środa, 29 kwietnia 2015
Recenzja książki - "Kapłanka w bieli"
Tytuł: Kapłanka w bieli
Tytuł oryginału: Priestess of the White
Autor: Trudi Canavan
Trylogia: Era pięciorga
Tom: 1
Rok wydania (Australia): 2005
Rok wydania w Polsce: 2009
Gatunek: Fantasy, przygodowe, romans
Opis świata i fabuły
Ithania to kontynent-wyspa, położony na wielkim morzu i właściwie nie wiadomo, co poza nią jest. Dzieli się na Ithanię Północną i Południową. Na północy mieszkają głównie wyznawcy religii cyrkliańskiej, wierzący w pięcioro "prawdziwych" bogów - Chaię, Huan, Lore, Yrannę i Saru. Ów bogowie mają także swoich reprezentantów na ziemi - pięcioro Białych, czyli najważniejszych kapłanów i kapłanek, których zadaniem jest zjednoczenie wszystkich krain w Ithanii Północnej. Główna bohaterka - Auraya - jest ostatnią z wybranych Białych.
Na południu natomiast mieszkają pentadrianie - wyznawcy innego kultu, lecz także uznającego istnienie (co prawda, innego) pięciorga bóstw. Nawzajem z ich północnymi sąsiadami nazywają się poganami i - jak można się spodziewać - sobą gardzą.
Akcja powieści umiejscowiona jest na początku wojny Północy z Południem...
Moja ocena (nie obeszło się bez spoilerów)
Na początek pragnę zaznaczyć, że ta powieść to dla mnie odpoczynek po ciężkim, prawie 1000-stronicowym "Potopie", z którym się męczyłam przez dobre dwa miesiące (nie zrozumcie mnie źle; podobał mi się, jednak po dłuższym czasie jej czytania miałam serdecznie dosyć...).
Wracając do tematu, na pierwszych stronach nie byłam pewna, czy ta lektura była dobrym wyborem,
jednak im więcej stron miałam za sobą, tym chciałam więcej. Nim się obejrzałam, byłam na
dwusetnej stronie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem to się stało, ponieważ od dawna żadna książka mnie tak nie wciągnęła. Cóż, a na temat tej słyszałam różne opinie; moja dobra koleżanka Kaja (znana również pod nickiem Kajax Szyderca) twierdzi, że to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytała. Przeszukując jednak sieć, natknęłam się na wiele wypowiedzi w stylu: "nudna" czy "lejąca się jak flaki z olejem".
Rozmyślając nad tym, doszłam do wniosku, że autorce bardzo dobrze wyszedł świat, w którym dzieje się akcja powieści: krainy i ich kultury, magiczne rasy i zwierzęta, wątek czytania w myślach, a dodatkowo konflikt religijny w tle... w dwóch słowach: moje klimaty:)
Jeśli chodzi o fabułę, to z początku nie rozumiałam, dlaczego autorka otworzyła wiele wątków naraz, jakby nie mogła się zdecydować, na czym się skupić. W oszałamiająco krótkim czasie zrozumiałam jednak, że to się nie dzieje bez powodu - wszystko zaczyna się zlewać w jedną, kompletną całość, dąży do jakiegoś celu.
Co do bohaterów - rozpocznijmy od Aurai, tytułowej Kapłanki w bieli. Cóż, jeśli chodzi o nią, to
mam mieszane uczucia; z jednej strony jest utalentowana, pracowita, dobra, mądra, lecz z drugiej nie mogę się dopatrzeć u niej jakichkolwiek wad czy cech charakteru, które by ją wyróżniały spośród innych. I choć lubię czytać fragmenty z nią w roli głównej (chyba chodzi tutaj o poznawanie Ithanii), to jednak nic wielkiego właściwie do niej nie czuję. Ot, typowa bohaterka po tzw. stronie dobrej.
Co innego jest z Emerahl, wiedźmą, która umie zmieniać swój wiek. Odkąd doszłam do pierwszej części z nią w roli głównej, zastanawiałam się, jak długo pozostanie w tej swojej latarni morskiej. Nie musiałam długo czekać, gdyż niespodziewanie historia wywinęła takiego fikołka, i jeszcze było to tak umiejętnie zrobione, że autorce tylko gratulować:)
Kolejną postacią, którą przygotowałam sobie to omówienia jest Tryss - nastoletni chłopak rasy Siyee. Jego wątek mnie urzekł, jednak i tutaj nie obyło się bez schematów. Jet on marzycielem i wynalazcą, ciągle gnębionym (prawie jak Kopciuszek) przez swoich kuzynów. Oczywiście, jak w przypadku każdego takiego bohatera, pojawia się również dziewczyna, która odrzuca zaloty dwójki kuzynów dla Tryssa. Co prawda, Drilli wydała mi się dość interesującą postacią sama w sobie, ma w sobie to coś,
że chce się ją lubić. Tak po prostu.
Ponadto, spodobało mi się to, że autorka dała ukochanemu Aurai - Leiardowi - własny wątek. Rzadko się w literaturze stykam z motywem czytania w myślach, a jeszcze rzadziej z takim umiejętnie zrobionym. A jeszcze rzadziej z wątkiem przejęcia czyjegoś umysłu i utratą własnej jaźni.
Cóż, na koniec muszę przyznać, że to bardzo dobrze napisany kawałek literatury (a już fakt, że Auraya jest jaka jest można przeboleć) i gorąco polecam go, zwłaszcza osobom, które jeszcze nie zetknęły się z twórczością pani Canavan:)
Pozdrawiam
horsefan
P.S. Życzę miłej majówki;)
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Najstarsza książka na mojej półce
Witajcie zacni Czytelnicy!
Dzisiaj trochę historycznie... zacznijmy od tego, że w ten czwartek wybieram się za wschodnią granicę, do Lwowa. Jednym z licznych powodów, dla których się tam właśnie wybieram jest to, co widzicie w temacie tego posta.
Krótki wstęp był, a teraz jedźmy z tym koksem.
Sierpień 2014 (tak, to wtedy ona trafiła po raz pierwszy do moich rąk)
Jarmark Dominikański powoli się kończył. Wokoło było pełno ludzi i rozłożonych kramów. Jaka szkoda, że nie jest to już ten sam, na swój sposób magiczny jarmark, który ściągał tłumy z całej Rzeczpospolitej i reszty Europy. Dzisiaj to tylko tani sposób na szybkie zarobienie pieniędzy. Nawet pchli targ jest wypchany po brzegi okropnymi tandetami. Na jednym z namiotów wisiała nawet tabliczka "Tanie Antyki" - tylko jak antyki, ekhem, mogą być tanie?
Był wieczór, od Motławy wiał chłodny, przyjemny wiaterek (nie licząc faktu, że nieźle capił... kanałami). Kręciłam się w okolicy z wujkiem i kuzynką z Krakowa, którym auto się w drodze domu zepsuło i się u nas na jeden dzień zatrzymali. Dodatkowo, towarzyszyła nam jeszcze moja mama.
Robiliśmy to, co robią typowi turyści i (nie)turyści na jarmarku; oglądaliśmy, zjedliśmy po kanapce ze smalcem z okolicznego kramu, jeszcze raz oglądaliśmy i zastanawialiśmy się nad kupnem. W ostateczności jednak albo stwierdzaliśmy, że przedmiot, który chcieliśmy nabyć jest tandetną podróbą, albo odstraszała nas cena.
Jednak idąc w okolicach słynnego Żurawia, natknęliśmy się na antykwariat. Ot tak, wciśnięty nieco w kamienicę, pomiędzy kramami z bursztynową biżuterią i pamiątkami. Zaczęliśmy przeglądać; kilka starych płyt, gazet i czasopism z czasów PRL-u i jeszcze starsze encyklopedie.
Moja kuzynka była wniebowzięta; po pogrzebaniu nieco w górze gratów wystawionej na widok publiczny, stwierdziła, że chce pierwszy tom jakiejś encyklopedii medycznej, bodajże z lat pięćdziesiątych.
- Tata, a mogę ją sobie kupić? - zapytała Anka, robiąc minę niewiniątka. Trochę to dziwnie, zważając na również na fakt, że Ania we wrześniu miała iść do pierwszej liceum i - jakby to ujęła nasza babcia - to już nam trochę nie wypada.
A tata Anki z początku marudził; że na pociąg im nie starczy, a jak zostanie, to nie będą mieli na jedzenie itp. itd. W końcu jednak udało się jej przekonać ojca na zakup, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie w drodze żadnych zachcianek.
A ja co? Dalej oglądałam. I zobaczyłam tę książkę. Znajdowała się na stercie wewnątrz sklepu (a może to na nią sprzedawczyni pokazała? już nie pamiętam...). Była bardziej posklejana od reszty, bardziej sztywna i wyniszczona. Zajrzałam na początek i...
...moim oczom ukazał się wyraźny napis:
"Nie, to musi być sen" - wymamrotałam do siebie w głowie. Bo to przecież w moim odczuciu było niemożliwe. A jednak działo się naprawdę.
Od razy jej zapragnęłam. Spytałam się mamy, czy to znajduje się w naszych możliwościach finansowych. Cóż, ujmę to tak, że po kilku prośbach o obniżenie ceny (sprzedawczyni była nader nieugięta) kupiliśmy ją za ponad dwieście złotych. Ale było warto.
Ogólnie, książka jest napisana dość - jak na moje kryteria - poetyckim językiem, wyjawiającym wyższe wykształcenie autorki. Czasem mnie bawi, czasem dziwi... ogółem, ciekawe źródło informacji.
