sobota, 25 lutego 2017

Duch z ulicy Nowogrodzkiej

- Więc powiada pan, że to zadanie wprost dla mnie? – rzekła Arina, nie odwracając się od okna.
Nocny Lwów wyglądał przepięknie, a zwłaszcza zimą. Małe, puchate śnieżynki spadały z nieba. Mieszkańcy miasta, na co dzień zaprzątnięci swoimi obowiązkami, dziś zdawali się jakby oderwani od ponurej, postsowieckiej rzeczywistości. Cieszyli się, bo niedawno w Kościele prawosławnym i grekokatolickim obchodzono Święta. Cieszyli się, bo właśnie trwał karnawał. Można było odnieść wrażenie, że w ogóle nie czuli styczniowego mrozu…


- Powiedziano mi nawet, że jest Pani jedyną osobą, która może sobie z tym zadaniem poradzić.
Czarownica odwróciła się w jego stronę. Z ust wypuściła obłoczek tytoniowego dymu.
- Doprawdy?
Jej potencjalny klient  poprawił trzęsące się na nosie okulary i przełknął ślinę. Był dość drobnej postury; miał na sobie nieskazitelny, czarny garnitur, niemal taki sam jak na zdjęciach jeszcze sprzed wojny. Przedstawił się jej jako Mojsze Rosenmann.
- A czy nie łatwiej byłoby panu i pańskiej małżonce znaleźć kogoś w Polsce? O ile mi wiadomo, w ojczyźnie nie brakuje dobrych detektywów, a już na pewno nie w stolicy. A poza tym, ich usługi są znacznie tańsze od moich.
Rosenmann wziął głęboki wdech i kontynuował, jakby zupełnie nie słyszał zniechęcającej uwagi Ariny:
- Widzi pani, to się zaczęło gdzieś tak na przełomie czerwca i lipca zeszłego roku. Moja żona, Sara, zaczęła miewać dziwne… jak to ona określiła, mary nocne. Nie dawały jej spokoju. Mówiła mi, że w nocy odwiedza ją postać kobiety, około trzydziestoletniej, i nie daje jej spać.
- Konsultował to pan z lekarzem psychiatrą? Albo chociaż z psychologiem? – Arina wolała utrzymać sceptyczny ton głosu. Kolejny obłoczek dymu z fajki wypełnił pomieszczenie.
- Ależ, droga pani! – oburzył się Żyd. – To była pierwsza rzecz, o jakiej pomyślałem! Sarę przebadał nie jeden, ale aż czterech lekarzy, dwóch psychologów i dwóch psychiatrów.
- I żaden z nich niczego nie stwierdził?
- Niczego, proszę pani.
Ha, a to dziw. Arina zamyśliła się na chwilę. Podeszła do stolika i opróżniła zawartość fajki na szklany talerzyk, jak miała w zwyczaju robić.
- Więc co pan później zrobił?
- Razem z małżonką postanowiliśmy sięgnąć po inne środki.
- To jest?
- Postanowiliśmy zasięgnąć rady u medium.
Detektyw utkwiła w nim zdziwione spojrzenie.
- Wiem, jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, ale uznaliśmy to za ostateczność… Mam dalej mówić? Bo widzę, że pani jakaś taka nieprzekonana do tego, co mówię…
- Ależ skąd, panie Rosenmann. – Czarownica machnęła ręką. – Po prostu nigdy nie słyszałam, żeby zaraz po diagnozie lekarskiej ktoś zwrócił się do medium.
- Uznaliśmy to za ostateczność. Sara nie mogła już spać w nocy, a za dnia…
- Rozumiem. Te ataki stały się uciążliwe, nie muszę znać aż takich szczegółów. Co dało spotkanie z medium?
- Ta kobieta… co prawda, szalona, ale z pewnością inteligentna była… stwierdziła, że tym, co nawiedza Sarę jest… duch.
- To żadna nowość. – rzuciła cynicznie wiedźma, napełniwszy właśnie komin fajki kolejną porcją tytoniu.
