niedziela, 27 września 2015

Powrót do szkoły, anime i takie tam

Witam,

z całkiem nie-zacnej okazji pod pełną nazwą Paskudne Choróbsko piszę dzisiaj, gdyż wreszcie mam chwilę dla siebie.
Kiedy czar który bezskutecznie nauczyciele usiłowali na nas rzucić, pokazujący wizję bezbolesnego roku prysł, zaczęły się dni pracy. Pracy, po której do zbitej na pysk głowy nie przychodzą żadne pomysły, zwłaszcza na posta na blogu (na drugim o koniach od dawna zbiera się kurz, eh) i jedyne o czym marzyłam było miłe łóżeczko i spanie do dziesiątej w weekendy. Dodatkowo, kiedy inni mają czas, horsefan postanowił, że nie będzie chciał pisać gimnazjalnego z angielskiego i zapisał się na zajęcia przygotowujące do FCE (i bardzo dobrze, bo strasznie pisze w języku naszych dalekich sąsiadów).
No, to chyba  w miarę wyjaśnia moją sytuację.

Zmieniając temat, ostatnio moją nową miłość zaczęły stanowić elementy wywodzące się z (pop)kultury japońskiej zwane anime.
I nie, to nie są żadne chińskie bajki!
Może teraz, już nieco bardziej na serio, opowiem moją krótką historię kontaktu z anime i mangą. Tak w ramach wstępu.
Moim najwcześniejszym kontaktem z anime było coś tak oczywistego, jak Pokemony, lecące wówczas bodajże na kanale Disney XD. Niewiele z tego pamiętam, wiem na pewno, że oglądałam to namiętnie z moją kuzynką, kiedy ja miałam lat 10, a ona 9.
Jednak po jakimś czasie fascynacja po prostu minęła. Dwa lata później ponownie zainteresował mnie temat japońskich produkcji i natrafiłam na starszą wersję "Czarodziejki z księżyca". Już sam fakt, że to anime przeznaczone dla dzieci sprawił, że po paru miesiącach musiałam "złożyć broń". Z mangą zresztą było podobnie...
No, i dochodzimy do teraz. W tym roku usiłowałam rysować mangę, ale brakowało mi wzorca, pomimo tego, że byłam i nadal jestem dumnym posiadaczem dwóch książek o tej sztuce. Aż w końcu koleżanka Kajax poleciła mi dwa anime, które cechowały jakże ważne dla nas rzeczy w doborze książki/filmu/serialu, o których za chwilę się dowiecie.
Otóż, te anime to "Akatsuki no Yona" i "Akagami no Shirayuki-hime".
Obie bohaterki, Yona i Shirayuki zaczęły mnie... inspirować.

Źródło: kakkoiineko.wordpress.com
 Zacznijmy od tej pierwszej. Akcja dzieje się w fantastycznym królestwie/cesarstwie (nie pamiętam;P) inspirowanym starożytną Japonią. Historia zaczyna się w dniu szesnastych urodzin księżniczki Yony. Od tamtego momentu jej życie zmienia się nie do poznania. [Ale nie zdradzę, dlaczego dokładnie, trzeba obejrzeć...] Ucieka z pałacu wraz z pomocą przyjaciela i sługi jej ojca - generała Haka. Od tamtej pory przyzwyczajona do luksusów rozpuszczona dziewczyna musi walczyć o własne przetrwanie. Więcej spoilerów nie podam. 
W Yonie właściwie urzekła mnie jej determinacja. Przypomniało mi to stan, w którym sama kiedyś czułam się słabo i nie widziałam wyjścia z sytuacji. Podsumowując, mogę powiedzieć, że moim mottem są słowa Yony:  

  "Nadal jestem słaba, ale będę walczyć, by stać się silniejszą."

 *

Źródło: www.animeholik.pl

Teraz druga partia, "Akagami no Shirayuki-hime". Słyszeliście kiedyś o młodzieżowym romansie, w którym główna bohaterka nie jest głupia?
Cóż, na pewno jakieś się znajdą, ale tyle, co kot napłakał. Za to pustych lal jest cała masa. Cała masa, która musi skończyć w śmietniku.
Nasza główna bohaterka, Shirayuki (w polskiej wersji językowej - Śnieżka) mieszka w stolicy swojego królestwa, prowadząc swoją własną aptekę. Pewnego dnia słynącą ze swoich czerwonych włosów dziewczyną zaczyna interesować się rozpuszczony książę Raji (czyt.: Radżi), który pragnie uczynić z niej swoją nałożnicę. Dziewczyna czym prędzej ucieka za granicę, a tam czeka ją nie lada przygoda...
Jeśli chodzi o samą Shirayuki, to bardzo mi się spodobały jej zaradność i pracowitość. Naprawdę, coraz mniej takich bohaterek, a uważam, że powinno być odwrotnie:(
Poza tym, w anime jest cała masa humoru (zrozumiałego dla człowieka Zachodu, rzecz jasna), więc nawet jeśli niespecjalnie lubicie romanse, to ten może wam się spodobać.

*


Źródło: komikslandia.pl


Poza tym na początku tego roku inne koleżanki poleciły mi ekranizację pewnie części z Was znanej mangi "Tokyo Ghoul".
Muszę przyznać, że od początku anime mnie bardzo poruszyło. Najpierw było to obrzydzenie ilością drastycznych scen i ciężko przechodziłam z odcinka do odcinka. Ale jakimś cudem dałam się wciągnąć. Im byłam dalej, tym bardziej pojmowałam postać Kanekiego oraz niesprawiedliwość świata, w którym żyje. Doszło do mnie, jak jeden moment może zmienić wszystko.
Historia Kanekiego porusza również problem konfliktu, wojny pomiędzy dwiema grupami. Jak łatwo zbudować między sobą mur, a jak trudno go zburzyć...
No, i pojawiło się odwieczne pytanie o granice człowieczeństwa. Co to właściwie znaczy: "być człowiekiem"? - Po obejrzeniu pierwszego sezonu taka myśl została w mojej głowie.
Polecam, ale ostrzegam ponownie - dużo drastycznych scen.