Oto jeden z fragmentów ze str. 93:
Podobają mi się także ilustracje. Nie wiem czemu, ale kojarzą mi się z jakąś ryciną czy stylizowanym na nią przestarzałym komiksem.
Najbardziej w tej książce urzeka mnie to, o czym wspomniałam na początku; za każdym razem, kiedy trzymam ją w ręku, zachodzę w głowę, ile ludzi ją przede mną czytało czy miało na własność. Czy jeszcze żyją, czy już zdążyli pożegnać się z tym światem? Czy naprawdę ludzie - jeszcze przecież stosunkowo niedawno - rzeczywiście się zachowywali tak, jak to jest opisane w tej książce?
Jakim cudem ona przetrwała II Wojnę Światową? (Wiem, to ostatnie brzmi absurdalnie, ale to właśnie mnie w niej interesuje.)
Cóż, niedługo wyprawa do Lwowa! Spodziewajcie się zdjęć i opisów wyprawy!
Pozdrawiam
horsefan
Dzisiaj trochę historycznie... zacznijmy od tego, że w ten czwartek wybieram się za wschodnią granicę, do Lwowa. Jednym z licznych powodów, dla których się tam właśnie wybieram jest to, co widzicie w temacie tego posta.
Krótki wstęp był, a teraz jedźmy z tym koksem.
*
Pachnie kurzem, czyli zapewne jest domem dla miliardów roztoczy. Kiedy ją czytam, łzawią mi oczy i kicham co kilka minut, jeśli nie sekund. Ale nie mogę się oderwać. Przewracam sztywne kartki, oglądam obrazki, czytam te akapity, które uznaję za ciekawe.
Trudno się ją czyta i myśli, ile to ludzi miało już ją w rękach. Sądząc po roku wydania, pewnie już część z nich już nie żyje. A ilu mogło zginąć od jakiejś broni...
Sierpień 2014 (tak, to wtedy ona trafiła po raz pierwszy do moich rąk)
Jarmark Dominikański powoli się kończył. Wokoło było pełno ludzi i rozłożonych kramów. Jaka szkoda, że nie jest to już ten sam, na swój sposób magiczny jarmark, który ściągał tłumy z całej Rzeczpospolitej i reszty Europy. Dzisiaj to tylko tani sposób na szybkie zarobienie pieniędzy. Nawet pchli targ jest wypchany po brzegi okropnymi tandetami. Na jednym z namiotów wisiała nawet tabliczka "Tanie Antyki" - tylko jak antyki, ekhem, mogą być tanie?
Był wieczór, od Motławy wiał chłodny, przyjemny wiaterek (nie licząc faktu, że nieźle capił... kanałami). Kręciłam się w okolicy z wujkiem i kuzynką z Krakowa, którym auto się w drodze domu zepsuło i się u nas na jeden dzień zatrzymali. Dodatkowo, towarzyszyła nam jeszcze moja mama.
Robiliśmy to, co robią typowi turyści i (nie)turyści na jarmarku; oglądaliśmy, zjedliśmy po kanapce ze smalcem z okolicznego kramu, jeszcze raz oglądaliśmy i zastanawialiśmy się nad kupnem. W ostateczności jednak albo stwierdzaliśmy, że przedmiot, który chcieliśmy nabyć jest tandetną podróbą, albo odstraszała nas cena.
Jednak idąc w okolicach słynnego Żurawia, natknęliśmy się na antykwariat. Ot tak, wciśnięty nieco w kamienicę, pomiędzy kramami z bursztynową biżuterią i pamiątkami. Zaczęliśmy przeglądać; kilka starych płyt, gazet i czasopism z czasów PRL-u i jeszcze starsze encyklopedie.
Moja kuzynka była wniebowzięta; po pogrzebaniu nieco w górze gratów wystawionej na widok publiczny, stwierdziła, że chce pierwszy tom jakiejś encyklopedii medycznej, bodajże z lat pięćdziesiątych.
- Tata, a mogę ją sobie kupić? - zapytała Anka, robiąc minę niewiniątka. Trochę to dziwnie, zważając na również na fakt, że Ania we wrześniu miała iść do pierwszej liceum i - jakby to ujęła nasza babcia - to już nam trochę nie wypada.
A tata Anki z początku marudził; że na pociąg im nie starczy, a jak zostanie, to nie będą mieli na jedzenie itp. itd. W końcu jednak udało się jej przekonać ojca na zakup, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie w drodze żadnych zachcianek.
A ja co? Dalej oglądałam. I zobaczyłam tę książkę. Znajdowała się na stercie wewnątrz sklepu (a może to na nią sprzedawczyni pokazała? już nie pamiętam...). Była bardziej posklejana od reszty, bardziej sztywna i wyniszczona. Zajrzałam na początek i...
...moim oczom ukazał się wyraźny napis:
"Złożono i odbito w drukarni Jana Żydaczewskiego we Lwowie; opracowano graficznie w państwowym wydawnictwie książek szkolnych we Lwowie; roboty introligatorskie wykonał zakład J. Legeżyńskiego we Lwowie..."A na samym dole kolejna niespodzianka. Rok wydania to... 1938.
"Nie, to musi być sen" - wymamrotałam do siebie w głowie. Bo to przecież w moim odczuciu było niemożliwe. A jednak działo się naprawdę.
Od razy jej zapragnęłam. Spytałam się mamy, czy to znajduje się w naszych możliwościach finansowych. Cóż, ujmę to tak, że po kilku prośbach o obniżenie ceny (sprzedawczyni była nader nieugięta) kupiliśmy ją za ponad dwieście złotych. Ale było warto.
![]() |
| Ups, trochę się niewyraźnie wyszło;( |
Oto jeden z fragmentów ze str. 93:
"Rozmowa nie powinna być zbyt hałaśliwa i krzykliwa. Śmiech zbyt głośny nie powinien strącać obrazów ze ścian. [...] Wpadać komuś w słowa, przerywać, narzucać się z anegdotkami, gdy widzimy wokół niewątpliwą do nich niechęć, popisywanie się - bez wyraźnego zaproszenia - jakimiś sztuczkami - są to rzeczy, które muszą być wykluczone w obcowaniu z ludźmi. [...]"(Znalazłam go przez dosłowny przypadek, przerzucając strony w trakcie pisania tego posta.)
Podobają mi się także ilustracje. Nie wiem czemu, ale kojarzą mi się z jakąś ryciną czy stylizowanym na nią przestarzałym komiksem.
![]() |
| Strony nieco wyniszczone, eh... |
Najbardziej w tej książce urzeka mnie to, o czym wspomniałam na początku; za każdym razem, kiedy trzymam ją w ręku, zachodzę w głowę, ile ludzi ją przede mną czytało czy miało na własność. Czy jeszcze żyją, czy już zdążyli pożegnać się z tym światem? Czy naprawdę ludzie - jeszcze przecież stosunkowo niedawno - rzeczywiście się zachowywali tak, jak to jest opisane w tej książce?
Jakim cudem ona przetrwała II Wojnę Światową? (Wiem, to ostatnie brzmi absurdalnie, ale to właśnie mnie w niej interesuje.)
Cóż, niedługo wyprawa do Lwowa! Spodziewajcie się zdjęć i opisów wyprawy!
Pozdrawiam
horsefan
środa, 1 kwietnia 2015
Czy wśród nas są postacie z mitologii? cz. 1
Witam ponownie na moim zacnym blogu wszystkich wędrowców zagubionych w odmętach Internetu!
Co się z horsefanem działo przez ostatni miesiąc? Otóż, spadła na mnie cała masa zadań oraz ktoś (czyżby złośliwy Los?) rzucił na mnie klątwę, zwaną poniekąd Brakiem Weny Pisarskiej.
Dobra, teraz na poważnie. Skąd taki temat posta? Cóż, cofnijmy się w czasie, daleko, daleko, do grudnia zeszłego roku.
Wszystko zaczęło się od... lekcji polskiego, która miała wówczas miejsce. Właśnie kończyliśmy przerabiać Mitologię Parandowskiego i mój polonista postanowił, że chce zadać uczniom prezentacje, na dodatkowe punkty, rzecz jasna.
Padło kilka tematów. Pamiętam, że pierwszy z nich brzmiał: Mitologiczne związki frazeologiczne, czy jakoś tak... reszta była mniej więcej tego pokroju.
I nagle coś zupełnie nowego: Mity greckie i psychologia.
Zapada cisza.
Przerwałam ją - oczywiście - ja. Czemu? Sama nie pamiętam, dlaczego podniosłam tę rękę. Chyba chciałam się zapytać pana o inną pracę... a może chciałam poprosić o zwykłą możliwość wyjścia do toalety?
A tu klops.
- O, Zosia, świetnie! - ucieszył się mój nauczyciel.
- Eee, proszę pana, ja chciałam... - głos ugrzązł mi w gardle.
- Możesz to zrobić, tak?
- Ja właściwie...
- Tak? To świetnie, ponieważ to bardzo trudny temat! Brawa dla Zosi!
Niektórzy członkowie mojej klasy tylko spojrzeli na mnie z lekkim współczuciem.
Po prostu świetnie.
Na początek powiedzmy, że nie miałam wówczas pojęcia, jak się zabrać do pracy. Materiały jakie posiadam okazały się zbyt małe, bym mogła podołać zadaniu. Lecz w takiej sytuacji postanowiłam się nie załamywać i szukać tych materiałów gdzie indziej, skoro nie mam ich w domu.