- Żadna nowość, powiada pani? A mógłbym pani chociaż powiedzieć, kim według tego medium, miał być ten duch?
- Proszę, niech pan powie. – W myślach dodała: „Może przynajmniej się nieźle uśmieję”.
Rosenmann westchnął. Widać było, że starał się uspokoić.
- Zdaniem tej kobiety, duchem nawiedzającym moją żonę jest nikt inny jak Maria Wisnowska.
Arina niemalże zakrztusiła się tytoniowym dymem.
Co on, do jasnej cholery powiedział?!
Żyd jak na zawołanie wstał od stołu i zaczął klepać ją po plecach. Jeden raz, drugi, trzeci…
- Już dobrze, proszę pani?
- Ekhe… ekhe… tak… ekhe… już tak. Dziękuję. Przepraszam, po prostu nie spodziewałam się… takiej odpowiedzi.
- Wiem, że znała pani Wisnowską jeszcze za życia…
- Od kogo? – rzuciła jak z automatu Arina. – Znaczy się: skąd pan to wie?
- W pani metryce napisano, że ma pani, proszę wybaczyć mi ten brak dyskrecji, nieco ponad dwieście pięćdziesiąt lat, więc prawdopodobieństwo, że znała pani Marię Wisnowską jest więcej niż…
- Przepraszam, ale skąd miał pan dostęp do mojej metryki?
W gabinecie zapadła głucha cisza.
Mojsze Rosenmann, speszony całym zajściem, utkwił wzrok w blacie dębowego biurka. Arina, udając zmęczenie, rozmasowała czoło. Usiłowała zebrać myśli.
Dobrze, że wie tylko o tych dwustu pięćdziesięciu… gdyby poznał moją prawdziwą datę urodzenia to by się grubo zdziwił!
- Razem z żoną w bazie centralnej magodetektywów znaleźliśmy pani dane, kontakt, rok urodzenia…  - w końcu odezwał się Żyd, niepewnie dobierając kolejne słowa.
- Przepraszam za moje zachowanie, po prostu… w moim zawodzie trzeba uważać na swoje dane. I jak wielu ludzi ma do nich dostęp.
Szczęście, że do bazy centralnej wpuszczają tylko nielicznych. Tylko tych, których uznaje się za niegroźnych.
- Pomogę państwu w tej sprawie – zaczęła Arina, uspokoiwszy oddech. – Znałam Wisnowską za życia, a jeszcze lepiej znam historię jej rzekomej miłości do Aleksandra Bretniewa… mówił pan, że te ataki pojawiły się na przełomie czerwca i lipca?
- Zeszłego roku. Ale co to ma do rzeczy?
- Bardzo dużo. Istnieje pewien rodzaj zjaw, który daje o sobie znać w ważne dla siebie rocznice, takie jak urodziny czy data ślubu. Akurat w przypadku Marii to może być data jej śmierci… Kiedy mam przyjechać do Warszawy?
- Jak najszybciej się da. Nie wiem, ile jeszcze Sara może wytrzymać, ale wolałbym tego nie sprawdzać.
Czarownica wstała od biurka i wyjęła z półki obite skórą tomisko – kalendarz.
- Zobaczę, kiedy mam najbliższy wolny weekend i postaram się z panem skontaktować najpóźniej jutro wieczorem.
- Stokrotne dzięki pani, panno Koryłowska! – wykrzyknął Rosenmann. Szybko wstał z krzesła i wymienił z czarownicą uścisk dłoni.
Wychodził z jej mieszkania cały rozanielony. Jeszcze przez kilka minut z korytarza przedwojennej kamienicy dochodziły jego wesołe pogwizdywania i stukot obcasów w podskokach…
Arina usiadła ponownie przy biurku, po raz kolejny z rzędu usiłując zebrać w pełni myśli. W stresie chwyciła tabliczkę czarnej czekolady, sprawnie rozerwała opakowanie i wepchnęła sobie pierwszą kostkę do ust.


