją w ręku, zachodzę w głowę, ile ludzi ją przede mną czytało czy miało na własność. Czy jeszcze żyją, czy już zdążyli pożegnać się z tym światem? Czy naprawdę ludzie - jeszcze przecież stosunkowo niedawno - rzeczywiście się zachowywali tak, jak to jest opisane w tej książce?
Jakim cudem ona przetrwała II Wojnę Światową? (Wiem, to ostatnie brzmi absurdalnie, ale to właśnie mnie w niej interesuje.)

Cóż, niedługo wyprawa do Lwowa! Spodziewajcie się zdjęć i opisów wyprawy!

Pozdrawiam 

horsefan

środa, 1 kwietnia 2015

Czy wśród nas są postacie z mitologii? cz. 1

Witam ponownie na moim zacnym blogu wszystkich wędrowców zagubionych w odmętach Internetu!

Co się z horsefanem działo przez ostatni miesiąc? Otóż, spadła na mnie cała masa zadań oraz ktoś (czyżby złośliwy Los?) rzucił na mnie klątwę, zwaną poniekąd Brakiem Weny Pisarskiej.

Dobra, teraz na poważnie. Skąd taki temat posta? Cóż, cofnijmy się w czasie, daleko, daleko, do grudnia zeszłego roku.
Wszystko zaczęło się od... lekcji polskiego, która miała wówczas miejsce. Właśnie kończyliśmy przerabiać Mitologię Parandowskiego i mój polonista postanowił, że chce zadać uczniom prezentacje, na dodatkowe punkty, rzecz jasna.
Padło kilka tematów. Pamiętam, że pierwszy z nich brzmiał: Mitologiczne związki frazeologiczne, czy jakoś tak... reszta była mniej więcej tego pokroju.
I nagle coś zupełnie nowego: Mity greckie i psychologia.
Zapada cisza.
Przerwałam ją - oczywiście - ja. Czemu? Sama nie pamiętam, dlaczego podniosłam tę rękę. Chyba chciałam się zapytać pana o inną pracę... a może chciałam poprosić o zwykłą możliwość wyjścia do toalety?
A tu klops.
- O, Zosia, świetnie! - ucieszył się mój nauczyciel.
- Eee, proszę pana, ja chciałam... - głos ugrzązł mi w gardle.
- Możesz to zrobić, tak?
- Ja właściwie...
- Tak? To świetnie, ponieważ to bardzo trudny temat! Brawa dla Zosi!
Niektórzy członkowie mojej klasy tylko spojrzeli na mnie z lekkim współczuciem.
Po prostu świetnie.

Na początek powiedzmy, że nie miałam wówczas pojęcia, jak się zabrać do pracy. Materiały jakie posiadam okazały się zbyt małe, bym mogła podołać zadaniu. Lecz w takiej sytuacji postanowiłam się nie załamywać i szukać tych materiałów gdzie indziej, skoro nie mam ich w domu.
I znalazłam książkę w dziale PODRĘCZNIKI w zakładce... DLA STUDENTA. Nosiła tytuł: Psychologia mitów greckich. Sprzedawca w Empiku twierdził, że to ostatnia w mieście, więc wzięłam ją od razu, bez większego zastanowienia.

A książka prezentuje się właśnie tak:)