* * *

Cóż, to chyba koniec na dzisiaj, gdyż znów składa mnie choróbsko. Kaszel i katar - niby nic, ale i tak nie dają spać w nocy, nawet jak nie wiadomo ile razy wstrzykniesz sobie krople do nosa i wypijesz kolejną dawkę tego gorzkiego syropu. 

Openingi z 1. i 2. sezonu "Akatsuki..." : 





Z "Akagami...":



I z dwóch sezonów "Tokyo Ghoul'a":




Pozdrawiam

horsefan

PS Spotkałam się z różnymi opiniami na temat openingów z "Akatsuki...". Mnie, osobiście, podobają się oba. A wam, które bardziej odpowiada?

piątek, 28 sierpnia 2015

Kilka słów o Gruzji

Gamardżoba!

Z Gruzji powróciłam już w niedzielę, ale moje zacne lenistwo wzięło górę i kazało mi cieszyć się ostatnimi dniami wakacji.
Ale cóż, o Kaukazie coś być miało, a więc jest - ale krótko.



W trakcie mojego dwutygodniowego pobytu w tym zacnym kraju byłam w Tbilisi, niestety tylko przez niecałe dwa dni. Miasto śliczne, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w historii miało być ono zniszczone ok. 32 razy. Ale temperatura wysoka - już o siódmej rano wynosiła 20 stopni, a w ciągu dnia dochodziła nawet do czterdziestu. Za drugim razem udało mi się załapać na mszę* w Soborze Trójcy Świętej i zobaczyć samego patriarchę Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego oraz otrzymać błogosławieństwo.


* A właściwie, to na jej końcówkę - kawałek, na którym byłam trwał gdzieś tak z godzinę, a msze prawosławne trwają trzy godziny.


Ponadto, pojechałam i zwiedziłam część Swanetii - północnego regionu Gruzji zamieszkanego przez wojowniczy lud Swanów. Słyną oni min. z budowania warownych i mieszkalnych wież, które można znaleźć w całym regionie.
Zanim się tam wybrałam, słyszałam, że Swanowie to sami niebieskoocy blondyni. I tutaj muszę powiedzieć wszystkim, którzy myślą tak samo, że bardzo się mylą. Owszem, z pewnością znajdą się tacy, którzy wpisują się w ten obraz, ale nie ma ich zbyt wielu. Ale nawet jeśli taki Swan jest szatynem lub brunetem, to jednak ich typ urody nieco odbiega od gruzińskiego. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Swańskie dziewczyny, na oko w moim wieku, to stwierdziłam, że są dziwnie podobne do Polek:)
Dodatkowo, w Swanetii można znaleźć dużo łupku (no, wiecie, skały). Z Kają, moją koleżanką, namoczyłyśmy go raz sobie w wodzie, a gdy zmiękł, to namalowałyśmy sobie nim barwy wojenne na całej twarzy;P
Widzieliśmy słynny szczyt o nazwie Uszba, w kształcie niemal idealnego stożka; żeby go zobaczyć staliśmy przy drodze razem z Laszą i wynajętym swańskim przewoźnikiem (żaden Swan nie pożyczy auta bez kierowcy), czekając aż chmury się rozpierzchną.
Wybraliśmy się również do słynnego Uszguli, najwyżej położonej wioski w Europie. Początki wioski sięgają ponad sto lat przed chrztem Polski, o czym przypomina mała cerkiewka i monastyr na niewielkim wzgórzu, skąd jest widok na całe Uszguli.  Obecnie w wiosce znajduje się niemało opuszczonych domów, z których część popadła w ruinę. Dlaczego? Po rozpadzie ZSRR i nieco później wielu młodych ludzi wyniosła się do miast, głównie do Tbilisi. Ale ostatnio część z nich zdecydowała się wrócić - by odbudować majątek i założyć rodziny.
To było naprawdę niesamowite przeżycie.
Jednego dnia naszego pobytu udaliśmy się na lodowiec - i tu muszę zasmucić amatorów wspinaczki. Pod samym lodowcem musieliśmy się zatrzymać, ponieważ wejście na niego jest po prostu zbyt niebezpieczne. Nasz przewodnik o zacnym imieniu Lasza (właściwie to Laszari, ale mniejsza z tym) oraz mój tata postanowili wejść. I co się stało? Skała się osunęła, tato zjechał i nie dość, że prawie spadł, do jeszcze przeciął sobie rękę. Ale, nie licząc tego niemiłego wypadku, to żałuję, że nie zostaliśmy tam na dłużej;(

W drodze do kolejnego punktu naszej wyprawy zahaczyliśmy o Borjomi, gdzie znajdują się źródła górskiej wody i butelkowana jest woda o tej samej nazwie. Woda bezpośrednio ze źródła mnie i Kai wydała się taka sobie (miała silny posmak żelaza), ale zaczepiła nas pewna starsza Ormianka, sprzedająca pamiątki. Lasza rozmawiał z nią po rosyjsku. Kobiecina, na wieść, że jesteśmy z Polski, od razu zaczęła mówić o tym, że to ją Polacy nauczyli targować się we Lwowie (zakład, że to byli Żydzi) oraz o tym, jak to ona widziała Kaczyńskiego i że w ogóle w Gruzji wszyscy go podziwiają...
Jak miło słyszeć coś takiego o swoim narodzie.