I znalazłam książkę w dziale PODRĘCZNIKI w zakładce... DLA STUDENTA. Nosiła tytuł: Psychologia mitów greckich. Sprzedawca w Empiku twierdził, że to ostatnia w mieście, więc wzięłam ją od razu, bez większego zastanowienia.
Cóż więcej? Prezentacja poszła całkiem dobrze i dostałam swoje upragnione punkty dodatkowe, jednak na początku stycznia wpadłam na cudowny pomysł podzielenia się ów prezentacją ze światem. I rzeczywiście - zaczęłam pisać dłuuuugiego posta, którego planowałam najpierw opublikować w tym samym miesiącu, tj. styczniu.
A potem w lutym.
A później w marcu.
W końcu doszło do kwietnia i... nie wytrzymałam. Rozdzieliłam to na części i tak oto narodziła się ta seria.
Zapraszam do lektury... dzisiejszy temat to Kora i Demeter!
Pamiętam chwile, kiedy byłam mała i prosiłam kogoś z rodziny o
przeczytanie mi tego konkretnego mitu; zazwyczaj była to mama lub
babcia.
Demeter, bogini urodzaju, miała z Zeusem córkę - Korę, co z greckiego znaczy po prostu "Dziewczyna". I rzeczywiście, Kora była taką dziewczynką, której świat był szczelnie zamknięty przez matkę. Aż do pewnego dnia, kiedy Kora, tak jak dzień w dzień, postanowiła zebrać kolejny bukiet kwiatów na łące. Bogini zakazała jej zbierać tylko jednego gatunku - narcyzów. Jednak chwila nieuwagi wystarczyła, by straciła córkę z pola widzenia.
Okazję wykorzystał pan Podziemia - Hades. Kiedy Kora - niczego nieświadoma - złamała zakaz matki, zbliżając się do narcyza, wyłonił się spod powierzchni Ziemi na swym rydwanie i porwał Korę do swojego królestwa.
Gdy Demeter zrozumiała, co się stało, wpadła w rozpacz, a wraz z nią - cała przyroda. Mijały dni, miesiące... Demeter wędrowała po świecie, zrozpaczona utratą córki. Brakowało plonów, ludzie głodowali... (no, może z wyjątkiem mieszkańców jednego miasta - Eleusis, gdzie sama rodzina królewska zajęła się boginią, ale to inna historia). Powróciła na Olimp, by ostatecznie poprosić ojca Kory - Zeusa - o pomoc. Ale były mąż nie był skory do pomocy, gdyż sam wcześniej zaaranżował porwanie wraz z Hadesem. Gdy Demeter się o tym dowiedziała, jej smutek i tęsknota przerodziły się w śmiercionośny gniew. Od razu zażądała od Zeusa oddania córki - przeciwnym razie wszyscy ludzie na świecie umrą z głodu i - co ważniejsze - nie będzie więcej ofiar dla bogów.
Ostatecznie władca niebios wysłuchał jej. Od razu nakazał bratu wypuścić Korę. Gdy młoda bogini powróciła do Świata Żywych, pojawił się pewien problem. Przebywając w królestwie Hadesa, córka zjadła kilka pestek granatu. Zjedzenie czegoś w Krainie Umarłych oznaczało wieczne związanie się z tamtym miejscem. Wówczas Zeus postanowił, że dziewięć miesięcy w roku Kora będzie spędzać z matką, zaś pozostałe trzy będzie królową Świata Zmarłych - Persefoną.
Weźmy ten mit pod lupę. Demeter jest matką oddaną swojemu dziecku, poświęca mu cały swój wolny czas. Nie traktuje dziecka przedmiotowo, jak własność, tak jak to czyni Hera. Już samo jej imię coś zdradza - Demeter. Słowo meter w języku greckim znaczy matka. To pokazuje nam, jak ważną rolę w społecznościach greckich miała postać takiej matki. To pojawia się również w innych kulturach:
Teraz przejdźmy do psychologii jednostki. Kiedyś, na pewnym internetowym forum, przeczytałam skargi 17-letniej wówczas dziewczyny, która skarżyła się, że ma nadopiekuńczych rodziców. Opisała, że nadal podchodzą do niej, jakby była o co najmniej 10 lat młodsza, nie pozwalają jej normalnie spotykać się ze znajomymi i we wszystkim chcą ją wyręczać. Zapadły mi w pamięci jej słowa: "To przez nich jestem taka niesamodzielna, nie umiem zawrzeć normalnej znajomości...". Właśnie. Demeter chciała zachować Korę przede wszystkim dla siebie, wręcz ją uważała za część siebie. Nie pozwalała jej stać się kobietą. Takie matki nie rozumieją, że ich funkcja wraz z dorastaniem córki powinna przejść na "wyższy poziom", czyli oczu i uszu dziecka powinna przyjąć formę starszej, bardziej doświadczonej przyjaciółki. Kiedy spojrzymy na tę interpretację z pewnego punktu widzenia, możemy powiedzieć, że im dłużej córka nie będzie dorastać, tym większa szansa, że wpadnie w ręce psychopaty, alkoholika, narkomana itp. To dlatego Demeter wpadła w szał po odejściu córki. Nie mogła pogodzić się z tym, że na wieczność traci swoje maleństwo. Jednak Hades niekoniecznie musi być psychopatą - to silny mężczyzna, który jest gotów postawić się "reżimowi" potencjalnej teściowej.
A dojrzały mężczyzna potrzebuje miłości dojrzałej kobiety, a nie małego, bezbronnego dziecka, czyż nie?
W jednej z wersji tego mitu, którą znam z dzieciństwa, jest powiedziane, że Kora w królestwie męża nosi imię Persefona. To jeszcze bardziej pokazuje, że z małej dziewczynki stała się kobietą, zdolną do podejmowania własnych decyzji i posiadającą własne zdanie. Kiedy Hades oddał Korę matce, Demeter także mogła się czegoś nauczyć od własnej córki i pogodzić się z faktem, że nie zawsze będzie dla niej oczami i uszami...
W micie opowieść kończy się dobrze, jednak w prawdziwym życiu nie zawsze tak jest. Jak wspominałam, im dłużej córka nie pozna dorosłego świata, tym większa szansa, że kiedy w końcu wejdźcie do tego świata, to stanie jej się krzywda, którą - wbrew pozorom - nie musi być psychopatyczny partner. Takie dziewczęta, zwłaszcza pochodzące ze skrajnych rodzin, w których ojciec np. pił, nie mogą - w przeciwieństwie do swoich dojrzalszych rówieśniczek - pojąć, że mężczyzna i kobieta muszą się uzupełniać w codziennym życiu. Uważają mężczyzn za wrogów, za źródło wszelkiego zła. Tak rodzą się organizacje "feministyczne" - piszę w cudzysłowie, ponieważ nie ma to zbyt wiele wspólnego z prawdziwym feminizmem, czyli wiarą w równość niezależną od płci. Takie kobiety są, co prawda zaradne i w miarę samodzielnie, ale wyznają skrajne ideologie i często wybierają orientację lesbijską, co - wg psychologów - stanowi pewien rodzaj ucieczki przed zaborczą matką, ale również to trwanie w świecie, do którego mężczyzna nie ma dostępu.
Ludzka psychika to naprawdę niesamowity mechanizm.
U wcześniej przeze mnie wspominanych Słowian bogini Mokosz mogła karmić swoim "mlekiem" i dawać życie, ale za dużo deszczu wywoływało powódź i mogło zabić to, co w życiu jest najpiękniejsze... A ten grecki mit to obrazuje, czyż nie?
Ciekawostka [jeśli nie chcesz mieć zepsutego dzieciństwa, nie czytaj...]
Podobny motyw można również znaleźć w popkulturze.
Kiedy byłam nieco młodsza, uwielbiałam film Disney'a pt. "Zaplątani". Od tamtego czasu bardzo zmienił się sposób w jaki patrzę na tę bajkę, min. przez tę - z pozoru zwykłą - prezentację do szkoły. Dlaczego? Występuje w niej ten sam motyw, co w tym micie. Gertruda nie chciała pozwolić Roszpunce dojrzeć, ponieważ chciała zachować ją wyłącznie dla siebie. Od Demeter różni ją jednak to, że w przeciwieństwie do bogini, nie kochała córki i miała ją jedynie za źródło młodości. Źródło młodości...? Może tym dla takich matek są ich córki? Może zbytnio przypominają im utracone lata...
Cóż więcej? Teraz tylko kontynuować...
Pozdrawiam i życzę miłej Wielkanocy:)
horsefan
Co się z horsefanem działo przez ostatni miesiąc? Otóż, spadła na mnie cała masa zadań oraz ktoś (czyżby złośliwy Los?) rzucił na mnie klątwę, zwaną poniekąd Brakiem Weny Pisarskiej.
Dobra, teraz na poważnie. Skąd taki temat posta? Cóż, cofnijmy się w czasie, daleko, daleko, do grudnia zeszłego roku.
Wszystko zaczęło się od... lekcji polskiego, która miała wówczas miejsce. Właśnie kończyliśmy przerabiać Mitologię Parandowskiego i mój polonista postanowił, że chce zadać uczniom prezentacje, na dodatkowe punkty, rzecz jasna.
Padło kilka tematów. Pamiętam, że pierwszy z nich brzmiał: Mitologiczne związki frazeologiczne, czy jakoś tak... reszta była mniej więcej tego pokroju.
I nagle coś zupełnie nowego: Mity greckie i psychologia.
Zapada cisza.
Przerwałam ją - oczywiście - ja. Czemu? Sama nie pamiętam, dlaczego podniosłam tę rękę. Chyba chciałam się zapytać pana o inną pracę... a może chciałam poprosić o zwykłą możliwość wyjścia do toalety?