 Cóż więcej? Prezentacja poszła całkiem dobrze i dostałam swoje upragnione punkty dodatkowe, jednak na początku stycznia wpadłam na cudowny pomysł podzielenia się ów prezentacją ze światem. I rzeczywiście - zaczęłam pisać dłuuuugiego posta, którego planowałam najpierw opublikować w tym samym miesiącu, tj. styczniu.
A potem w lutym.
A później w marcu.
W końcu doszło do kwietnia i... nie wytrzymałam. Rozdzieliłam to na części i tak oto narodziła się ta seria.
Zapraszam do lektury... dzisiejszy temat to Kora i Demeter!
Źródło: polskapersopedia.wikia.com
Pamiętam chwile, kiedy byłam mała i prosiłam kogoś z rodziny o przeczytanie mi tego konkretnego mitu; zazwyczaj była to mama lub babcia.
Demeter, bogini urodzaju, miała z Zeusem córkę - Korę, co z greckiego znaczy po prostu "Dziewczyna". I rzeczywiście, Kora była taką dziewczynką, której świat był szczelnie zamknięty przez matkę. Aż do pewnego dnia, kiedy Kora, tak jak dzień w dzień, postanowiła zebrać kolejny bukiet kwiatów na łące. Bogini zakazała jej zbierać tylko jednego gatunku - narcyzów. Jednak chwila nieuwagi wystarczyła, by straciła córkę z pola widzenia.
Okazję wykorzystał pan Podziemia - Hades. Kiedy Kora - niczego nieświadoma - złamała zakaz matki, zbliżając się do narcyza, wyłonił się spod powierzchni Ziemi na swym rydwanie i porwał Korę do swojego królestwa.
Gdy Demeter zrozumiała, co się stało, wpadła w rozpacz, a wraz z nią - cała przyroda. Mijały dni, miesiące... Demeter wędrowała po świecie, zrozpaczona utratą córki. Brakowało plonów, ludzie głodowali... (no, może z wyjątkiem mieszkańców jednego miasta - Eleusis, gdzie sama rodzina królewska zajęła się boginią, ale to inna historia). Powróciła na Olimp, by ostatecznie poprosić ojca Kory - Zeusa - o pomoc. Ale były mąż nie był skory do pomocy, gdyż sam wcześniej zaaranżował porwanie wraz z Hadesem. Gdy Demeter się o tym dowiedziała, jej smutek i tęsknota przerodziły się w śmiercionośny gniew. Od razu zażądała od Zeusa oddania córki - przeciwnym razie wszyscy ludzie na świecie umrą z głodu i - co ważniejsze - nie będzie więcej ofiar dla bogów.
Ostatecznie władca niebios wysłuchał jej. Od razu nakazał bratu wypuścić Korę. Gdy młoda bogini powróciła do Świata Żywych, pojawił się pewien problem. Przebywając w królestwie Hadesa, córka zjadła kilka pestek granatu. Zjedzenie czegoś w Krainie Umarłych oznaczało wieczne związanie się z tamtym miejscem. Wówczas Zeus postanowił, że dziewięć miesięcy w roku Kora będzie spędzać z matką, zaś pozostałe trzy będzie królową Świata Zmarłych - Persefoną.  

