Jeśli jesteś tutaj, zacny Internauto (tudzież Internautko), nie po raz pierwszy, to zapewne zdajesz sobie sprawę z tego, że Europa Wschodnia i właściwie ten ogólnie pojęty Wschód to mój ulubiony kierunek podróży.
Wybierając się w moją podróż na Litwę, wielokrotnie usłyszałam wiele negatywnych słów na temat tego, jak miejscowi odnoszą się do Polaków, o tym, że Litwini w ogóle to nas nie znoszą... albo i my nie znosimy ich.
Mam wrażenie, że właściwie każda medialna relacja z Litwy przynosi jakieś doniesienia
o dyskryminacji Polaków na w tym kraju, o traktowaniu naszych rodaków jak
obywateli drugiej kategorii, na konieczności posiadania litewskich imion i nazwisk
poczynając, na obowiązku prowadzenia lekcji w języku litewskim w szkołach dla
polskich dzieci kończąc.
Geneza tej animozji nie jest jednoznacznie rozstrzygnięta, a
z uwagi na to, że mówimy o historii nieodległej nasze sądy powinny być tym
bardziej ostrożne. Paradoksalnie jednak bardzo prawdopodobną przyczyną niechęci
Litwinów do Polaków jest… bliskość tych dwóch narodów. Od Unii Krewskiej, Horodelskiej po Unię
Lubelską, Polacy byli tak silnie obecni w litewskiej państwowości, że niektórzy historycy mówią nawet o polonizacji
Litwy, jaka dokonała się w następstwie tych wszystkich historycznych aktów.
Gdyby tak rzeczywiście było, to faktycznie Litwini powinni być wprost demonstracyjnie
antypolscy, jeżeli chcieliby swojej litewskiej państwowości bronić. Akceptacja
polskości zaprzeczałaby ich litewskości.
W żaden sposób oceny tej nie zmienia fakt, że Litwinom polskość jest
bliska i umieją docenić zalety swojego odwiecznego związku z Polską. Nie
kwestionują tego, że to poprzez swoje wejście do Unii Obojga Narodów dotarła do
nich cywilizacja łacińska, chrześcijańska i europejska. „Przecież to z Polski przyszła do nas kultura
i nauka” – powiedziała mi pewna Litwinka, którą napotkałam w jednym z wileńskich sklepików z pamiątkami.
Pomimo tego jednak, a może właśnie dlatego, założyciele litewskiego narodu w II
poł. XIX w. uznali, że to polskość właśnie jest dla Litwy zagrożeniem
największym, bo to pokrewieństwo odbiera im, Litwinom, ich własną tożsamość.
Potem był oczywiście bunt Żeligowskiego, II wojna światowa, tragedia
Wileńszczyzny, Ponary i… coraz trudniej było nam znaleźć wspólny język…
...a potem, za pośrednictwem tak cudownego tworu, jakim jest internet, odkryłam książkę o zacnym tytule
Rozmowa Litwina z Polakiem.
![]() |
Źródło |
Dwaj autorzy - Piotr Kępiński – polski poeta, eseista i
dziennikarz oraz Herkus Kunčius – litewski pisarz i dramaturg -
podjęli niełatwą próbę rozmowy o naszych wspólnych polsko – litewskich losach.
Bez arogancji,
ksenofobii, uprzedzeń.
Swoje rozmowy spisali i tak narodziła się książka, o której dzisiaj piszę.
Jak wskazuje tytuł, tekst to dialog, wymiana poglądów oraz
doświadczeń pomiędzy dwoma intelektualistami z tego samego pokolenia. Każdy z
rozmówców stara się spojrzeć na kraj drugiego z życzliwością. Nie brak tu
anegdot z czasów młodości obu autorów, ale i trafnych spostrzeżeń na przeróżne
tematy. Do łez rozbawiła mnie historia opowiedziana przez Herkusa Kunčiusa
o tym, jak to swojej spragnionej uczuć wyższych chemiczce sprzedał za jedyne 15
rubli płytę zespołu Locomotiv GT. Przy ich muzyce nieszczęsna planowała
romantyczny wieczór, który miał (być może) przekształcić się w coś bardziej
trwałego, ale przecież nie jest to możliwe, jeżeli zespół reprezentuje…
węgierski rock progresywny. Kunčius z dystansem opisał opłakane dla
jego dalszej chemicznej edukacji skutki tego wieczoru. Ta historia jest w pewnym
sensie uniwersalna. Mogła zdarzyć się w każdym kraju, mieście, w którym na rogu
najbardziej ruchliwej ulicy nie ma Virgin Megastore;) Zatem jest dowodem naszych
podobieństw, a nie różnic.
W książce pojawiają
się także tematy poważne, których nie dało się i żaden z autorów nie chciał
uniknąć - głęboko zakorzenione fobie i
uprzedzenia u każdej ze stron. Problem Wileńszczyzny i przynależności samego
Wilna. Ponary. II wojna światowa. Obaj autorzy są świadomi historycznych i
politycznych uwarunkowań w jakich przyszło nam żyć, ale nie dają się im zdominować.
Są nastawieni na osiągnięcie porozumienia, a nie przewlekanie konfliktu. Chcą
się nawzajem zrozumieć.
Mylą się jednak ci, którzy sięgając po tę pozycję sądzą, że
znajdą w nim receptę na rozwiązanie wszystkich problemów oraz nieporozumień
pomiędzy dwoma narodami. Jak to ujął Adam Michnik we wstępie: „To rozmowa dwóch
normalnych intelektualistów z dwóch normalnych państw uwolnionych od
monstrualnych instytucji sowieckiej dyktatury”.
A rozmawiać, jak wiemy, trzeba. I obyśmy szli w stronę dialogu, a nie ignorancji i uprzedzeń.
* * *
Uff. Wyrobiłam się. Do napisania tej recenzji i wstawienia jej na bloga zabierałam się... no, długo. Wystarczająco długo, by prawie o niej zapomnieć.
To już ostatni post z króciutkiej serii "o wyprawie na Litwę".
Dodatkowo nieco go okrasiłam zdjęciami, których jakoś wcześniej nie wstawiłam, a uznałam, że w sumie to są całkiem warte uwagi...
Syrenka z Zarzecza:) |
Dalej Zarzecze... |
A to już nie Zarzecze, tylko klasztor bernardynek (o ile się nie mylę...) |
Wnętrza kościoła św. Piotra i Pawła:
Taka mała ciekawostka - wiecie, czemu żyrandol w tym kościele ma kształt okrętu? Ponieważ statek, który wiózł zza granicy (bodajże ze Szwecji, ale głowy nie dam - będę wdzięczna, jeśli ktoś raczy mnie poprawić) pierwotny ołtarz, zatonął i trzeba było zamawiać nowy...
Bęben spod Chocimia:) |
Ciekawostka numer dwa - wiedzieliście, że grzesznicy w kościele św. Piotra i Pawła zostali przedstawieni na podstawie wizerunków osób z zespołem Downa i innymi upośledzeniami? Np. takie twarze mają anioły na ołtarzu powyżej, ponieważ sprowadzają grzeszników do piekieł...
No i na koniec kostucha - stały element barokowego kościoła.
Pozdrawiam i do zobaczenia następnym razem:)
horsefan