Później czekały nas dwa dni do  Kazbegi, gdzie zobaczyliśmy klasztor Cminda Sameba.
W trakcie naszej wyprawy na górę przypadkiem spotkaliśmy młodziutką Chinkę, która przedstawiła się jako Ali. Za pośrednictwem Tłumacza Google'a wyjaśniła nam, że ma dwadzieścia dwa lata i że podróżuje już od trzech miesięcy oraz dodała, że była już w Armenii...
Razem doszliśmy górę i takoż z niej zeszliśmy w tym zacnym składzie. Pojechaliśmy także zobaczyć pobliski wodospad, zabierając ze sobą Ali. (A po drodze spotkaliśmy grupę Arabów z Arabii Saudyjskiej, akurat śpiewających swoje rytualne pieśni - jak miło...)
Po tym, jak odstawiliśmy Ali w miejsce, gdzie - jak nam wyjaśniła, a raczej zrobił to jej telefon - się zatrzymała, zaczęłam zachodzić w głowę, jak to jest - tak podróżować samemu, bez żadnego znajomego czy przewodnika. W dodatku - to Kaukaz. Tu mogą cię okraść. Nie daj Panie Boże, porwać, a Ali była dość niebrzydka. (Mam nadzieję jednak, że to się nie zdarza i to tylko moja wyobraźnia tudzież pewien rodzaj pesymistycznego nastawienia.) Poza tym... poruszanie ze znajomością angielskiego i tak jest na Kaukazie trudne, może z wyjątkiem większych miast. Ale zawsze jakieś. A ona miała do dyspozycji tylko tłumacz, który w dodatku tłumaczył... no, źle.
Nie wiem, co o tym myśleć.

Po Kazbegi udaliśmy się do małego miasteczka niedaleko Telavi (w Kachetii, regionie słynącym z wina), gdzie musieliśmy pożegnać się z Laszarim. Lasza był i pewnie nadal gdzieś tam jest bardzo fajnym przewodnikiem, jednak chyba wszyscy członkowie naszej wyprawy zgodnie muszą przyznać, że jeździł jak wariat. Jadąc z tyłu jego srebrnej Toyoty Isis, ja i Kaja mogłyśmy jeszcze jakoś przez to przebrnąć, ale moja mama już nie. Siedziała między nami i ciągle miała przed sobą widok na wyczyny naszego kierowcy. Potem mówiła mi, że serce jej waliło jak szalone.
Ostatecznie zostaliśmy pod opieką dwóch właścicieli małej winniczki. Chociaż pan Marcin musiał się ulotnić tego samego dnia ze względu na sprawy zawodowe, więc właściwie byliśmy zdani na łaskę jego przyjaciela Gruzina - Mamuki. Jak się okazało, nasz gospodarz z wykształcenia był historykiem i posługiwał się łamaną polszczyzną, której nauczył się częściowo podczas pobytu w Polsce, częściowo od Marcina. Dość szybko się zakolegowaliśmy, a podróże, które razem odbywaliśmy, na długo zapadły mi w pamięć. Jedną z nich odbyliśmy do miejscowej winnicy, gdzie pokazano nam kilka sposobów produkcji wina, a właściwie to dwa - współczesny i starogruziński (polegający na trzymaniu wina w amforach zakopanych w ziemi).
Inną odbyliśmy do grobu jednej z patronów Gruzji - świętej Nino, która przybyła tam w czwartym wieku i nawróciła kraj na chrześcijaństwo.
Zwiedziliśmy także część Parku Narodowego Lagodekhi, założonego przez polskiego przyrodnika Ludwika Młokosiewicza. Nie poszliśmy jednak zbyt daleko wgłąb parku - zależało nam tylko na pewnym niewielkim wodospadzie, wykąpaniu się w strumieniu i zjedzeniu pysznego arbuza uprzednio upchniętego między skałami. Ale przyjechać do niego z pewnością było warto:)
W winnicy gotowała nam pewna babuszka z sąsiedztwa o imieniu Makwala. Razem z Kają, jako dziewczyny, pomagałyśmy nieco w kuchni, ale nierzadko byłyśmy poprawiane, ja usłyszałam choćby, że nie umiem obierać czosnku (a tak naprawdę to ja to robiłam po swojemu...).
Ostatniego dnia udaliśmy się na suprę - tradycyjną gruzińską kolację nieco nakrapianą alkoholem. Niech to jednak was nie zmyli - nie oznacza to, że przyszliśmy (a raczej moi rodzice i Mamuka) od tak po prostu się upić. W Gruzji tradycja niemal rytualnego wznoszenia toastów sięga bardzo dawna. Pierwszy toast jest wznoszony za Boga, później za pokój: w rodzinie, w kraju, na świecie. Jeszcze później za młode pokolenie, a tuż po nich za przodków. Dalej nie pamiętam kolejności, ale niemal na pewno znalazł się także toast za zdrowie, za szczęście i jeszcze masa innych.
Nasz gospodarz upodobał sobie mojego tatę, głównie ze względu na to, że obaj nosili to samo imię: Jerzy = Giorgi. Kiedy skończyły się te bardziej oficjalne toasty, Giorgi poprosił tatę, by napił się tak jak on - z ceramicznej miseczki. Haczyk tkwił w tym, że nie można było jej odstawić po jednym małym łyczku - trzeba było wypić wszystko, po czym odwrócić naczynie, udowadniając, że zawartość bezpowrotnie zniknęła.
Po suprze - niestety - trzeba było się przygotować na powrót do domu. Na lotnisko w Tbilisi odwoziła nas taksówka, a lot do Warszawy mieliśmy zaplanowany na czwartą rano.
Długo pozostanie mi w pamięci nieszczęśliwa twarz Mamuki, który musiał się teraz zająć pewną nie-zacną grupą Polaków z Wrocławia, którzy najwyraźniej najlepiej wpisywali się w turystyczny, komercyjny obraz plaży w jakimś oklepanym miejscu. Cóż, Polaczki, było jechać do Batumi i leżeć na plaży z wypchniętym tyłkiem! 
Odkąd wróciłam do domu, wiem jedno - kiedyś tam wrócę, razem z Kajaxem. I będzie to wyprawa konno, jupikajej!