Weźmy ten mit pod lupę. Demeter jest matką oddaną swojemu dziecku, poświęca mu cały swój wolny czas. Nie traktuje dziecka przedmiotowo, jak własność, tak jak to czyni Hera. Już samo jej imię coś zdradza - Demeter. Słowo meter w języku greckim znaczy matka. To pokazuje nam, jak ważną rolę w społecznościach greckich miała postać takiej matki. To pojawia się również w innych kulturach:
  •  Starożytny Egipt - Izyda kochała swojego męża, Ozyrysa, tak bardzo, że była gotowa zaryzykować w każdej chwili, byleby odnaleźć każdy kolejny kawałek jego poćwiartowanego ciała. (W dodatku miała na głowie inne obowiązki, jak wychowanie syna - Horusa.) W ten sposób Izyda miała być przykładem oddania i wierności małżeńskiej.
  • Chrześcijaństwo (katolicyzm, prawosławie) - kult Marii jako Matki Boskiej wynika z pewnej potrzeby matki, gdyż to do niej zawsze uciekamy w najtrudniejszych chwilach (dowodem tego jest choćby katolicka modlitwa "Pod Twoją Obronę"). Należy również zwrócić uwagę na fakt, że kult Matki Boskiej jest najsilniejszy w krajach, których mieszkańcy doświadczyli wiele cierpienia na przestrzeni wieków, np. w Polsce czy w Meksyku. 
  • Plemiona pierwotne - kult Matki Natury można spotkać również w wielu innych wierzeniach. Np. u wyznawców japońskiej religii shinto czy u członków sekt New Age wynika to najprawdopodobniej z szacunku do Ziemi jako rodzicielki, jako matki wszelkiego stworzenia, a to właśnie człowiek - zły i egoistyczny - niszczy ją niczym pasożyt. Jest to jedna z form kultury matriarchalnej, której również i u nas - w kulturze Zachodniej - powoli ustępuje bardziej prymitywny patriarchat. Pozwolę sobie również dodać, że taki kult był bardzo rozwinięty u Słowian - Mokosz, Matka-Ziemia, dawała ludziom, zwierzętom i roślinom swoje mleko w postaci cennego deszczu, dlatego wszystkiemu, co od niej pochodziło, należał się szacunek. 
Skupmy się przez chwilę na trzecim z powyższych punktów. Matriarchat w formie filozoficznej ma również swoją ciemną stronę - tak rodzą się systemy totalitarne, takie jak nazizm czy komunizm. To wiara w państwo jako matkę, która zawsze i wszędzie będzie dbała, a także obroni swoje dzieci-obywateli. Ale kto się sprzeciwi mamusi, musi zostać ukarany...
Teraz przejdźmy do psychologii jednostki. Kiedyś, na pewnym internetowym forum, przeczytałam skargi 17-letniej wówczas dziewczyny, która skarżyła się, że ma nadopiekuńczych rodziców. Opisała, że nadal podchodzą do niej, jakby była o co najmniej 10 lat młodsza, nie pozwalają jej normalnie spotykać się ze znajomymi i we wszystkim chcą ją wyręczać. Zapadły mi w pamięci jej słowa: "To przez nich jestem taka niesamodzielna, nie umiem zawrzeć normalnej znajomości...". Właśnie. Demeter chciała zachować Korę przede wszystkim dla siebie, wręcz ją uważała za część siebie. Nie pozwalała jej stać się kobietą. Takie matki nie rozumieją, że ich funkcja wraz z dorastaniem córki powinna przejść na "wyższy poziom", czyli oczu i uszu dziecka powinna przyjąć formę starszej, bardziej doświadczonej przyjaciółki. Kiedy spojrzymy na tę interpretację z pewnego punktu widzenia, możemy powiedzieć, że im dłużej córka nie będzie dorastać, tym większa szansa, że wpadnie w ręce psychopaty, alkoholika, narkomana itp. To dlatego Demeter wpadła w szał po odejściu córki. Nie mogła pogodzić się z tym, że na wieczność traci swoje maleństwo. Jednak Hades niekoniecznie musi być psychopatą - to silny mężczyzna, który jest gotów postawić się "reżimowi" potencjalnej teściowej.
A dojrzały mężczyzna potrzebuje miłości dojrzałej kobiety, a nie małego, bezbronnego dziecka, czyż nie?

 W jednej z wersji tego mitu, którą znam z dzieciństwa, jest powiedziane, że Kora w królestwie męża nosi imię Persefona. To jeszcze bardziej pokazuje, że z małej dziewczynki stała się kobietą, zdolną do podejmowania własnych decyzji i posiadającą własne zdanie. Kiedy Hades oddał Korę matce, Demeter także mogła się czegoś nauczyć od własnej córki i pogodzić się z faktem, że nie zawsze będzie dla niej oczami i uszami...
W micie opowieść kończy się dobrze, jednak w prawdziwym życiu nie zawsze tak jest. Jak wspominałam, im dłużej córka nie pozna dorosłego świata, tym większa szansa, że kiedy w końcu wejdźcie do tego świata, to stanie jej się krzywda, którą - wbrew pozorom - nie musi być psychopatyczny partner. Takie dziewczęta, zwłaszcza pochodzące ze skrajnych rodzin, w których ojciec np. pił, nie mogą - w przeciwieństwie do swoich dojrzalszych rówieśniczek - pojąć, że mężczyzna i kobieta muszą się uzupełniać w codziennym życiu. Uważają mężczyzn za wrogów, za źródło wszelkiego zła. Tak rodzą się organizacje "feministyczne" - piszę w cudzysłowie, ponieważ nie ma to zbyt wiele wspólnego z prawdziwym feminizmem, czyli wiarą w równość niezależną od płci. Takie kobiety są, co prawda zaradne i w miarę samodzielnie, ale wyznają skrajne ideologie i często wybierają orientację lesbijską, co - wg psychologów - stanowi pewien rodzaj ucieczki przed zaborczą matką, ale również to trwanie w świecie, do którego mężczyzna nie ma dostępu.
Ludzka psychika to naprawdę niesamowity mechanizm. 
U wcześniej przeze mnie wspominanych Słowian bogini Mokosz mogła karmić swoim "mlekiem" i dawać życie, ale za dużo deszczu wywoływało powódź i mogło zabić to, co w życiu jest najpiękniejsze... A ten grecki mit to obrazuje, czyż nie?