- No, co się tak gapisz? – rzuciła w stronę czarnej, grubej kocicy rozłożonej na parapecie. – Stęskniłaś się za Warszawą? To ciesz się, bo niedługo tam wracamy.
Kocica, Luna, odparła jej tylko zadowolonym pomrukiem. Zwinęła się w kłębek i zasnęła w najlepsze.




* * *

Kreatywne Spojrzenie: klik!
hasła na ten miesiąc: karnawał, miłość, czekolada
Więcej o tym, kim była Maria Wisnowska znajdziecie: tu, tu i tu oraz w innych zakamarkach internetu.
Nie pytajcie się mnie, dlaczego wybrałam takie imię dla bohaterki jak Arina. Po prostu znalazłam je na stronie z imionami dla dzieci jakich milion w internecie.
Rozważam kontynuację tego opowiadania, kto wie, może nawet skończy ono na moim Wattpadzie. (Dajcie znać, co o tym myślicie... jeśli ktoś zechce.)

Pozdrawiam 

horsefan

wtorek, 21 lutego 2017

Najdziwniejsze urodziny świata

Dzień dobry, cześć i czołem!

Niedawno rozpoczęłam kolejny rok swojego życia... tak więc: niech rozbrzmią fanfary! Jeeej!
(Tak bardziej nieogarniętych, to było to dnia 9 lutego)

Wiecie, mam takie szczęście w nieszczęściu (lub... nieszczęście w szczęściu), że w dniu moich narodzin mamy rocznice wielu przeróżnych wydarzeń, ważnych zarówno w historii świata, jak i historii Polski, oraz obchodzimy dość nietypowe święta.
Postanowiłam więc spisać te wszystkie nietypowe uroczystości/rocznice/etc., ect. i wymienić je Wam w formie listy, którą zamieszczam poniżej.

Jedźmy z tym koksem!


1. Nietypowe święto, które obchodzi się w moje urodziny

Dzień Pizzy! Co prawda, nie jestem jakimś wielkim fanem tego dania, ale to już lepsze, niż urodzić się w, dajmy na to, Dzień Czerniny. Choć właściwie, to równie dobrze 9 lutego mógłby być Dniem Sushi... albo Tortilli... albo... właściwie, każdego dania, które lubię.



2. Znane osoby, która obchodzi urodziny tego samego dnia, co ja

*rytmiczne uderzenia bębnów*/*w powietrzu narasta napięcie*/ciekawe, co tym razem horsefan...?
Ekhem, tak więc, znaną osobą, wytypowaną specjalnie do tego podpunktu jest...
...Tom Hiddleston!

That smile... (Źródło: WeHearthIt)
Okej, tylko nie myślcie sobie, że jestem jakąś wielką fanką tego aktora - po prostu bardzo go lubiłam w filmie Thor oraz Thor: Mroczny Świat. I tyle. Nic więcej. Okej? No, nie patrzcie się już tak na mnie.
Lepiej przejdę do kolejnego osobnika...
...a jest nim: hetman Stanisław Koniecpolski!

Źródło: Wikipedia
Jeeej! Mam urodziny tego samego dnia co nasz zwycięzca spod Kłuszyna! Po prostu genialnie!  
Zawsze wiedziałam, że powinnam zostać w przyszłości hetmanką...

W ramach ciekawostki zamieszczam na dole filmik min. na temat tego, jak rzekomo miał umrzeć hetman (mój nauczyciel od historii się z tym częściowo zgadza):

                                          


3. Dziwne imiona, których właściciele obchodzą imieniny właśnie w moje urodziny

Ciocia Wikipedia zapewne z chęcią Wam poda cały ciąg takich imion, jednak ja do tego posta wybrałam dwa najważniejsze, które najczęściej wymienia się w kalendarzach: Apolonię i Cyryla.
Dlaczego? Nie do końca dlatego, że są dość dziwne i że dziś prawie w ogóle ich się nie nadaje. Raczej z pobudek bardziej osobistych.
1) Moja dobra koleżanka, właściwie przyjaciółka, z którą znam się od pierwszych dni podstawówki, ma na imię Pola (w dokumentach ma tylko zdrobniałą wersję imienia Apolonia, ale cóż - whatever)
2) Moja mama kiedyś usiłowała mnie zeswatać z synem swoich znajomych... który miał na imię właśnie Cyryl. No, dobra, nie próbowała mnie z nim od razu zeswatać, ale z jej ust padł taki oto właśnie tekst:
Zofia, ale ja to mogłabym mieć takiego zięcia jak ten Cyryl. 
Cóż, moja mama dzielnie podejmuje walkę o to, bym nie skończyła w ten sposób... Cóż, mamusiu - obawiam się, że Twoja walka jest z góry skazana na niepowodzenie.

4. Osoby, które zmarły w dniu moich urodzin

Okej, teraz zrobi się trochę mniej wesoło.  Jeśli wierzyć cioci Wikipedii (znowu) to muszę przyznać, że mam naprawdę ciekawą datę urodzenia.
Uważa się, że w 9 lutego 1138 roku zmarł Kija Bugurzummid, jeden z przywódców muzułmańskiej sekty Nizarytów, zwanych również... Asasynami.