A tu klops.
- O, Zosia, świetnie! - ucieszył się mój nauczyciel.
- Eee, proszę pana, ja chciałam... - głos ugrzązł mi w gardle.
- Możesz to zrobić, tak?
- Ja właściwie...
- Tak? To świetnie, ponieważ to bardzo trudny temat! Brawa dla Zosi!
Niektórzy członkowie mojej klasy tylko spojrzeli na mnie z lekkim współczuciem.
Po prostu świetnie.
Na początek powiedzmy, że nie miałam wówczas pojęcia, jak się zabrać do pracy. Materiały jakie posiadam okazały się zbyt małe, bym mogła podołać zadaniu. Lecz w takiej sytuacji postanowiłam się nie załamywać i szukać tych materiałów gdzie indziej, skoro nie mam ich w domu.
I znalazłam książkę w dziale PODRĘCZNIKI w zakładce... DLA STUDENTA. Nosiła tytuł: Psychologia mitów greckich. Sprzedawca w Empiku twierdził, że to ostatnia w mieście, więc wzięłam ją od razu, bez większego zastanowienia.
![]() |
| A książka prezentuje się właśnie tak:) |
Cóż więcej? Prezentacja poszła całkiem dobrze i dostałam swoje upragnione punkty dodatkowe, jednak na początku stycznia wpadłam na cudowny pomysł podzielenia się ów prezentacją ze światem. I rzeczywiście - zaczęłam pisać dłuuuugiego posta, którego planowałam najpierw opublikować w tym samym miesiącu, tj. styczniu.
A potem w lutym.
A później w marcu.
W końcu doszło do kwietnia i... nie wytrzymałam. Rozdzieliłam to na części i tak oto narodziła się ta seria.
Zapraszam do lektury... dzisiejszy temat to Kora i Demeter!
![]() |
| Źródło: polskapersopedia.wikia.com |
Demeter, bogini urodzaju, miała z Zeusem córkę - Korę, co z greckiego znaczy po prostu "Dziewczyna". I rzeczywiście, Kora była taką dziewczynką, której świat był szczelnie zamknięty przez matkę. Aż do pewnego dnia, kiedy Kora, tak jak dzień w dzień, postanowiła zebrać kolejny bukiet kwiatów na łące. Bogini zakazała jej zbierać tylko jednego gatunku - narcyzów. Jednak chwila nieuwagi wystarczyła, by straciła córkę z pola widzenia.
Okazję wykorzystał pan Podziemia - Hades. Kiedy Kora - niczego nieświadoma - złamała zakaz matki, zbliżając się do narcyza, wyłonił się spod powierzchni Ziemi na swym rydwanie i porwał Korę do swojego królestwa.
Gdy Demeter zrozumiała, co się stało, wpadła w rozpacz, a wraz z nią - cała przyroda. Mijały dni, miesiące... Demeter wędrowała po świecie, zrozpaczona utratą córki. Brakowało plonów, ludzie głodowali... (no, może z wyjątkiem mieszkańców jednego miasta - Eleusis, gdzie sama rodzina królewska zajęła się boginią, ale to inna historia). Powróciła na Olimp, by ostatecznie poprosić ojca Kory - Zeusa - o pomoc. Ale były mąż nie był skory do pomocy, gdyż sam wcześniej zaaranżował porwanie wraz z Hadesem. Gdy Demeter się o tym dowiedziała, jej smutek i tęsknota przerodziły się w śmiercionośny gniew. Od razu zażądała od Zeusa oddania córki - przeciwnym razie wszyscy ludzie na świecie umrą z głodu i - co ważniejsze - nie będzie więcej ofiar dla bogów.
Ostatecznie władca niebios wysłuchał jej. Od razu nakazał bratu wypuścić Korę. Gdy młoda bogini powróciła do Świata Żywych, pojawił się pewien problem. Przebywając w królestwie Hadesa, córka zjadła kilka pestek granatu. Zjedzenie czegoś w Krainie Umarłych oznaczało wieczne związanie się z tamtym miejscem. Wówczas Zeus postanowił, że dziewięć miesięcy w roku Kora będzie spędzać z matką, zaś pozostałe trzy będzie królową Świata Zmarłych - Persefoną.
Weźmy ten mit pod lupę. Demeter jest matką oddaną swojemu dziecku, poświęca mu cały swój wolny czas. Nie traktuje dziecka przedmiotowo, jak własność, tak jak to czyni Hera. Już samo jej imię coś zdradza - Demeter. Słowo meter w języku greckim znaczy matka. To pokazuje nam, jak ważną rolę w społecznościach greckich miała postać takiej matki. To pojawia się również w innych kulturach:
- Starożytny Egipt - Izyda kochała swojego męża, Ozyrysa, tak bardzo, że była gotowa zaryzykować w każdej chwili, byleby odnaleźć każdy kolejny kawałek jego poćwiartowanego ciała. (W dodatku miała na głowie inne obowiązki, jak wychowanie syna - Horusa.) W ten sposób Izyda miała być przykładem oddania i wierności małżeńskiej.
- Chrześcijaństwo (katolicyzm, prawosławie) - kult Marii jako Matki Boskiej wynika z pewnej potrzeby matki, gdyż to do niej zawsze uciekamy w najtrudniejszych chwilach (dowodem tego jest choćby katolicka modlitwa "Pod Twoją Obronę"). Należy również zwrócić uwagę na fakt, że kult Matki Boskiej jest najsilniejszy w krajach, których mieszkańcy doświadczyli wiele cierpienia na przestrzeni wieków, np. w Polsce czy w Meksyku.
- Plemiona pierwotne - kult Matki Natury można spotkać również w wielu innych wierzeniach. Np. u wyznawców japońskiej religii shinto czy u członków sekt New Age wynika to najprawdopodobniej z szacunku do Ziemi jako rodzicielki, jako matki wszelkiego stworzenia, a to właśnie człowiek - zły i egoistyczny - niszczy ją niczym pasożyt. Jest to jedna z form kultury matriarchalnej, której również i u nas - w kulturze Zachodniej - powoli ustępuje bardziej prymitywny patriarchat. Pozwolę sobie również dodać, że taki kult był bardzo rozwinięty u Słowian - Mokosz, Matka-Ziemia, dawała ludziom, zwierzętom i roślinom swoje mleko w postaci cennego deszczu, dlatego wszystkiemu, co od niej pochodziło, należał się szacunek.
Teraz przejdźmy do psychologii jednostki. Kiedyś, na pewnym internetowym forum, przeczytałam skargi 17-letniej wówczas dziewczyny, która skarżyła się, że ma nadopiekuńczych rodziców. Opisała, że nadal podchodzą do niej, jakby była o co najmniej 10 lat młodsza, nie pozwalają jej normalnie spotykać się ze znajomymi i we wszystkim chcą ją wyręczać. Zapadły mi w pamięci jej słowa: "To przez nich jestem taka niesamodzielna, nie umiem zawrzeć normalnej znajomości...". Właśnie. Demeter chciała zachować Korę przede wszystkim dla siebie, wręcz ją uważała za część siebie. Nie pozwalała jej stać się kobietą. Takie matki nie rozumieją, że ich funkcja wraz z dorastaniem córki powinna przejść na "wyższy poziom", czyli oczu i uszu dziecka powinna przyjąć formę starszej, bardziej doświadczonej przyjaciółki. Kiedy spojrzymy na tę interpretację z pewnego punktu widzenia, możemy powiedzieć, że im dłużej córka nie będzie dorastać, tym większa szansa, że wpadnie w ręce psychopaty, alkoholika, narkomana itp. To dlatego Demeter wpadła w szał po odejściu córki. Nie mogła pogodzić się z tym, że na wieczność traci swoje maleństwo. Jednak Hades niekoniecznie musi być psychopatą - to silny mężczyzna, który jest gotów postawić się "reżimowi" potencjalnej teściowej.
A dojrzały mężczyzna potrzebuje miłości dojrzałej kobiety, a nie małego, bezbronnego dziecka, czyż nie?
W jednej z wersji tego mitu, którą znam z dzieciństwa, jest powiedziane, że Kora w królestwie męża nosi imię Persefona. To jeszcze bardziej pokazuje, że z małej dziewczynki stała się kobietą, zdolną do podejmowania własnych decyzji i posiadającą własne zdanie. Kiedy Hades oddał Korę matce, Demeter także mogła się czegoś nauczyć od własnej córki i pogodzić się z faktem, że nie zawsze będzie dla niej oczami i uszami...
W micie opowieść kończy się dobrze, jednak w prawdziwym życiu nie zawsze tak jest. Jak wspominałam, im dłużej córka nie pozna dorosłego świata, tym większa szansa, że kiedy w końcu wejdźcie do tego świata, to stanie jej się krzywda, którą - wbrew pozorom - nie musi być psychopatyczny partner. Takie dziewczęta, zwłaszcza pochodzące ze skrajnych rodzin, w których ojciec np. pił, nie mogą - w przeciwieństwie do swoich dojrzalszych rówieśniczek - pojąć, że mężczyzna i kobieta muszą się uzupełniać w codziennym życiu. Uważają mężczyzn za wrogów, za źródło wszelkiego zła. Tak rodzą się organizacje "feministyczne" - piszę w cudzysłowie, ponieważ nie ma to zbyt wiele wspólnego z prawdziwym feminizmem, czyli wiarą w równość niezależną od płci. Takie kobiety są, co prawda zaradne i w miarę samodzielnie, ale wyznają skrajne ideologie i często wybierają orientację lesbijską, co - wg psychologów - stanowi pewien rodzaj ucieczki przed zaborczą matką, ale również to trwanie w świecie, do którego mężczyzna nie ma dostępu.