Ciekawostka [jeśli nie chcesz mieć zepsutego dzieciństwa, nie czytaj...]

Podobny motyw można również znaleźć w popkulturze.
Kiedy byłam nieco młodsza, uwielbiałam film Disney'a pt. "Zaplątani". Od tamtego czasu bardzo zmienił się sposób w jaki patrzę na tę bajkę, min. przez tę - z pozoru zwykłą - prezentację do szkoły. Dlaczego? Występuje w niej ten sam motyw, co w tym micie. Gertruda nie chciała pozwolić Roszpunce dojrzeć, ponieważ chciała zachować ją wyłącznie dla siebie. Od Demeter różni ją jednak to, że w przeciwieństwie do bogini, nie kochała córki i miała ją jedynie za źródło młodości. Źródło młodości...? Może tym dla takich matek są ich córki? Może zbytnio przypominają im utracone lata...



Cóż więcej? Teraz tylko kontynuować...

Pozdrawiam i życzę miłej Wielkanocy:)

horsefan

sobota, 21 lutego 2015

Igrzyska Śmierci z filozoficznego punktu widzenia

UWAGA!
Poniższy post może zawierać poważne spoilery dotyczące trylogii Igrzyska śmierci autorstwa S. Collins. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Igrzyskach, zapytałam kilku moich znajomych, co myślą o całej trylogii. Gdyby zebrać wszystkie wypowiedzi razem, brzmiałoby to mniej więcej tak: pierwsza część całkiem spoko, najbardziej ekscytującą i tym samym najlepszą jest W pierścieniu ognia, a najnudniejsza i najgorsza to Kosogłos.
Akcja, zawsze akcja...

Na początek mam do Was pytanie:
Czy kiedykolwiek usiłowaliście spojrzeć na tę trylogię niekoniecznie jak na powieści science-fiction dla młodzieży?
Jeśli Wasza odpowiedź brzmi: tak, to macie ode mnie plusa. Jeśli była ona negatywna, to nie jest to powodem do jakichkolwiek zmartwień, ponieważ większość osób, która kiedykolwiek czytała te książki, nie myślała w ten sposób. Po prostu czytajcie dalej.