                                        

Drugą osobą wytypowaną przeze mnie, która miała takie szczęście (lub nieszczęście) umrzeć w dniu moich przyszłych narodzin był... Yoritomo Minamoto, siódmy szogun w historii Japonii.


Na koniec mam dla Was kogoś specjalnego. Światowy geniusz literatury. Niestety dla naszej narodowości, nienawidził Polaków z całego serca. Powiedział kiedyś, że jeśli miałby w sobie choć kroplę polskiej krwi, to kazałby ją sobie upuścić...
Domyślacie się, o kogo chodzi?... Tak więc, ekhem, tym ostatnim na tej liście osobnikiem jest Fiodor Dostojewski. Pewnie jego dzieł nie muszę Wam wymieniać, bo te najważniejsze z pewnością znacie ze szkoły. A jak nie, to przecież wujek Google zawsze prawdę Ci powie...
Lepiej przejdźmy do następnego podpunktu.

5. Wydarzenia historyczne, których rocznice mają miejsce w moje urodziny

Nie no, teraz to naprawdę będzie smutno!
Wiecie, ja mam jakiś talent, zawsze umiem zmienić temat na mniej przyjemny niż obecny w danej rozmowie. Dajmy na to, przy stole zaczynam sobie coś przypominać z mojej wiedzy na temat średniowiecznych tortur. Albo higieny (lub jej braku) w tejże epoce. Albo trucizn stosowanych przez Mongołów. Albo...
Właśnie. Albo.
Ważny komunikat do wszystkich: 
9 lutego 1943 roku na wieś Parośla I na Wołyniu napadł oddział UPA pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka. Wydarzenie to uznaje się na pierwszy mord rzezi wołyńskiej.

Wiedzcie, nie piszę tego, żeby szerzyć nienawiść wobec Ukraińców jako narodowości. Sama mam w swojej  rodzinie paru Ukraińców i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że są OK. (A poza tym, chyba pierwszy i do tej pory jedyny facet, który mnie podrywał tak bardziej na serio, był Ukraińcem. O spotkaniu z nim możecie przeczytać tutaj.)
Piszę to dlatego, że chciałabym Was poprosić, żebyście pamiętali o ofiarach tamtych zdarzeń. Kiedy bodajże w listopadzie poszłam z mamą na film "Wołyń", na początku pojawiła się informacja, że największa zbrodnia dokonała się nie w tamtych latach, ale wtedy, kiedy zapomnieliśmy o tych wydarzeniach.
Dużo się mówi o tym, że powinno się prowadzić dialog z Ukraińcami, że powinno dojść do pojednania polsko-ukraińskiego. Wystarczy trochę pogrzebać w internetach, żeby się dowiedzieć, że prób takiego pojednania było już kilka. Żadna z nich nie doszła do skutku.
Wiecie, dlaczego?
Sama długo się nad tym zastanawiałam i w końcu doszłam do jednego wniosku. Przecież większość tych pojednań była oficjalna, odbywała się głównie pomiędzy przedstawicielami Kościoła rzymskokatolickiego i Kościoła unickiego lub poprzez polityków. Moim zdaniem przede wszystkim coś powinno się zmienić w samych ludziach. Bo cóż z tego, że prymas Polski i głowa Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie podadzą sobie ręce do zdjęcia, kiedy nadal można w naszych krajach usłyszeć, że Lachy [Polacy] sobie na to zasłużyli albo z Upaińcami [Ukraińcami] trzeba zrobić tak samo. 
Wiem, że to o czym mówię jest bardzo skomplikowane i z pewnością nie da się tego w pełni przekazać w kilku napisanych przeze mnie akapitach. Mam małą prośbę do wszystkich moich czytelników, a zwłaszcza do tych z Polski i z Ukrainy (bo ze statystyk wiem, że takowi są). Proszę, pamiętajcie o tamtych dniach. Proszę, pamiętajcie o ofiarach tamtych zdarzeń. Tak po prostu, bez agresji czy nienawiści.

Na koniec mam dla Was również pewien cytat na przyszłość:

Łotr albo głupek, w moim mniemaniu, narodowości nie ma, jest po prostu łotrem albo głupkiem.
~ Herkus Kunčius, Rozmowa Litwina z Polakiem
 

Pozdrawiam

horsefan

środa, 25 stycznia 2017

"Ósme życie (dla Brilki)" tom 1 - moje wrażenia z lektury

Źródło
Okej, zacznijmy może od tego, że przeczytałam tę książkę we wrześniu. A mamy styczeń.
Pierwotnie zamierzałam zrecenzować tę książkę na lubimyczytac.pl i na blogu. Cóż, Pani Szkoła dość szybko pokrzyżowała mi te plany. Mówi się: trudno i żyje się dalej...