Ludzka psychika to naprawdę niesamowity mechanizm.
U wcześniej przeze mnie wspominanych Słowian bogini Mokosz mogła karmić swoim "mlekiem" i dawać życie, ale za dużo deszczu wywoływało powódź i mogło zabić to, co w życiu jest najpiękniejsze... A ten grecki mit to obrazuje, czyż nie?
Ciekawostka [jeśli nie chcesz mieć zepsutego dzieciństwa, nie czytaj...]
Podobny motyw można również znaleźć w popkulturze.
Kiedy byłam nieco młodsza, uwielbiałam film Disney'a pt. "Zaplątani". Od tamtego czasu bardzo zmienił się sposób w jaki patrzę na tę bajkę, min. przez tę - z pozoru zwykłą - prezentację do szkoły. Dlaczego? Występuje w niej ten sam motyw, co w tym micie. Gertruda nie chciała pozwolić Roszpunce dojrzeć, ponieważ chciała zachować ją wyłącznie dla siebie. Od Demeter różni ją jednak to, że w przeciwieństwie do bogini, nie kochała córki i miała ją jedynie za źródło młodości. Źródło młodości...? Może tym dla takich matek są ich córki? Może zbytnio przypominają im utracone lata...
Cóż więcej? Teraz tylko kontynuować...
Pozdrawiam i życzę miłej Wielkanocy:)
horsefan
sobota, 21 lutego 2015
Igrzyska Śmierci z filozoficznego punktu widzenia
UWAGA!
Poniższy post może zawierać poważne spoilery dotyczące trylogii Igrzyska śmierci autorstwa S. Collins. Czytasz na własną odpowiedzialność.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Igrzyskach, zapytałam kilku moich znajomych, co myślą o całej trylogii. Gdyby zebrać wszystkie wypowiedzi razem, brzmiałoby to mniej więcej tak: pierwsza część całkiem spoko, najbardziej ekscytującą i tym samym najlepszą jest W pierścieniu ognia, a najnudniejsza i najgorsza to Kosogłos.
Akcja, zawsze akcja...
Na początek mam do Was pytanie:
Czy kiedykolwiek usiłowaliście spojrzeć na tę trylogię niekoniecznie jak na powieści science-fiction dla młodzieży?
Jeśli Wasza odpowiedź brzmi: tak, to macie ode mnie plusa. Jeśli była ona negatywna, to nie jest to powodem do jakichkolwiek zmartwień, ponieważ większość osób, która kiedykolwiek czytała te książki, nie myślała w ten sposób. Po prostu czytajcie dalej.

Jakie były Wasze pierwsze reakcje na biedę panującą w dystryktach i - wręcz zupełnie nie pasujące do tego - ogromne bogactwo Kapitolu?
Właśnie, Kapitol. Świat plastikowych ludzików, którymi niepodzielnie rządzi prezydent Coriolanus Snow. Już sama niepewności co do jego demokratycznego dojścia do władzy daje do myślenia. To człowiek, który nad wszystkim chce panować, wszystko mieć idealnie pod kontrolą.
Co więc robi, by taki stan rzeczy utrzymać?
Musi utrzymać poparcie swojego ludu. A czego chcą mieszkańcy Kapitolu? Chcą rozrywki. Więc co daje im przywódca, ich "matka"?
Daje im to, czego zapragną. Jednak zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko musi mieć jakieś uzasadnienie, nawet najgłupsze. Więc daje im Głodowe Igrzyska - pod pretekstem kary za bunt Dystryktów przeciwko Kapitolowi. To nie tylko rozrywka dla kapitolińczyków - to także element zastraszenia. Państwo odbiera mieszkańcom Dystryktów to, co dla nich jest ich najcenniejszym skarbem - ich dzieci. Wszystko po to, by zrobić z nich sztuczne laleczki, na które mieszkańcy Kapitolu mogą zwrócić uwagę. I odwrócić ją tym samym od niehumanitarnej polityki ich prezydenta. "Bo po co się buntować, skoro on daje nam wszystko, czego pragniemy?"
Czy kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że Kapitol jest podobny do naszego świata?
W naszej rzeczywistości kilka lat temu zapanowała moda na "nastoletnie gwiazdy". Wszystko po to, by odbiorcy - niczego nieświadoma młodzież - połknęła haczyk i wydawała swój czas oraz pieniądze na gadżety z nimi oraz przez nich promowane.
Historia Katniss i Peety pokazuje, że nigdy nie możemy w 100% ufać takim ludziom. Haymitch i Effie niejednokrotnie mówili im, jak mają się zachowywać, jak mówić, jednym słowem: jaką być osobą, by zaskarbić sobie uwielbienie pośród ludu. Są zmuszeni do odgrywania swoich ról na scenie, która wkrótce mogła stać się ich życiem.
Kiedy w styczniu zeszłego roku byłam w Dubaju, postanowiliśmy z rodzicami jednego wieczoru sprawdzić, co leci w telewizji. Akurat natknęliśmy się na pierwszym lepszym kanale natknęliśmy się na amerykańską edycję X-Factora. Wystąpiła w nim jedna dziewczyna, po której widać było, że ma rzeczywisty talent i nie można go marnować. 3 na 4 osoby zasiadające w jury powiedziały, że bardzo podobał im się występ oraz że życzą jej pomyślnej kariery. Tylko ta jedna osoba (w okropnie sztuczny sposób, nota bene) wyraziła swoje wszędobylskie niezadowolenie i obrzydzenie. Jak się okazało, był to ten sam facet, co odkrył, a raczej wykreował One Direction. Kiedy wystąpiła grupa chłopaków, którzy nie pokazywali nic oryginalnego - po prostu zaśpiewali kawałek dokładnie tak samo jak oryginał. I znowu ten sam scenariusz - 3/4 jury oznajmiło, że nie podobał się im się występ i uzasadnili, dlaczego. A ten gościu po raz kolejny, w sztuczny sposób, zaczął wykrzykiwać wniebogłosy, że ich uwielbia, żeby się nie przejmowali, bo on zrobi z nich gwiazdy...
Pamiętacie, jak Katniss zastanawiała się, czy przez ciągnięcie jej wymyślonego romansu z Peetą kiedyś będzie musiała wyjść za niego za mąż i - o zgrozo - mieć z nim dzieci?
Wielu nie może znieść życia w klatce kłamstwa, dlatego - niczym japońscy samurajowie - decydują się na "honorowe" wyjście z sytuacji? Czasem się dziwimy, kiedy dowiadujemy się , że jakaś znana osoba popełniła samobójstwo. Nierzadko słyszymy i powtarzamy: "Jak on/ona mógł to zrobić? Przecież świat stał przed nim/nią otworem! Mógł/Mogła mieć wszystko, czego dusza zapragnie...".
Ci, którzy przetrwali Igrzyska, często dziwaczeli, głupieli, zostawali alkoholikami i narkomanami. Jak w naszym świecie. Robili wszelkie głupstwa lub zgrywali wielkich mesjaszy i dobroczyńców, by zwrócić na siebie uwagę. (No, może z wyjątkiem Beetee'ego i Wiress, ale to szczegół...)
Są sprzedawani przez tych, którzy nimi rządzą, jak Finnick Odair. Wykorzystywani, manipulowani...
Taki świat zmienił ich nie do poznania, zamienił ich w zupełnie inne osoby. Kiedyś widziałam zdjęcia porównujące Marylę Rodowicz na początku swojej kariery i stan dzisiejszy. Może to nie najlepszy przykład, ale jakiś jest.
Dziwi mnie fakt, że to tak popularne w naszej "cudownej Zachodniej cywilizacji", która jak najbardziej nie popiera jakichkolwiek form przemocy oraz znęcania się nad człowiekiem. Przecież to okrutne, czyż nie?
Kosogłos to część w znacznej mierze odstająca od swoich poprzedniczek, co nie znaczy, że jest gorsza. Pozwolę sobie powrócić do prezydenta Snowa, o którym wspomniałam na początku.
Panem przypomina uciśniony świat, w którym niepodzielnie rządzi okrutny tyran. Każdy rywal musi zniknąć - pamiętacie, co Snow robił w takich sytuacjach i dlaczego zawsze miał przy sobie białą różę, która z czasem stała się jego znakiem rozpoznawczym?
Właśnie. Żadnego buntu, wszystko pod kontrolą władzy.
Kilka miesięcy temu na polskim omawialiśmy obraz Jusepe de Ribery - "Apollo obdzierający ze skóry Marsjasza".
Czyż Marsjasz także nie dokonał buntu (który w jego przypadku był wynikiem zwykłej głupoty i pychy), za który wg Apolla musi zostać ukarany, ponieważ zwykły satyr nie może być przecież lepszy od bóstwa?
Katniss Everdeen to ktoś w rodzaju "pozytywnego Marsjasza".
Jednak nawet w 13 Dystrykcie nie ma wolności od propagandy i sztucznego oblicza idoli. Katniss to tym razem Kosogłos, ktoś kto daje siłę i zachęca do walki rebeliantów z Dystryktów. Kręcenie propagit i włamywanie się do systemu? To normalka w takim świecie.
Wcześniej zarówno Katniss, jak i czytelnicy, byli święcie przekonani co do tego, kto jest wrogiem - Snow. Jednak w tej części ten porządek zostaje zachwiany. Pojawia się pani prezydent Trzynastki - Alma Coin. Faktem jest to, że odbudowała potęgę swojego Dystryktu oraz że dbała o obywateli.