Jakie były Wasze pierwsze reakcje na biedę panującą w dystryktach i - wręcz zupełnie nie pasujące do tego - ogromne bogactwo Kapitolu?
Właśnie, Kapitol. Świat plastikowych ludzików, którymi niepodzielnie rządzi prezydent Coriolanus Snow. Już sama niepewności co do jego demokratycznego dojścia do władzy daje do myślenia. To człowiek, który nad wszystkim chce panować, wszystko mieć idealnie pod kontrolą.
Co więc robi, by taki stan rzeczy utrzymać?
Musi utrzymać poparcie swojego ludu. A czego chcą mieszkańcy Kapitolu? Chcą rozrywki. Więc co daje im przywódca, ich "matka"?
Daje im to, czego zapragną. Jednak zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko musi mieć jakieś uzasadnienie, nawet najgłupsze. Więc daje im Głodowe Igrzyska - pod pretekstem kary za bunt Dystryktów przeciwko Kapitolowi. To nie tylko rozrywka dla kapitolińczyków - to także element zastraszenia. Państwo odbiera mieszkańcom Dystryktów to, co dla nich jest ich najcenniejszym skarbem - ich dzieci. Wszystko po to, by zrobić z nich sztuczne laleczki, na które mieszkańcy Kapitolu mogą zwrócić uwagę. I odwrócić ją tym samym od niehumanitarnej polityki ich prezydenta. "Bo po co się buntować, skoro on daje nam wszystko, czego pragniemy?"
Czy kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że Kapitol jest podobny do naszego świata?
W naszej rzeczywistości kilka lat temu zapanowała moda na "nastoletnie gwiazdy". Wszystko po to, by odbiorcy - niczego nieświadoma młodzież - połknęła haczyk i wydawała swój czas oraz pieniądze na gadżety z nimi oraz przez nich promowane.
Historia Katniss i Peety pokazuje, że nigdy nie możemy w 100% ufać takim ludziom. Haymitch i Effie niejednokrotnie mówili im, jak mają się zachowywać, jak mówić, jednym słowem: jaką być osobą, by zaskarbić sobie uwielbienie pośród ludu. Są zmuszeni do odgrywania swoich ról na scenie, która wkrótce mogła stać się ich życiem.
Kiedy w styczniu zeszłego roku byłam w Dubaju, postanowiliśmy z rodzicami jednego wieczoru sprawdzić, co leci w telewizji. Akurat natknęliśmy się na pierwszym lepszym kanale natknęliśmy się na amerykańską edycję X-Factora. Wystąpiła w nim jedna dziewczyna, po której widać było, że ma rzeczywisty talent i nie można go marnować. 3 na 4 osoby zasiadające w jury powiedziały, że bardzo podobał im się występ oraz że życzą jej pomyślnej kariery. Tylko ta jedna osoba (w okropnie sztuczny sposób, nota bene) wyraziła swoje wszędobylskie niezadowolenie i obrzydzenie. Jak się okazało, był to ten sam facet, co odkrył, a raczej wykreował One Direction. Kiedy wystąpiła grupa chłopaków, którzy nie pokazywali nic oryginalnego - po prostu zaśpiewali kawałek dokładnie tak samo jak oryginał. I znowu ten sam scenariusz - 3/4 jury oznajmiło, że nie podobał się im się występ i uzasadnili, dlaczego. A ten gościu po raz kolejny, w sztuczny sposób, zaczął wykrzykiwać wniebogłosy, że ich uwielbia, żeby się nie przejmowali, bo on zrobi z nich gwiazdy...
Pamiętacie, jak Katniss zastanawiała się, czy przez ciągnięcie jej wymyślonego romansu z Peetą kiedyś będzie musiała wyjść za niego za mąż i - o zgrozo - mieć z nim dzieci?
Wielu nie może znieść życia w klatce kłamstwa, dlatego - niczym japońscy samurajowie - decydują się na "honorowe" wyjście z sytuacji? Czasem się dziwimy, kiedy dowiadujemy się , że jakaś znana osoba popełniła samobójstwo. Nierzadko słyszymy i powtarzamy: "Jak on/ona mógł to zrobić? Przecież świat stał przed nim/nią otworem! Mógł/Mogła mieć wszystko, czego dusza zapragnie...".
Ci, którzy przetrwali Igrzyska, często dziwaczeli, głupieli, zostawali alkoholikami i narkomanami. Jak w naszym świecie. Robili wszelkie głupstwa lub zgrywali wielkich mesjaszy i dobroczyńców, by zwrócić na siebie uwagę. (No, może z wyjątkiem Beetee'ego i Wiress, ale to szczegół...)
Są sprzedawani przez tych, którzy nimi rządzą, jak Finnick Odair. Wykorzystywani, manipulowani...
Taki świat zmienił ich nie do poznania, zamienił ich w zupełnie inne osoby. Kiedyś widziałam zdjęcia porównujące Marylę Rodowicz na początku swojej kariery i stan dzisiejszy. Może to nie najlepszy przykład, ale jakiś jest.
Dziwi mnie fakt, że to tak popularne w naszej "cudownej Zachodniej cywilizacji", która jak najbardziej nie popiera jakichkolwiek form przemocy oraz znęcania się nad człowiekiem. Przecież to okrutne, czyż nie?