A tak na koniec, to mam dla was kilka ciekawostek: 
  1. Wiecie, jak po gruzińsku jest tata? Mama. To nie głupie żarty. Na mamę mówi się deda. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy Lasza opowiadał nam historię swojego kuzyna, który ożenił się z Polką. Kiedy urodziło im się dziecko, jego pierwszym słowem było mama, a każde z rodziców rozpierała duma, że to właśnie jego lub ją dziecko lubi bardziej. (A teraz zgadnijcie - jak jest babcia? Papa.)
  2. Okazuje się, że Gruzini także mieli kobietę-króla. Była nią Tamara, a właściwie Tamar. Do dziś okres jej panowania uznaje się za "Złoty Wiek" Gruzji. Żeby jeszcze było ciekawiej, Tamar - jak nasza królowa Jadwiga - także została ogłoszona po śmierci świętą. (Wikipedia nawet twierdzi, że nie tylko prawosławną, ale też i katolicką, ale głowy nie dam.)
  3. Gruzja jako taka jest bardzo stara - jej początki sięgają pierwszych wieków chrześcijaństwa, czyli to ok. 2.000 lat. Ale jako jednolity twór Gruzja funkcjonowała łącznie przez... czterysta lat.
  4. W alfabecie gruzińskim nie ma podziału na duże i małe litery, dlatego też kiedy Gruzini usiłują zapisać swój język w alfabecie łacińskim, to nie używają dużych liter. 
  5. Jeśli już siedzimy w temacie języka i alfabetu, to muszę powiedzieć, że jeśli w ogóle istnieje jakiś język w Europie**, który może być trudniejszy od polskiego, to jest nim z pewnością gruziński. Parę razy poprosiliśmy Laszę i Mamukę, by powiedzieli nam coś po gruzińsku. Dowiedzieliśmy się od nich min. że w ich języku jest kilka rodzajów litery k. Zapytałam nawet, jak to możliwe, że oni mówią w tym języku tak swobodnie. Mamuka powiedział, że dzieci osłuchują się z tym od najmłodszych lat i że im wcześniej zaczynają mówić, tym lepiej. "Wtedy gardło jest młode i takie nieukształtowane, więc dla nich to proste" - cytuję Mamukę. 
  6. Gruzja po gruzińsku to sakartwelo, czyli "kraj Kartwelian". 
  7. Dodam, że moje imię po gruzińsku brzmi sope.
  8. A prawie zapomniałam - my mamy Mickiewicza, Rosjanie mają Puszkina, nawet Ukraińcy mają Szewczenkę - a Gruzini mają Szotę Rustawelego, znanego głównie z poematu Rycerz w tygrysiej skórze.  Musiał być - zdaniem mojej mamy - człowiekiem dość kochliwym, skoro ponoć ulokował swoje uczucia w samej Tamar, królu królów i królowej królowych, której był nadwornym poetą.
  9. W Gruzji jest kilka stref klimatycznych, ale dzięki mojej znajomości geografii mogę powiedzieć, że balansują one głównie między podzwrotnikową, zwrotnikową a umiarkowaną. Natomiast kule gradowe osiągają wielkości mniej więcej takie, jak nasze śliwki. W Kachetii grad niszczy hektary pól uprawnych, a w czasie naszego pobytu na drodze roiło się od... martwych wron. 
 ** Niektórzy geografowie zaliczają Kaukaz do Azji, jednak Gruzini bardziej identyfikują się z Europą.

Oraz mała zagadeczka: 

 Co to chinkali?
Miejscowość? Region? Język, grupa ludzi?...
...otóż nie. To po prostu... pierożki. I to nie byle jakie - moja mama twierdzi, że przypominają latające spodki z antenką, ale mnie bardziej kojarzą się z odwróconymi grzybami.
Na czym polega cała filozofia? Trzeba złapać ogonek i odwrócić "brzuszkiem" do góry. Ciasto należy nadgryźć, po czym wyssać cały bulion, z których chinkali słyną, najlepiej tak, by żadna jego kropla nie spadła na talerz. Kiedy bulion się skończy, to znak, żeby zjeść całą część z miesęm. Ogonki się oczywiście zostawia, gdyż ponoć są one bardzo tuczące;P
W czasie mojego wyjazdu parę razy zwrócono mi uwagę, że chinkali to typowo męska potrawa (często pojawiająca się na imprezach nakrapianych alkoholem, nota bene) i że mnie - kobiecie - to trochę nie wypada.
Jak się można spodziewać - olałam to i jadłam ile mi się żywnie podoba:)

Źródło: www.mlsanicko.cz

Zamierzam jeszcze zrobić jeden post poświęcony zdjęciom, ale jeszcze nie wiem, kiedy to się stanie. Raczej nieprędko.

Pozdrawiam

horsefan

piątek, 7 sierpnia 2015

Lwów według horsefana #2

Witam, witam zacnych internetowych surferów,

zanim rozpocznę, pragnę Was poinformować, że wkrótce czeka mnie wyjazd do Gruzji. Czy na jej temat też coś się pojawi? Planuję wstawić jakieś zdjęcia, ale teraz - gdy idzie mi tak ciężko z Lwowem - to wiem, że nieprędko to zrobię. Posty o Lwowie pojawią się po powrocie z mojej wyprawy do Kaukazu, tak w ogóle.
Tyle z ogłoszeń parafialnych.