Jak już pewnie się domyśliliście (zarówno po tytule jak i obrazku powyżej;P), mowa o powieści "Ósme życie (dla Brilki)" autorstwa Nino Haratischwili.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Właściwie, to z dwóch powodów:
  1. Polecała ją blogerka Anita Boharewicz na swoim vlogu Book Reviews by Anita, a tak się składa, że ja lubię jej filmiki, często oglądam je i tak dalej...
  2. Sentyment do Gruzinów, do Kaukazu, do chinkali, a nawet do wina, no, bo tam po raz pierwszy go spróbowałam (cóż z tego, że tylko umoczyłam w nim język, po czym doszłam do wniosku, że jest po prostu fe i że chyba zostanę abstynentką), do Gruzji w ogóle.

A o czym w ogóle opowiada ta powieść?  Otóż, jest to kronika rodzinna (odkąd przeczytałam "Silva rerum" czuję, że coś ciągnie mnie w stronę tego gatunku). Zaczyna się we wczesnych latach XX wieku, a kończy się gdzieś tak w latach pięćdziesiątych - tylko dlatego, że w polskim wydaniu rozbito ją na dwie części.
Przez te wszystkie lata przewijają się kolejne pokolenia gruzińsko-rosyjskiej rodziny Jaszi.
Pierwszą główną bohaterką jest tutaj Anastazja, córka najsłynniejszego gruzińskiego wytwórcy czekolady w carskiej Rosji. Największym marzeniem nastoletniej Stazji jest wyjazd do Paryża i występowanie w tamtejszej operze jako baletnica. W wieku siedemnastu lat dziewczyna poznaje o jedenaście lat starszego od siebie rosyjskiego oficera, Simona Jasziego. Po zaledwie kilku miesiącach znajomości Simon oświadcza się Stazji. Z czasem poznajemy losy innych członków rodziny Jaszi: siostry Stazji - Kristine, dzieci Simona i Stazji - Kitty i Konstantina - oraz kilku innych ważnych w ich życiu ludzi.


Tak więc, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej-więcej o co tej powieści chodzi. A teraz czas na tę część, której wprost nie mogłam się doczekać - na opinię!

Widok na Tbilisi
Bardzo długo zastanawiałam się nad tym jak ocenić tę książkę. Czytałam wiele recenzji w internecie i zauważyłam, że czytelnicy tej powieści podzielili się tak jakby na dwa obozy - jeden zdecydowanie za i drugi zdecydowanie przeciw. Ja z początku byłam w tym, który oceniał ją pozytywnie - uważałam, że ta historia to po prostu jakieś odkrycie, cud-miód po prostu, może nie arcydzieło, ale naprawdę zapiera dech w piersiach, po czym... pożyczyłam ją mojej mamie. A z ust Pani Matki usłyszałam cały potok negatywnych słów na jej temat. Że nudna, że w ogóle, to nie wiadomo, o co w niej chodzi, że autorka ma się za kogoś naprawdę świetnego - a w rzeczywistości nim nie jest...
I wiecie co? Teraz jestem gdzieś pomiędzy. A dokładniej rzecz ujmując, uważam, że Nino Haratischwili miała naprawdę dobry pomysł na powieść, ale niestety to, co ostatecznie wyszło spod jej pióra można określić tylko dwoma słowami: zmarnowany potencjał.
Już od samego początku autorka próbuje wykreować tworzoną przez siebie historię na wielką, rodzinną sagę, ciągnącą się przez wieki, coś niesamowitego, po prostu nie z tej ziemi, ale...
Moim zdaniem, ta historia byłaby znacznie lepsza, gdyby panna (tak, panna, dokładnie sprawdziłam #sprawdzone_info) Haratischwili skupiła się nie na długich, ciągnących się opisach wydarzeń, z których niewiele wynika, i które są dodatkowo takie... wyssane z emocji (to chyba dobre określenie), ale na lepszym zarysowaniu charakteru i relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami. Czytając, odnosiłam czasami wrażenie, że większość ludzi, którzy przewijają się przez tę historię jest trochę... papierowa? Sztywna? Jednakowa? Trudno mi się wysłowić, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi. Brakowało mi rozwinięcia niektórych wątków. Bardzo chciałam lepiej poznać relacje pomiędzy Stazją a Simonem, chciałam, żeby autorka wyraźniej podkreśliła chłód emocjonalny między nimi, żeby podkreśliła pochopność ich decyzji o zawarciu małżeństwa oraz to, że tak naprawdę w ogóle się nie znali. (Oczywiście, to tylko jeden z kilku przykładów, a piszę o nim dlatego, że wspomniałam już nieco więcej o tej parze na początku.)
Nie oznacza to jednak, że wszystkie wątki w tej książce są takie mdłe, co to, to nie. Znajdują się w tej książce sceny, które naprawdę mnie poruszyły i sprawiały, że wprost nie mogłam się oderwać, ale... chyba mogłabym policzyć je na palcach jednej ręki.