Ale Trzynastka to drapieżnik, który czeka na swój moment.
Pod koniec książki, w chwili, w której Katniss traci ukochaną siostrę Prim i zostaje śmiertelnie poparzona, zarówno w sferze fizycznej, jak i psychicznej, wraz z naszą bohaterką zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że prawdziwym wrogiem wcale może nie być ten, przeciwko komu de facto walczymy, a ten, który przez cały czas zgrywał naszego sojusznika. Na ceremonii mającej na celu publiczne odebranie Snow'owi życia Everdeen wcale nie zabiła jego, tylko Coin.
Dlaczego?
Ponieważ zrozumiała, że jeśli postąpi zgodnie z planem, nic się nie zmieni, może z wyjątkiem ośrodka władzy i nowego dyktatora. To pozwoliło na pierwsze demokratyczne wybory w Panem od ponad siedemdziesięciu lat.
Jednak Katniss oraz pozostali trybuci* - zwycięzcy, którzy przeżyli, w tym Peeta, są doszczętnie wyniszczeni psychicznie. Dla młodej Everdeen życie nie ma już sensu, pragnie popełnić samobójstwo. Przy życiu trzyma ją jedynie Peeta, który pomaga jej się wyciszyć i uspokoić. Jest w pewnym sensie jej antagonizmem - ona-dziewczyna igrająca z ogniem, on-spokojny chłopiec malujący i piekący swój chleb. I tak w końcu tworzą swoisty związek i mają razem dwójkę dzieci...
Historia kończy się na swój sposób pozytywnie, jednak pewnie nie odpowiada takie zakończenie większości fanów. Dokładnie tak jest z życiem - chcemy je sobie idealnie ułożyć, jednak masa różnych wydarzeń i zbiegów okoliczności sprawia, że wszystko się sypie.
Jedynie Plutarch Heavensbee, spec od rozrywki, którego poznaliśmy w drugiej części, chyba ma się najlepiej. Nadal zajmuje tym, czym się zajmował, takich ludzi jest wielu. Nic go nie zraniło, dosłownie nic. Podobnie jest u nas, w Polsce. Wielu ludzi, nierzadko byli funkcjonariusze SB mają się dzisiaj dobrze, nawet nasza obecna pani premier była niegdyś aktywnym członkiem komunistycznej partii... ech, takie życie.
Sama nazwa Panem w trzeciej części została wyjaśniona. Panem et circenses - z języka łacińskiego: chleba i igrzysk.
* członkowie igrzysk; z j. ang. tribute - ofiara.
Zasmuca mnie fakt, że dzisiaj z Igrzysk robi się jeden z milionów małych, nierzadko mało mądrych fandomów, a mało kto zastanawia się nad prawdziwym sensem opowieści o futurystycznym państwie Panem i nastolatce, która zmieniła bieg wydarzeń. Ta trylogia nie bez powodu jest adresowana do młodzieży - młodzi to nadzieja na lepszą przyszłość na naprawę błędów poprzednich pokoleń.
Poniższy post może zawierać poważne spoilery dotyczące trylogii Igrzyska śmierci autorstwa S. Collins. Czytasz na własną odpowiedzialność.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Igrzyskach, zapytałam kilku moich znajomych, co myślą o całej trylogii. Gdyby zebrać wszystkie wypowiedzi razem, brzmiałoby to mniej więcej tak: pierwsza część całkiem spoko, najbardziej ekscytującą i tym samym najlepszą jest W pierścieniu ognia, a najnudniejsza i najgorsza to Kosogłos.
Akcja, zawsze akcja...
Na początek mam do Was pytanie:
Czy kiedykolwiek usiłowaliście spojrzeć na tę trylogię niekoniecznie jak na powieści science-fiction dla młodzieży?
Jeśli Wasza odpowiedź brzmi: tak, to macie ode mnie plusa. Jeśli była ona negatywna, to nie jest to powodem do jakichkolwiek zmartwień, ponieważ większość osób, która kiedykolwiek czytała te książki, nie myślała w ten sposób. Po prostu czytajcie dalej.

Jakie były Wasze pierwsze reakcje na biedę panującą w dystryktach i - wręcz zupełnie nie pasujące do tego - ogromne bogactwo Kapitolu?
Właśnie, Kapitol. Świat plastikowych ludzików, którymi niepodzielnie rządzi prezydent Coriolanus Snow. Już sama niepewności co do jego demokratycznego dojścia do władzy daje do myślenia. To człowiek, który nad wszystkim chce panować, wszystko mieć idealnie pod kontrolą.
Co więc robi, by taki stan rzeczy utrzymać?
Musi utrzymać poparcie swojego ludu. A czego chcą mieszkańcy Kapitolu? Chcą rozrywki. Więc co daje im przywódca, ich "matka"?
Daje im to, czego zapragną. Jednak zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko musi mieć jakieś uzasadnienie, nawet najgłupsze. Więc daje im Głodowe Igrzyska - pod pretekstem kary za bunt Dystryktów przeciwko Kapitolowi. To nie tylko rozrywka dla kapitolińczyków - to także element zastraszenia. Państwo odbiera mieszkańcom Dystryktów to, co dla nich jest ich najcenniejszym skarbem - ich dzieci. Wszystko po to, by zrobić z nich sztuczne laleczki, na które mieszkańcy Kapitolu mogą zwrócić uwagę. I odwrócić ją tym samym od niehumanitarnej polityki ich prezydenta. "Bo po co się buntować, skoro on daje nam wszystko, czego pragniemy?"
Czy kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że Kapitol jest podobny do naszego świata?
W naszej rzeczywistości kilka lat temu zapanowała moda na "nastoletnie gwiazdy". Wszystko po to, by odbiorcy - niczego nieświadoma młodzież - połknęła haczyk i wydawała swój czas oraz pieniądze na gadżety z nimi oraz przez nich promowane.
Historia Katniss i Peety pokazuje, że nigdy nie możemy w 100% ufać takim ludziom. Haymitch i Effie niejednokrotnie mówili im, jak mają się zachowywać, jak mówić, jednym słowem: jaką być osobą, by zaskarbić sobie uwielbienie pośród ludu. Są zmuszeni do odgrywania swoich ról na scenie, która wkrótce mogła stać się ich życiem.
Kiedy w styczniu zeszłego roku byłam w Dubaju, postanowiliśmy z rodzicami jednego wieczoru sprawdzić, co leci w telewizji. Akurat natknęliśmy się na pierwszym lepszym kanale natknęliśmy się na amerykańską edycję X-Factora. Wystąpiła w nim jedna dziewczyna, po której widać było, że ma rzeczywisty talent i nie można go marnować. 3 na 4 osoby zasiadające w jury powiedziały, że bardzo podobał im się występ oraz że życzą jej pomyślnej kariery. Tylko ta jedna osoba (w okropnie sztuczny sposób, nota bene) wyraziła swoje wszędobylskie niezadowolenie i obrzydzenie. Jak się okazało, był to ten sam facet, co odkrył, a raczej wykreował One Direction. Kiedy wystąpiła grupa chłopaków, którzy nie pokazywali nic oryginalnego - po prostu zaśpiewali kawałek dokładnie tak samo jak oryginał. I znowu ten sam scenariusz - 3/4 jury oznajmiło, że nie podobał się im się występ i uzasadnili, dlaczego. A ten gościu po raz kolejny, w sztuczny sposób, zaczął wykrzykiwać wniebogłosy, że ich uwielbia, żeby się nie przejmowali, bo on zrobi z nich gwiazdy...
Pamiętacie, jak Katniss zastanawiała się, czy przez ciągnięcie jej wymyślonego romansu z Peetą kiedyś będzie musiała wyjść za niego za mąż i - o zgrozo - mieć z nim dzieci?
Wielu nie może znieść życia w klatce kłamstwa, dlatego - niczym japońscy samurajowie - decydują się na "honorowe" wyjście z sytuacji? Czasem się dziwimy, kiedy dowiadujemy się , że jakaś znana osoba popełniła samobójstwo. Nierzadko słyszymy i powtarzamy: "Jak on/ona mógł to zrobić? Przecież świat stał przed nim/nią otworem! Mógł/Mogła mieć wszystko, czego dusza zapragnie...".
Ci, którzy przetrwali Igrzyska, często dziwaczeli, głupieli, zostawali alkoholikami i narkomanami. Jak w naszym świecie. Robili wszelkie głupstwa lub zgrywali wielkich mesjaszy i dobroczyńców, by zwrócić na siebie uwagę. (No, może z wyjątkiem Beetee'ego i Wiress, ale to szczegół...)
Są sprzedawani przez tych, którzy nimi rządzą, jak Finnick Odair. Wykorzystywani, manipulowani...
Taki świat zmienił ich nie do poznania, zamienił ich w zupełnie inne osoby. Kiedyś widziałam zdjęcia porównujące Marylę Rodowicz na początku swojej kariery i stan dzisiejszy. Może to nie najlepszy przykład, ale jakiś jest.
Dziwi mnie fakt, że to tak popularne w naszej "cudownej Zachodniej cywilizacji", która jak najbardziej nie popiera jakichkolwiek form przemocy oraz znęcania się nad człowiekiem. Przecież to okrutne, czyż nie?
Kosogłos to część w znacznej mierze odstająca od swoich poprzedniczek, co nie znaczy, że jest gorsza. Pozwolę sobie powrócić do prezydenta Snowa, o którym wspomniałam na początku.