* * *

Rano obchodzimy rynek lwowski po kilka razy. Naprawdę, trudno mi było uwierzyć w fakt, że na drugim końcu tego kraju toczy się wojna. Ktoś zupełnie niepoinformowany o niej, nie wyciągnąłby takich wniosków patrząc na tutejszych uśmiechniętych, spacerujących po uliczkach ludzi. Widzimy kamienicę Baczewskich. Z góry surowo patrzyły na mnie popiersia takich wielkich literatów, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński, Staff i paru innych. Z daleka była bardzo widoczna...

Zajrzeliśmy, właściwie przez przypadek, do Kościoła Garnizonowego Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Muszę przyznać, że niewiele o nim wiedziałam, właściwie to nic. 
Ale widok, jaki czekał mnie w środku spowodował, że łzy prawie napłynęły mi do oczu. 
Tynk odpadający czy to z sufitu, czy to z kolumn, zniszczone balustrady, a gdzieniegdzie ściany pozakrywano czarną folią. "Czyżby ktoś usiłował robić tu renowacje?" - pomyślałam z nadzieją na ich widok.



W lewej nawie zwróciły moją uwagę trzy sztalugi. Gdy podeszłam bliżej, dostrzegłam, że to zdjęcia poległych na wschodzie żołnierzy pochodzących ze Lwowa. I tak jak nauczono mnie, gdy byłam młodsza, odmówiłam za nich krótką modlitwę.



Po wyjściu obraliśmy tę samą drogę, co poprzedniego dnia, gdy wracaliśmy z "Amadeusza". Przed sobą widzimy Katedrę Łacińską, zwaną poniekąd Polską.
Po przeciwnej stronie, pod numerem 10, rezydencja Lubomirskich złożona siedmiu połączonych kamienic. (Niedaleko od rynku wspaniały pałac Potockich, w którym obecnie mieści się Galeria Lwowska.)
Nagle drogę przejeżdża nam tramwaj; taki, jaki widziałam na starych zdjęciach Warszawy czy Krakowa, tylko bez koni, oczywiście. Tramwaj zatrzymuje się na chwilę, wychodzą pasażerowie, a my idziemy dalej.
I po raz kolejny przed naszymi oczyma ukazuje się księgarnia z szyldem po ukraińsku i po... polsku.


- Może chcesz wejść? - zapytała mnie mama. Wie doskonale, że gdziekolwiek jestem i jest tam możliwość kupienia książki, to zazwyczaj kończy się to tym, że niemal wyczarowuję jakby z powietrza setki pozycji, które ledwie można donieść do kasy, a co dopiero do domu;P
Mój poziom czytania cyrylicy jest na niskim poziomie, nie wspominam już o jakimkolwiek rozumieniu tego, co czytam (to kwestia... problematyczna), więc odpowiedź brzmi... 
- Nie, dzięki. - odpowiadam. Jak zwykle, znalazł się jednak jakiś szczegół, który zmusił mnie do zatrzymania się pod księgarnią na jeszcze jedną chwilę. 

Specjalnie dla fanów "Niezgodnej"

Odchodzimy nieco dalej, żegnając wzrokiem księgarnię; naszym oczom teraz ukazuje się... kolumna Mickiewicza.



Tutaj na każdej ulicy są choćby najmniejsze ślady polskości. Powoli zaczęłam rozumieć, że jest tutaj, jak w Krakowie - tylko, że jakby większym. Zaczęłam się nawet zastanawiać przez chwilę, dlaczego mi się tak tutaj podoba - przecież moją złotą zasadą podróżowania jest, by udać się tam where nothing looks familiar...



Zanim się tutaj wybraliśmy, zaczęliśmy przeglądać masę stron internetowych o różnych ciekawych miejscach i atrakcjach w tym zacnym mieście. Zauroczyła mnie Lwowska Manufaktura Czekolady, chyba głównie ze względu na moje czekoladowe uzależnienie. Wmówiłam sobie, że muszę ją odnaleźć:)!
Wędrując pomiędzy uliczkami, rzeczywiście - napotykamy znajomo wyglądającą kamieniczkę, a zapach sam zaprasza do środka...
W środku, na parterze, znajduje się tylko kasa i kilka stolików. Jest dość ciasno ze względu na to, że wejść i wyjść można tylko przez jedne drzwi. Weszliśmy więc, a pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to szklana ściana po lewej. Przez szybę widać było kadzie i maszyny przez które przepływa płynna czekolada...
- Przepraszam, czy mogłaby pani nieco szybciej iść? - odezwał się do mnie ktoś po ukraińsku. Słowa uderzyły mnie niczym piorun i wyrwały ze słodkich marzeń.
- Zośka! - usłyszałam wołanie taty. Spokojnie weszłam w kolejkę, która po jednej stronie wchodziła, a po drugiej wchodziła po krętych schodkach na kolejne kondygnacje kamieniczki.
Wydobyłam się z kolejki na poziomie ze sklepikiem. Od razu odnalazłam czekających na mnie rodziców. Po krótkiej chwili wchodzimy do sklepu. Miłośnicy czekolady jak ja zapewne nazwaliby to miejsce salą tortur. 
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ozdobne czekoladki - sprzedawali je przy kasie. Dalej, za szkłem, znajdowały się kostki sprzedawane na wagę. Czysta czekolada, czarna, mleczna i biała... były nawet lizaki czekoladowe, samochodziki jak dawne dziecięce zabawki, albo nawet buty na wysokim obcasie (nawiązanie do Kopciuszka?)!