Ogółem, ta powieść ma zalety, jednak jest ich niewiele w stosunku do wad.

A propos wad... chyba najgorszą z nich są coelhizmy, wszechobecne coelhizmy, które na początku może dało się jakoś przeczytać, ale im dalej w las, tym bardziej miałam ich dość. Rzecz jasna, te coelhizmy są efektem ubocznym tego, że Nino Haratischwili - jak już wspomniałam - chciała wykreować wielką, wspaniałą, rodzinną sagę, co, krótko mówiąc, jej nie wyszło.
Moim osobistym zdaniem (z którym to zdaniem nie musicie się zgadzać) ta historia byłaby znacznie lepsza jako, owszem, saga rodzinna, ale nieco inaczej napisana, bardziej psychologiczna oraz z takim typowo gruzińskim akcentem.
O Jasna Anielko, mam nadzieję, że nie zadręczam Was tymi wszystkimi wadami, bo znalazłam jeszcze jedną... Otóż, sięgając po tę powieść, liczyłam na to, że będzie w niej trochę więcej... Gruzji. Początek jeszcze dawał mi nadzieję, że może będzie tu nieco więcej tej gruzińskości, że tak pozwolę sobie to ująć, jednak i tutaj czekało mnie rozczarowanie - im dalej w las, tym tej Gruzji było mniej.

Uszguli, najwyżej położona zamieszkana wioska na świecie
 Więc, po tym, jak wypisałam wzdłuż i wszerz te wszystkie wady, czy nadal warto czytać tę powieść?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Wybór należy tylko i wyłącznie do Was. Są ludzie, którzy widzą w tej powieści gniota oraz tacy, jakby chociaż lubiany przeze mnie dziennikarz Marcin Meller, którzy uważa tę książkę za jedną z powieści swojego życia.
A ja stoję gdzieś po środku. Czy przeczytam następny tom...? Cóż, jedno trzeba przyznać, że raczej tak - Nino Haratischwili przynajmniej udało się zachęcić mnie do przeczytania dalszego ciągu tej historii, choć już raczej nic specjalnego od niej nie oczekuję, umówmy się.

A wy? Czytaliście osławione "Ósme życie (dla Brilki)"? Jeśli tak, to jakie były Wasze wrażenia? 