Panem przypomina uciśniony świat, w którym niepodzielnie rządzi okrutny tyran. Każdy rywal musi zniknąć - pamiętacie, co Snow robił w takich sytuacjach i dlaczego zawsze miał przy sobie białą różę, która z czasem stała się jego znakiem rozpoznawczym?
Właśnie. Żadnego buntu, wszystko pod kontrolą władzy.
Kilka miesięcy temu na polskim omawialiśmy obraz Jusepe de Ribery - "Apollo obdzierający ze skóry Marsjasza".
Czyż Marsjasz także nie dokonał buntu (który w jego przypadku był wynikiem zwykłej głupoty i pychy), za który wg Apolla musi zostać ukarany, ponieważ zwykły satyr nie może być przecież lepszy od bóstwa?
Katniss Everdeen to ktoś w rodzaju "pozytywnego Marsjasza".
Jednak nawet w 13 Dystrykcie nie ma wolności od propagandy i sztucznego oblicza idoli. Katniss to tym razem Kosogłos, ktoś kto daje siłę i zachęca do walki rebeliantów z Dystryktów. Kręcenie propagit i włamywanie się do systemu? To normalka w takim świecie.
Wcześniej zarówno Katniss, jak i czytelnicy, byli święcie przekonani co do tego, kto jest wrogiem - Snow. Jednak w tej części ten porządek zostaje zachwiany. Pojawia się pani prezydent Trzynastki - Alma Coin. Faktem jest to, że odbudowała potęgę swojego Dystryktu oraz że dbała o obywateli.
Ale Trzynastka to drapieżnik, który czeka na swój moment.
Pod koniec książki, w chwili, w której Katniss traci ukochaną siostrę Prim i zostaje śmiertelnie poparzona, zarówno w sferze fizycznej, jak i psychicznej, wraz z naszą bohaterką zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że prawdziwym wrogiem wcale może nie być ten, przeciwko komu de facto walczymy, a ten, który przez cały czas zgrywał naszego sojusznika. Na ceremonii mającej na celu publiczne odebranie Snow'owi życia Everdeen wcale nie zabiła jego, tylko Coin.
Dlaczego?
Ponieważ zrozumiała, że jeśli postąpi zgodnie z planem, nic się nie zmieni, może z wyjątkiem ośrodka władzy i nowego dyktatora. To pozwoliło na pierwsze demokratyczne wybory w Panem od ponad siedemdziesięciu lat.
Jednak Katniss oraz pozostali trybuci* - zwycięzcy, którzy przeżyli, w tym Peeta, są doszczętnie wyniszczeni psychicznie. Dla młodej Everdeen życie nie ma już sensu, pragnie popełnić samobójstwo. Przy życiu trzyma ją jedynie Peeta, który pomaga jej się wyciszyć i uspokoić. Jest w pewnym sensie jej antagonizmem - ona-dziewczyna igrająca z ogniem, on-spokojny chłopiec malujący i piekący swój chleb. I tak w końcu tworzą swoisty związek i mają razem dwójkę dzieci...
Historia kończy się na swój sposób pozytywnie, jednak pewnie nie odpowiada takie zakończenie większości fanów. Dokładnie tak jest z życiem - chcemy je sobie idealnie ułożyć, jednak masa różnych wydarzeń i zbiegów okoliczności sprawia, że wszystko się sypie.
Jedynie Plutarch Heavensbee, spec od rozrywki, którego poznaliśmy w drugiej części, chyba ma się najlepiej. Nadal zajmuje tym, czym się zajmował, takich ludzi jest wielu. Nic go nie zraniło, dosłownie nic. Podobnie jest u nas, w Polsce. Wielu ludzi, nierzadko byli funkcjonariusze SB mają się dzisiaj dobrze, nawet nasza obecna pani premier była niegdyś aktywnym członkiem komunistycznej partii... ech, takie życie.
Sama nazwa Panem w trzeciej części została wyjaśniona. Panem et circenses - z języka łacińskiego: chleba i igrzysk.
* członkowie igrzysk; z j. ang. tribute - ofiara.
Zasmuca mnie fakt, że dzisiaj z Igrzysk robi się jeden z milionów małych, nierzadko mało mądrych fandomów, a mało kto zastanawia się nad prawdziwym sensem opowieści o futurystycznym państwie Panem i nastolatce, która zmieniła bieg wydarzeń. Ta trylogia nie bez powodu jest adresowana do młodzieży - młodzi to nadzieja na lepszą przyszłość na naprawę błędów poprzednich pokoleń.
czwartek, 12 lutego 2015
Hity końca 2014 i początku 2015 roku
Hej Czytelnicy!
Nowy rok powitałam razem z Wami na tym blogu, jednak nic poza tym nie pisałam.
Dlaczego? Otóż, mam w planie jeszcze dwa posty, bardzo filozoficzne, jednak z pewnych względów ciągle nie mogę ich ukończyć. (Choćby dlatego, że 9 lutego obchodziłam urodziny, więc od razu zaczęły się plany imprez i inne tego typu...)
Postanowiłam więc, że napiszę coś o tym, czego ostatnio słucham, co czytam i ogólnie, jak horsefan spędziła ostatnie kilka miesięcy:)
Udałam się z rodzicami na film "Igrzyska Śmierci: Kosogłos cz. 1" i film, pomimo wielu negatywnych recenzji na jego temat, bardzo mi się podobał, choć muszę przyznać, że w pewnych momentach wydawał się trochę niedopracowany, a pewne zmiany bardzo zmieniły fabułę...
Tak, czy owak, zakochałam się w dwóch piosenkach z tego filmu - pierwsza to "Hanging Tree" (pol. "Drzewo wisielców"), której treść pojawiła się już w powieści S. Collins i miała w niej niemałą rolę. Wykonanie Jenniffer Lawrence jest na swój sposób ciekawe, mogę go słuchać na okrągło. Jest w nim coś, co bardzo pociąga. Słyszałam jednak, że aktorka, kiedy usłyszała, że ma zaśpiewać do tego filmu, zaczęła płakać, ponieważ nie znosi swojego głosu...
Drugą z nich jest "Yellow Flicker Beat" - piosenka, która zaczyna się wraz z napisami na koniec filmu i tak samo, jak w poprzedniej, jest w niej coś pociągającego, co sprawia, że nie mogę się od niej oderwać. Piosenkarka, która wykonała ten utwór, nazywa się Ella Yelich-O'Connor, działa od 2012 roku (miała wtedy bodajże 16 lat) pod pseudonimem Lorde. Po tym kawałku sięgnęłam po resztę jej twórczości i zauważyłam, że jej piosenki eksponują wręcz esencję jej głosu. Kiedy puściłam jej piosenki mojemu tacie, powiedział on, że mają one coś w rodzaju tego "indiańsko - papuaskiego" brzmienia i kiedy sprawdziłam, skąd dokładnie jest Lorde, okazało się, że pochodzi z Nowej Zelandii...;)
A tutaj inne kawałki, w których się zakochałam: Royals, Buzzcut Season i Glory and Gore.
Posłuchajcie:)
Okej, koniec muzyki. Czas na literaturę.
Tutaj nieco ubogo, głównie ze względu na moje wszechobecne lenistwo i lektury szkolne. (Ale pozwolę sobie dodać kilka pozycji, które chciałabym przeczytać...)
Wbrew licznych negatywnych recenzji na temat tej książki, zgadzam się w 99,9% z opisami z tyłu okładki. Trzecia część słynnej trylogii o przyszłości Ameryki Północnej jest bardziej filozoficzna od swoich poprzedniczek, ale też bardzo dołująca, dlatego nie polecam jej ludziom tzw. nadwrażliwym. Dokładniejsze rozważania na jej temat pojawią się wkrótce:)
Druga część jakże ważnej dla nas, Polaków, Trylogii Henryka Sienkiewicza. Jak do tej pory (na ten moment jestem na str. 214, co stanowi... mniej niż jedną czwartą) powieść jest w miarę ciekawa, ze wszystkich postaci chyba najbardziej lubię Zagłobę... Filmu jeszcze nie obejrzałam, ale zamierzam to zrobić w najbliższym czasie.
Tę książkę jakiś czas temu poleciła mi koleżanka Kaja, którą możecie znaleźć na tym blogu. Niestety, na długo zapomniałam o niej. Jednak odmienił to pewien dzień, w którym mianowicie udałam się do Empiku. Zobaczyłam ją na półce z fantastyką dla młodzieży i moje zielone oczka się zaświeciły... Wg opisu zapowiada się nieźle, a czy tak będzie... to się okaże;)
Po raz pierwszy na tę pozycję natknęłam się będąc w angielskim Oxfordzie. Byłam - jak się pewnie część z Was domyśla - na miesięcznym kursie językowym w UK i akurat wybraliśmy się na wycieczkę, w którą wliczały się również zakupy. Wraz z Unnur, koleżanką z Islandii, postanowiłyśmy zajrzeć do księgarni. Szukałam wówczas innym książek, głównie oryginalnych wersji tego, co zdążyłam wcześniej przeczytać po polsku. Zobaczyłam ją, ot tak sobie leżącą na półce, i poszłam sobie gdzie indziej.