Niestety, musieliśmy opuścić Manufakturę dość szybko.
Dlaczego? Otóż, wcześniej, kiedy jeszcze włóczyliśmy się po rynku bez celu natrafiliśmy na pewny zakład fryzjerski. Napis na drzwiach głosił: "Best Hairdresser in Town". Cóż, czy to jest właściwie best hairdresser in town, mieliśmy się za chwilę przekonać.



Na miejscu fryzjerka posadziła mnie na krześle i po krótkiej instrukcji zaczęła majstrować z moją fryzurą; jakieś płyny, pianki, a za chwilę w lustrze dostrzegłam lokówkę... Wkrótce usłyszałam: "Gotowi" i na chwilę zostałam sam na sam ze swoim nieco odmienionym odbiciem. Nie chcę się tu jakoś na jego temat wylewnie wypowiadać, więc powiem tylko, że zrobiono mi całkiem fajne loki, które wytrzymały do wieczoru...
...właśnie, wieczoru. Odrestaurowana Opera Lwowska zrobiła na mnie niemałe wrażenie, przeplatające się style, głównie barok i klasycyzm, złote zdobienia.
Poszliśmy na operę pt. "Don Juan" (czyt.: don żuan, właściwa nazwa to Don Giovanni). Wykonanie, które zobaczyłam, bardzo mi się spodobało, choć miewałam trudności w rozumieniu całości - opera sama w sobie była w języku włoskim, ale nad aktorami, tuż przy kurtynie powieszono multimedialną tablicę, na której wyświetlało się tłumaczenie scenariusza na język ukraiński. Raz po raz, gdy moja znajomość hiszpańskiego, podobnego do włoskiego, zawodziła, moje oczy wędrowały na cyrylicę. I odwrotnie.
Spektakl kończy się hucznymi brawami, które odbijają mi się o uszy jeszcze długo po wyjściu z Opery i zmieszały się z odbijającymi się od naszego parasola kroplami ulewnego deszczu.

 * * * 

To co? Reszta wkrótce:) 

Pozdrawiam 

horsefan

piątek, 3 lipca 2015

Recenzja książki - "Ostatnia z Dzikich"


Tytuł: Ostatnia z Dzikich
Tytuł oryginału: Last of the Wilds. Age of Five: Book Two
Autor: Trudi Canavan
Trylogia: Era Pięciorga
Tom: 2
Rok wydania (Australia): 2006
Rok wydania w Polsce: 2009
Gatunek: fantasy, romans, przygodowe


Opis świata: tutaj

Opis fabuły

Choć Auraya była architektem zwycięstwa Białych, pierwsze spotkanie z wojną wypełniło jej sny koszmarami. Spaceruje w nich po polach krwi, a polegli wstają, by rzucić jej w twarz oskarżenie: Ty nas zabiłaś. Ty. Wydaje się, że Auraya nie zazna spokoju, dopóki nie odejdą te koszmary. Niestety, jedyny człowiek, któremu ufa i którego mogłaby prosić o pomoc, zniknął. Tkacz snów Leiard, wciąż usiłując jakoś uporządkować coraz wyraźniejsze wspomnienia dawno zmarłego Mirara, ucieka w góry w towarzystwie Emerahl, być może ostatniej z Dzikich. Choć sama nie jest tkaczem snów, Emerahl dysponuje wielką mocą i pomaga Leiardowi w zrozumieniu tej niezwykłej plątaniny pamięci. To, co odkryją, zmieni jego życie na zawsze. Daleko na południu, Pentadrianie liżą rany i próbują wybrać nowego przywódcę. Wydaje się, że pokój musi jeszcze zaczekać.

[opis z okładki]


Moja ocena

Zaczęłam czytać tę powieść, nie mając pojęcia, na co się wystawiam. I tak, jak w przypadku poprzedniej części, utopiłam się w niej, jak zapewne miałoby to miejsce w jeziorze Bajkał. 
W tej części poznajemy Reivan, młodą, nie posiadającą Talentów pentadriankę, która z ledwie Myślicielki stała się jednym ze Sług Bogów.
Kiedy czytałam jej wątek, w mojej głowie narodziło się jedno pytanie: "Kto tu właściwie jest czarnym charakterem?". Pentadrianie zostali ukazani - z punktu widzenia Reivan (choć nie ona jest narratorką) - trochę tak, jak ukazano cyrklian w pierwszej części, czyli w większości ludzi, którzy mniej lub bardziej oddają cześć swoim bogom i starają się żyć, każdy inaczej.
Jakby tak się zastanowić, to oba te wyznania są wobec siebie nastawione i święcie przekonane, że ci z drugiego końca kontynentu nie mają prawa do istnienia. Trochę jak... my. Często tworzą się u nas takie stereotypy, mniej lub bardziej zgodne z prawdą, czyż nie?
Oczywiście, nie zabrakło Aurai i Emerahl, dwóch głównych bohaterek z pierwszej części. Ich wątki tak się rozwinęły, że wracając pamięcią do początku opowieści o Ithanii, w życiu bym nie myślała, że tak będzie. Nie będę spoilerować, ale powiem tyle, że w moim odczuciu... było ostro. I podobało mi się, że postać naszej Kapłanki w Bieli miała charakter! Była gotowa poświęcić się dla swojej sprawy, jednak rezygnując z innej (wątek dramatyczny, rzecz to jasna) i zostaje, hm... (uwaga: SPOILER!) buntowniczką.
Co bardzo mnie urzekło, to styl pisania autorki, to jak fakty idą płynnie i rzadko mogłam się domyślać, co zaraz może nastąpić. Za to ma ona u mnie dużego plusa:)
W tej części brakowało mi również Tryssa, wynalazcy-Siyee z pierwszej części. Niby trochę schematyczny, a jednak miał w sobie "to coś". Wypchnęła go postać, która pojawiła się - o ile mnie pamięć nie myli - pod koniec poprzedniego tomu: Imi, księżniczka morskiego ludu Elai. I tak jak Tryss, w trakcie swojej wyprawy (czytaj: ucieczki), zachodzi w niej zmiana na lepsze, dojrzewa. Nie mówię, że jest z niej zła postać. Podobała mi się i mam nadzieję, że w trzeciej części także będę mogła o niej czytać:)
Jednego na pewno nie zapomnę związanego z tą książką - moich emocji, gdy czytałam ostatnie strony. Nie napiszę, co się stało, musicie przekonać się o tym sami, ale... to było dla mnie... bolesne;(