Kosogłos to część w znacznej mierze odstająca od swoich poprzedniczek, co nie znaczy, że jest gorsza. Pozwolę sobie powrócić do prezydenta Snowa, o którym wspomniałam na początku.
Panem przypomina uciśniony świat, w którym niepodzielnie rządzi okrutny tyran. Każdy rywal musi zniknąć - pamiętacie, co Snow robił w takich sytuacjach i dlaczego zawsze miał przy sobie białą różę, która z czasem stała się jego znakiem rozpoznawczym?
Właśnie. Żadnego buntu, wszystko pod kontrolą władzy.
Kilka miesięcy temu na polskim omawialiśmy obraz Jusepe de Ribery - "Apollo obdzierający ze skóry Marsjasza".
Czyż Marsjasz także nie dokonał buntu (który w jego przypadku był wynikiem zwykłej głupoty i pychy), za który wg Apolla musi zostać ukarany, ponieważ zwykły satyr nie może być przecież lepszy od bóstwa?
Katniss Everdeen to ktoś w rodzaju "pozytywnego Marsjasza".
Jednak nawet w 13 Dystrykcie nie ma wolności od propagandy i sztucznego oblicza idoli. Katniss to tym razem Kosogłos, ktoś kto daje siłę i zachęca do walki rebeliantów z Dystryktów. Kręcenie propagit i włamywanie się do systemu? To normalka w takim świecie.
Wcześniej zarówno Katniss, jak i czytelnicy, byli święcie przekonani co do tego, kto jest wrogiem - Snow. Jednak w tej części ten porządek zostaje zachwiany. Pojawia się pani prezydent Trzynastki - Alma Coin. Faktem jest to, że odbudowała potęgę swojego Dystryktu oraz że dbała o obywateli.
Ale Trzynastka to drapieżnik, który czeka na swój moment.
Pod koniec książki, w chwili, w której Katniss traci ukochaną siostrę Prim i zostaje śmiertelnie poparzona, zarówno w sferze fizycznej, jak i psychicznej, wraz z naszą bohaterką zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że prawdziwym wrogiem wcale może nie być ten, przeciwko komu de facto walczymy, a ten, który przez cały czas zgrywał naszego sojusznika. Na ceremonii mającej na celu publiczne odebranie Snow'owi życia Everdeen wcale nie zabiła jego, tylko Coin.
Dlaczego?
Ponieważ zrozumiała, że jeśli postąpi zgodnie z planem, nic się nie zmieni, może z wyjątkiem ośrodka władzy i nowego dyktatora. To pozwoliło na pierwsze demokratyczne wybory w Panem od ponad siedemdziesięciu lat. 
Jednak Katniss oraz pozostali trybuci* - zwycięzcy, którzy przeżyli, w tym Peeta, są doszczętnie wyniszczeni psychicznie. Dla młodej Everdeen życie nie ma już sensu, pragnie popełnić samobójstwo. Przy życiu trzyma ją jedynie Peeta, który pomaga jej się wyciszyć i uspokoić. Jest w pewnym sensie jej antagonizmem - ona-dziewczyna igrająca z ogniem, on-spokojny chłopiec malujący i piekący swój chleb. I tak w końcu tworzą swoisty związek i mają razem dwójkę dzieci...
Historia kończy się na swój sposób pozytywnie, jednak pewnie nie odpowiada takie zakończenie większości fanów. Dokładnie tak jest z życiem - chcemy je sobie idealnie ułożyć, jednak masa różnych wydarzeń i zbiegów okoliczności sprawia, że wszystko się sypie. 
Jedynie Plutarch Heavensbee, spec od rozrywki, którego poznaliśmy w drugiej części, chyba ma się najlepiej. Nadal zajmuje tym, czym się zajmował, takich ludzi jest wielu. Nic go nie zraniło, dosłownie nic. Podobnie jest u nas, w Polsce. Wielu ludzi, nierzadko byli funkcjonariusze SB mają się dzisiaj dobrze, nawet nasza obecna pani premier była niegdyś aktywnym członkiem komunistycznej partii... ech, takie życie.

Sama nazwa Panem w trzeciej części została wyjaśniona. Panem et circenses - z języka łacińskiego: chleba i igrzysk.

* członkowie igrzysk; z j. ang. tribute - ofiara.



Zasmuca mnie fakt, że dzisiaj z Igrzysk robi się jeden z milionów małych, nierzadko mało mądrych fandomów, a mało kto zastanawia się nad prawdziwym sensem opowieści o futurystycznym państwie Panem i nastolatce, która zmieniła bieg wydarzeń. Ta trylogia nie bez powodu jest adresowana do młodzieży - młodzi to nadzieja na lepszą przyszłość na naprawę błędów poprzednich pokoleń.

Szóstka Wron.