Wracając jednak w zeszłym tygodniu z wypadu narciarskiego do Włoch, będąc na lotnisku im. Chopina w Warszawie, zajrzałam z mamą na stoisko z książkami i mój wzrok przykuła właśnie ta książka. Jest ona zbiorem wszelkiego rodzaju opowiadań fantasy, napisanych na bazie twórczości naszego polskiego pisarza Andrzeja Sapkowskiego, którego ja zwykłam nazywać również Polskim Tolkienem. Przeczytałam kilka fragmentów i muszę przyznać, że są wciągające:)
Jeszcze do niedawna sądziłam, że "coś jest ze mną nie tak". Zobaczyłam raz filmik na YouTub'ie opisujący różnice pomiędzy introwertykami a ekstrawertykami i wówczas zaczęła mi się nasuwać w głowie myśl, że mogę nie być ekstrawertyczna. Gdy za pośrednictwem pewnej znajomej mojego taty dotarłam do tej książki, zrozumiałam, że jestem introwertyczką. I naprawdę - to nie jest nic strasznego. Nie oznacza to, że jestem nieśmiała albo aspołeczna - ja po prostu różnię się od pozostałych 3/4 świata... w jak najbardziej pozytywnym sensie. Polecam ją zarówno introwertykom, którzy chcą bardziej poznać siebie, jak i ekstrawertykom, którzy bardziej pragną zrozumieć pozostałą 1/4 ludzkości:)
Nowy rok powitałam razem z Wami na tym blogu, jednak nic poza tym nie pisałam.
Dlaczego? Otóż, mam w planie jeszcze dwa posty, bardzo filozoficzne, jednak z pewnych względów ciągle nie mogę ich ukończyć. (Choćby dlatego, że 9 lutego obchodziłam urodziny, więc od razu zaczęły się plany imprez i inne tego typu...)
Postanowiłam więc, że napiszę coś o tym, czego ostatnio słucham, co czytam i ogólnie, jak horsefan spędziła ostatnie kilka miesięcy:)
Udałam się z rodzicami na film "Igrzyska Śmierci: Kosogłos cz. 1" i film, pomimo wielu negatywnych recenzji na jego temat, bardzo mi się podobał, choć muszę przyznać, że w pewnych momentach wydawał się trochę niedopracowany, a pewne zmiany bardzo zmieniły fabułę...
Tak, czy owak, zakochałam się w dwóch piosenkach z tego filmu - pierwsza to "Hanging Tree" (pol. "Drzewo wisielców"), której treść pojawiła się już w powieści S. Collins i miała w niej niemałą rolę. Wykonanie Jenniffer Lawrence jest na swój sposób ciekawe, mogę go słuchać na okrągło. Jest w nim coś, co bardzo pociąga. Słyszałam jednak, że aktorka, kiedy usłyszała, że ma zaśpiewać do tego filmu, zaczęła płakać, ponieważ nie znosi swojego głosu...
Drugą z nich jest "Yellow Flicker Beat" - piosenka, która zaczyna się wraz z napisami na koniec filmu i tak samo, jak w poprzedniej, jest w niej coś pociągającego, co sprawia, że nie mogę się od niej oderwać. Piosenkarka, która wykonała ten utwór, nazywa się Ella Yelich-O'Connor, działa od 2012 roku (miała wtedy bodajże 16 lat) pod pseudonimem Lorde. Po tym kawałku sięgnęłam po resztę jej twórczości i zauważyłam, że jej piosenki eksponują wręcz esencję jej głosu. Kiedy puściłam jej piosenki mojemu tacie, powiedział on, że mają one coś w rodzaju tego "indiańsko - papuaskiego" brzmienia i kiedy sprawdziłam, skąd dokładnie jest Lorde, okazało się, że pochodzi z Nowej Zelandii...;)
A tutaj inne kawałki, w których się zakochałam: Royals, Buzzcut Season i Glory and Gore.
Teraz coś innego...
Piosenki, w których zakochałam dawno temu, a wśród nich:
1."Królestwo i Pół" (Gaba Kulka), 2. "Do Rycerzy, Do Szlachty, Do Mieszczan" (zespół Hey), 3. "Ballada o czarnej śmierci" (zespół folku celtycko-słowiańskiego GreenWood), 4. "Kołysanka Piastowska" (GreenWood), "Pieśń Słowana, czyli Legenda o Smoku Wawelskim" (także zespołu GreenWood) - zakochałam się w nich ze względu na klimaty fantastyczno-średniowieczne, które wprost ubóstwiam.Posłuchajcie:)
Okej, koniec muzyki. Czas na literaturę.
Tutaj nieco ubogo, głównie ze względu na moje wszechobecne lenistwo i lektury szkolne. (Ale pozwolę sobie dodać kilka pozycji, które chciałabym przeczytać...)
- Igrzyska Śmierci: Kosogłos
Wbrew licznych negatywnych recenzji na temat tej książki, zgadzam się w 99,9% z opisami z tyłu okładki. Trzecia część słynnej trylogii o przyszłości Ameryki Północnej jest bardziej filozoficzna od swoich poprzedniczek, ale też bardzo dołująca, dlatego nie polecam jej ludziom tzw. nadwrażliwym. Dokładniejsze rozważania na jej temat pojawią się wkrótce:)
- Potop
Druga część jakże ważnej dla nas, Polaków, Trylogii Henryka Sienkiewicza. Jak do tej pory (na ten moment jestem na str. 214, co stanowi... mniej niż jedną czwartą) powieść jest w miarę ciekawa, ze wszystkich postaci chyba najbardziej lubię Zagłobę... Filmu jeszcze nie obejrzałam, ale zamierzam to zrobić w najbliższym czasie.
- Kapłanka w bieli
Tę książkę jakiś czas temu poleciła mi koleżanka Kaja, którą możecie znaleźć na tym blogu. Niestety, na długo zapomniałam o niej. Jednak odmienił to pewien dzień, w którym mianowicie udałam się do Empiku. Zobaczyłam ją na półce z fantastyką dla młodzieży i moje zielone oczka się zaświeciły... Wg opisu zapowiada się nieźle, a czy tak będzie... to się okaże;)
- Opowieści ze świata Wiedźmina...
Po raz pierwszy na tę pozycję natknęłam się będąc w angielskim Oxfordzie. Byłam - jak się pewnie część z Was domyśla - na miesięcznym kursie językowym w UK i akurat wybraliśmy się na wycieczkę, w którą wliczały się również zakupy. Wraz z Unnur, koleżanką z Islandii, postanowiłyśmy zajrzeć do księgarni. Szukałam wówczas innym książek, głównie oryginalnych wersji tego, co zdążyłam wcześniej przeczytać po polsku. Zobaczyłam ją, ot tak sobie leżącą na półce, i poszłam sobie gdzie indziej.
Wracając jednak w zeszłym tygodniu z wypadu narciarskiego do Włoch, będąc na lotnisku im. Chopina w Warszawie, zajrzałam z mamą na stoisko z książkami i mój wzrok przykuła właśnie ta książka. Jest ona zbiorem wszelkiego rodzaju opowiadań fantasy, napisanych na bazie twórczości naszego polskiego pisarza Andrzeja Sapkowskiego, którego ja zwykłam nazywać również Polskim Tolkienem. Przeczytałam kilka fragmentów i muszę przyznać, że są wciągające:)
- Introwertyzm to zaleta
Jeszcze do niedawna sądziłam, że "coś jest ze mną nie tak". Zobaczyłam raz filmik na YouTub'ie opisujący różnice pomiędzy introwertykami a ekstrawertykami i wówczas zaczęła mi się nasuwać w głowie myśl, że mogę nie być ekstrawertyczna. Gdy za pośrednictwem pewnej znajomej mojego taty dotarłam do tej książki, zrozumiałam, że jestem introwertyczką. I naprawdę - to nie jest nic strasznego. Nie oznacza to, że jestem nieśmiała albo aspołeczna - ja po prostu różnię się od pozostałych 3/4 świata... w jak najbardziej pozytywnym sensie. Polecam ją zarówno introwertykom, którzy chcą bardziej poznać siebie, jak i ekstrawertykom, którzy bardziej pragną zrozumieć pozostałą 1/4 ludzkości:)
- Pozwól, że ci opowiem...
Akcja rozgrywa się w dzisiejszej Argentynie. Narrator opowiadania, Demián, trafia ze swoimi problemami do nietypowego terapeuty. Jorge Bucay od lat pracuje w tzw. podejściu Gestalt, czyli opowiada filozoficzne bajki, czerpiąc przy tym z tradycji żydowskiej, chrześcijańskiej, hinduskiej i buddyjskiej. Gorąco polecam:)
Teraz czas na filmy. A właściwie na jeden.
Francuski film znany w Polsce pt. "Amelia" opowiada historię młodej, introwertycznej paryżanki Amelii Poulain, która całe swoje dzieciństwo była zmuszona spędzić bez rówieśników, na wpół w świecie wyobraźni, na wpół z nerwową matką i załamanym ojcem. Pracując w małej kawiarni, knuje wiele misternych intryg by uszczęśliwić ludzi wokół...
Pełna humoru historia (narracja jest po prostu fantastyczna!), pokazująca również świat z punktu widzenia wcześniej wspomnianych introwertyków, którzy nierzadko uchodzą za dziwaków i nieśmiałych...
To wszystko z hitów, cóż więcej...?
Pozdrawiam
horsefan
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Witojcie panie i panowie. Parę ładnych miesięcy temu przeczytałam pewną książkę, po czym napisałam jej bardzo negatywną recenzję. Z reszt...
-
Z tytułu pewnie już się zdążyliście domyślić, o co chodzi. Mam pecha do książek, a dokładniej - do fantastycznych młodzieżówek. To będzie r...
-
Dzień dobry, cześć i czołem! Niedawno rozpoczęłam kolejny rok swojego życia... tak więc: niech rozbrzmią fanfary! Jeeej! (Tak bardziej ni...



