Dobrze, tak na zakończenie dodam niedługo może się pojawić kolejna część o Lwowie:)

Pozdrawiam

horsefan

środa, 1 lipca 2015

Horsefanowe plany na wakacje

Witam, jak niemal zawsze, po dłuższej przerwie!

Ostatnio oglądnęłam na kilka innych blogów i zauważyłam, że na nich autorzy opisują z wypiekami na twarzy (lub bez nich) swoje wakacyjne plany itp. itd...
Postanowiłam więc... opisać... napisać o tym... ach, wiecie, co mam na myśli!

Więc tak, na początek postanowiłam wyznaczyć sobie takie małe... zadanie na te wakacje. A mianowicie *słychać rytmiczne uderzenia bębnów* posprzątać mój pokój! 
Niby coś banalnego, a jednak od początku muszę przyznać, że zadanie do łatwych się nie zalicza. Grzebiąc, dajmy na to, w mojej komodzie znalazłam nawet stare życzenia urodzinowe sprzed roku od moich koleżanek:) Ponadto, zainspirowały mnie bardzo pomysły autorki bloga Niebałaganka, i to dzięki niej narodził się pomysł na to:













Dodatkowo, sporą część tych wakacji mam niezaplanowaną i chciałabym trochę pobyć w domu, zrobić jakieś wypady na miasto, a resztę wyjazdów będę planować w międzyczasie.

Właśnie, jeśli chodzi o jakiekolwiek wyjazdy, to z pewnością będzie to obóz literacki, na który jadę z moją dobrą koleżanką, zacną Polą (więcej o niej znajdziesz tutaj). Odbędzie się on w górach, a dla mnie i Poli - jako, że jesteśmy z Trójmiasta - oznacza to, że musimy wyruszyć dzień przed innymi członkami naszej zacnej wyprawy i spać w autokarze pierwszą noc... same przyjemności;p I jeszcze zaskoczyło mnie to, że obóz odbędzie się w Poroninie - w tym samym, w którym mieszkał nikt inny jak niejaki Włodzimierz L., który w sumie nic takiego nie zrobił, oprócz tego, że, hmmm... wywołał Rewolucję Październikową? *ach, ja i mój kochany sarkazm*
Drugą podróżą, która mnie czeka, jest wyprawa (jeszcze nie do końca zaplanowana) do Gruzji. Pierwotnie miała naszą destynacją być Armenia, ale kiedy dowiedzieliśmy, że szykuje tam coś na wzór ukraińskiego Majdanu, tzw. Electric Yerevan, to z rodziną stwierdziliśmy, że wybór pada na jej północnego sąsiada. Może mnie czekać przed tą wyprawą szybki kurs języka rosyjskiego, bo w Kaukazie to podobno mało kto zna angielski;) W planach mam również zabranie Kajaxa na wyprawę, ale czy się to uda? Miejmy nadzieję...

W dalszych planach są książki, jak zawsze. Więc... oto moja lista:

1. Trudi Canavan - "Głos Bogów"



Trzecia część trylogii "Era Pięciorga" tak mocno lubianej w naszym kraju australijskiej pisarki. Jestem w trakcie czytania części drugiej i muszę przyznać, że im dalej ją czytam, tym bardziej zaczyna mnie... niepokoić (to chyba dobre określenie) zakończenie trylogii. Co się stanie z Aurayą, Emerahl i innymi bohaterami, których poznałam w pierwszej części?...
...właściwie, to nawet przypomniała mi się moja mała przygoda, którą miałam w Empiku, kupując ostatni, brakujący tom Trylogii Czarnego Maga, debiutanckiej serii pani Canavan. Przy kasie ekspedient rzucił komentarz, że on to w sumie nie lubi jej twórczości, ale rozumie, że komuś może się ona podobać. Zapytałam więc, dlaczego za nią nie przepada. A ten miły pan na to odpowiedział, że po prostu ona opisuje średniowieczny zamek tak, jakby nigdy w nim nie była. Ale cóż się dziwić? Trudi jest z Australii, a u nich nie ma zamków pod dostatkiem jak w Polsce, Francji czy Niemczech, dajmy na to. I to mu odpowiedziałam. Odpowiedź była taka: "Właśnie...", z cichym westchnięciem w tle. Może nic wielkiego z tej historii nie wynika, ale chciałam ją od dawna opisać na blogu:)

2. Olga Gromyko - "Zawód: Wiedźma" cz. 1 i cz. 2




Z twórczością pani Gromyko zaznajomiły mnie moje dwie koleżanki, o których już wspominałam - Kaja i Pola.
Obie są fankami tej zacnej białoruskiej pisarki i tak właściwie, to im się nie dziwię - zajrzałam do pierwszej części i o mały włos nie dałam się kompletnie wciągnąć. Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z czymś podobnym do stylu pani Olgi i - jak pewnie się spodziewacie - nie mogę się doczekać, by po nią wreszcie sięgnąć. Postaram się przeczytać dwie pierwsze części serii o przygodach Wolhy Rednej, ale kto wie... może pójdę jeszcze dalej i przeczytam "Wiedźmę Opiekunkę"?
Jednak dla tych, którzy chcą jej książki normalnie kupić w księgarni mam smutną wiadomość. Z czego, co się dowiedziałam, nakład tego cyklu właściwie to się wyczerpał, a nieliczne egzemplarze są dostępne w sklepach internetowych. Mi się udało kupić po okazyjnej cenie całą serię na Allegro, całe moje szczęście; poza Allegro, nie znalazłam zbyt wiele...