Pozdrawiam 

horsefan

czwartek, 19 stycznia 2017

Co dalej z Żywią i jej bandą? - wiedźmowatego opowiadanka ciąg dalszy

Jechaliśmy już trzy dni.
Złodziejaszka jak nie było wcześniej, tak i nie było w tamtej chwili. Teoretycznie zadanie mieliśmy ułatwione dzięki pewnemu „tajemnemu” kamieniowi podarowanemu nam przez kadrę nauczycielską przed wyjazdem, ale „artefakt” zepsuł się już drugiego dnia.
Dobra rada: jeśli kiedykolwiek spotkacie na ulicy kogoś, kto będzie wam uparcie wciskał jakąś błyskotkę/kamyczek/pukiel włosów/część ciała jakiegoś bliżej nieznanego stworzenia (resztę możecie wpisywać do woli) o nadnaturalnych właściwościach, to odpuśćcie sobie i nic nie bierzcie. Nie warto. Serio.
Właściwie, to niewiele się działo przez ten cały czas. Wyścig z Bogdaszem, którym zamknęłam ostatnie opowiadanie, skończył się moją wygraną, za co mój przeciwnik był zmuszony do postu od swoich żarcików przez kolejną dobę. Nie pytajcie się, skąd taką karę mu wynalazłam. Po prostu to było pierwsze co przyszło mi do głowy i już. I kropka. Nie było dyskusji.
Jeszcze na dodatek poprzedniego dnia Brinette – jak każdy przyzwoity kujonek-chudzielec – okazała się niezwykle mało odporna na choroby. Głośne ataki mokrego kaszlu, katar z nosa i postępująca gorączka miały się okazać dopiero początkiem dość długiej listy nieciekawych objawów, ale o tym później.
Od samych początków choroby, Brinette postanowiła się zaopiekować Allija, która już od roku chyba wszystkim wciskała, że zamierza pójść na magomedycynę (jak można się domyślić, nie z dobrej woli, tylko dlatego, że zarobki duże). Półelfka najpierw zdiagnozowała u rudzielca jakąś chorobę, której nazwa w Starszej Mowie brzmiała bardzo skomplikowanie i tym samym mądrze, a w rzeczywistości… oznaczała po prostu: przeziębienie z ostrymi atakami mokrego kaszlu. Oczywiście, reszta poza mną i Brinette nie domyśliła się tego błędu – tylko ja i nasza chorująca kujonka miałyśmy jakieś w miarę dobre oceny z lekcji Starszej Mowy.
Tymczasem Allija wpadła na wprost genialny pomysł. Powołując się na księgę napisaną przez maga żyjącego około stu pięćdziesięciu lat temu i w dodatku o bardzo zawiłym tytule (również w Starszej Mowie), półelfka oznajmiła, że wyleczy Brinette… cynamonem.
Co jak co, nikt z nas nie przepadał za pupilką nauczycieli, ale z drugiej strony jej śmierć nikomu z naszej drużyny nie byłaby na rękę. Niby po powrocie moglibyśmy skłamać, że dziewucha spadła ze skarpy, zginęła w walce albo coś, ale na pewno zaraz wzięto by nas do specjalnej klitki, gdzie nasza pamięć została by przeszukana od podszewki… Uwierzcie mi – nie chcielibyście przez to przechodzić.
- Że c-co? – ledwie wykrztusił z siebie Irlen, zszokowany pomysłem kuzynki.
- Kobieto, ty oszalałaś! – nawet Bogdasz się ze mną zgadzał. – Chcesz jej wetknąć łyżkę z cynamonem do gęby i czekać, aż magicznie wyzdrowieje?!
- A co się dziwicie? – odburknęła im Allija, wyraźnie unikając ich wzroku. – Przecież magiczne właściwości cynamonu zostałby już dawno potwierdzone…
- A o właściwościach fizycznych też pomyślałaś?! – blondyn nie dawał za wygraną. – Przecież cynamon nie jest higroskopijny, ona się tym zakrztusi…
Tym razem półelfka rzuciła mu spojrzenie, które zdawało się wyraźnie mówić: Milcz, bo ja wiem lepiej.
- Ej, ludzie – odezwałam się z nikłym entuzjazmem w głosie. – A może by tak lepiej…
Widząc efekty mojej prośby, a raczej ich brak, stwierdziłam, że Brinette zajmę się sama.
„Tylko od czego by tu zacząć…”
Chudzina co jakiś czas pojękiwała, że było jej zimno, za każdym razem coraz mocniej kaszląc pomiędzy słowami, jednak reszta moich towarzyszy uparcie trwała w swojej kłótni i po prostu jej nie słyszeli.
Okej, a więc potrzebowałam dodatkowego koca.
Na chwilę odeszłam w stronę naszych wierzchowców, przywiązanych do okolicznej, lekko spróchniałej kłody.
„Koce były… na siodle Wanilki?... Nie, w takim razie musi je mieć Ciastek…”


Słońce zaczynało już dawać po oczach, wyraźnie oznajmiając o zbliżającym się zmroku. A w nocy zawsze było zimniej… jeśli zostawilibyśmy rudzielca w takim stanie, to choroba na 90% rozwinęłaby się w coś gorszego. Znacznie gorszego.
„Bogowie, żeby tylko nie okazało się, że ona ma to, o czym myślę…”
- Ej, co tu robisz?
Niemalże podskoczyłam z przerażenia.
- Irlen? A ty co? Nie z nimi?
- A po co miałbym być z nimi? Oni i tak potrafią tylko się drzeć… - Irlen rozejrzał się dookoła. – Szukasz czegoś?
- Właściwie, to tak. – odparłam. – Wiesz, gdzie są koce, ręczniki i zioła?
- Co do koców to jestem pewien, gdzie są, a zioła… zaraz poszukam. Ty może lepiej idź i zajmij się Brinette. Oni są bardziej zajęci sobą niż nią.
Zapewniona o jego pomocy, z małą poduszeczką, którą ktoś rzucił obok tobołków, pod pachą, odwróciłam się na pięcie i już chciałam potruchtać do rudzielca, gdy…
- Żywia?
- Tak, Irlen?
- Uważaj na siebie. Wyczuwam w powietrzu złą aurę. To… coś nie chce, żebyśmy dotarli do celu. Będzie próbowało nas skrzywdzić.
Na chwilę zamurowało mnie.
Musicie wiedzieć jedno: Irlen był jednym z nielicznych męskich uczniów naszej szkoły, którzy umieli przewidywać przyszłość. Właściwie, to można by powiedzieć, że zaliczał się do zaledwie kilkorga wieszczy, jakich znała historia. Z reguły umiejętności spoglądania w To, Co Miało Nadejść przypisywano pytiom, znachorkom, zielarkom, czarownicom, na starożytnej Babie Jadze kończąc – czyli, ogółem, kobietom.
Trudno było wyjaśnić pochodzenie talentu mojego, a niech już wam będzie, przyjaciela. Dość szybko odrzucono możliwość, aby odziedziczył talent po jakiejś elfickiej krewniaczce, gdyż po dokładnym przejrzeniu jego drzewa genealogicznego, zarówno w linii żeńskiej, jak i męskiej, nie odkryto niczego znaczącego. Wówczas jakaś grupa uczniów fascynująca się Czarami Zakazanymi (czyli w potocznym języku: czarną magią) zaczęła rozpowiadać na całą okolicę, że pojawienie się na świecie Irlena zostało przewidziane wiele setek lat temu przed nami i zapisane w Kronice Swaroga, bla, bla, bla… pewnie się spodziewacie, co spotkało cały fanklub Dawnego Panteonu. I wierzcie mi – wylanie ze szkoły i odesłanie ze łzami w oczach do rodziców było najłagodniejszą formą kary.
Ale ja to mam talent do rozgadywania się! Chwila, na czym to ja skończyłam…? Aha…
- Dobrze. Będę uważać. – odpowiedziałam mu, odwróciwszy tylko głowę w jego stronę.
Po czym pobiegłam. Zastałam Alliję i Bogdasza, nadal drących koty (bogowie, ile można się tak wydzierać?!) nad, bądź co bądź, schorowaną Brinette. Szybko kazałam awanturnikom zmywać się na bok, po czym podłożyłam przyniesioną przeze mnie poduszkę pod głowę rudzielca.
Nim minęła minuta, dziewczyna nagle się ożywiła i zaczęła mamrotać coś niewyraźnie pod nosem.
- Coś ci przynieść? – zapytałam się jej. – Wody? Jedzenia?
Brinette z trudem łapała oddech, sprawiała wrażenie, jakby… krztusiła się własnymi słowami.
- T-tam… - tylko tyle zdołała z siebie wydusić, ledwie unosząc kościste ramię przed siebie; palcem wskazywała w stronę nieba nad nami.
Na przekór zdrowemu rozsądkowi i samej sobie, postanowiłam odwrócić się w tamtą stronę.
I od razu gorzko tego pożałowałam.

 * * *

Linki do poprzednich części: 

 Link do Kreatywnego Spojrzenia: klik!

 Hasła na ten miesiąc: kaszel, spojrzenie, cynamon

Hm, to moje pierwsze opowiadanie na KS w tym roku, jak już podawałam - stanowi kontynuację dwóch poprzednich, bo nie chciało mi się zbytnio wymyślać nowej fabuły.
Może dokończę tę historię już bez inspiracji ze strony Kakaem? Się zobaczy, proszę państwa, się zobaczy. 

Chętnie przeczytam wasze opinie na temat tego opowiadania.
(A tak na marginesie, to zdjęcie znalazłam tutaj: klik!)

Aha, i jeszcze coś. Jak widzicie, nareszcie przestałam używać tytuły "Opowiadanko #[wpisz dowolny numerek]". Teraz będę musiała wymyślać jakieś sensowne tytuły, nie...


A na ten moment
Żegnam państwa 

horsefan

Szóstka Wron.