3. Rae Carson - "Dziewczyna Ognia i Cierni"



Rae Carson to jedna z pisarzy dopiero wchodzących na polski rynek. Z tego, co znalazłam o niej w internecie, to to, że mieszka w stanie Ohio z mężem i dwójką przybranych synów oraz, że pisarstwem zajmuje się praktycznie przez cały czas.
O tej książce dowiedziałam się z tego bloga. Jest to opowieść z motywem religijnym, nieco inspirowanym chrześcijaństwem. Muszę przyznać, że pomimo tego, że jestem wierząca, to średnio przepadam za tego typu książkami, ponieważ ich autorzy zazwyczaj nierzetelnie piszą, a ich "świątobliwość" kojarzy mi się raczej ze zwykłą ciemnotą.
Autorka wcześniej wspomnianego bloga jest zadeklarowaną ateistką, lecz jej recenzja była w miarę pozytywna i ostatecznie zachęciła mnie do nabycia tej książki. Czy historia Elisy - bo takie jest imię głównej bohaterki - mi się spodoba? Jak zwykle, to jeszcze się okaże.


4. Anne Rice - "Wampir Lestat"



Druga część bestsellerowej serii "Kroniki wampirów" autorstwa amerykańskiej pisarki Anne Rice. Już wiem, że nie jest to bezpośrednia kontynuacja historii, którą poznałam w "Wywiadzie z wampirem", ale opowieść jednego z bohaterów, który miał w "Wywiadzie..."  raczej drugoplanową lub epizodyczną rolę - tytułowego Lestata. Większość osób (zwłaszcza kobiet;p), które już zdążyły się zaznajomić z pierwszą częścią, fascynuje postać niedojrzałego, ale także nad wyraz okrutnego stwórcy Louisa i Claudii. Ja także się do tych osób zaliczam i mam nadzieję, że gdzieś w trakcie tych wakacji uda mi się chociaż do niej na chwilę zajrzeć:)


Co więcej? Ostatnio wróciło do mnie kilka moich dawnych zainteresowań jak dawno zagubiony bumerang. A właściwie jedno, czyli malarstwo. Oto dwa efekty mojej zabawy z akwarelami (i tuszem):










Ponadto, w zeszłym roku zainteresowało mnie ikonopisartwo, czyli po prostu malowanie świętych obrazów na desce. Ktoś by pomyślał: "Czy horsefan nie upadła na głowę?". Być może Otóż nie! Tak się złożyło, że latem w zeszłym roku, gdy udałam się z mamą na górską wyprawę po Bieszczadach i udało nam się zajrzeć do kilku warsztatów ikon. Zamyślone, na swój sposób magiczne twarze postaci, właściwie to cały styl w jakim były namalowane wydał mi się niezwykle fascynujący. I tak się szczęśliwie złożyło, że moja znajoma nauczycielka plastyki dogadała się ze swoją kuzynką, która z zawodu jest konserwatorem sztuki i razem zaczęły prowadzić cykl zajęć o pisaniu ikon. W trakcie trwania tych zajęć udało mi się stworzyć dwie, z których bardzo jestem dumna, ale bardziej chyba z tej drugiej. Załączam więc zdjęcie tej lepszej, przedstawiającej Archanioła Gabriela:




Pewnie też niektórych interesuje, czy jeszcze będzie cykl o Lwowie. Cóż, raczej na pewno, mam nadzieję, że uda mi się wszystko w miarę ogarnąć i wkrótce poznacie kilka innych, ciekawych i także historii z tego cudownego miasta:)

Pozdrawiam i życzę miłych wakacji

horsefan


czwartek, 18 czerwca 2015

Recenzja książki - "Mechaniczna księżniczka"



Tytuł: Mechaniczna księżniczka
Tytuł oryginału: The Clockwork Princess. The Infernal Devices - Book Three
Autor/ka: Cassandra Clare
Trylogia: Diabelskie Maszyny
Rok wydania (w USA i w Polsce): 2013
Gatunek: fantasy, romans, przygodowe, obyczajowe

Opis świata i fabuły 

Mroczna sieć zaczyna się zaciskać wokół Nocnych Łowców z Instytutu Londyńskiego. Mortmain planuje wykorzystać swoje diabelskie maszyny, armię bezlitosnych automatów, żeby zniszczyć Nocnych Łowców. Potrzebuje jeszcze tylko ostatniego elementu, żeby zrealizować swój plan. Potrzebuje Tessy Gray. 
Charlotte Branwell, szefowa Instytutu Londyńskiego, rozpaczliwie stara się znaleźć Mortmaina, zanim ten zaatakuje. Ale kiedy Mortmain porywa Tessę, chłopcy, którzy roszczą sobie prawa do jej serca, Jem i Will, zrobią wszystko, żeby ją uratować. Bo choć Tessa i Jem są zaręczeni, Will jest zakochany w niej jak zawsze.
[opis z tyłu okładki]

Moja ocena 

Cóż, zacznę może od tego, że postanowiłam się zbytnio nie nastawiać na cokolwiek, co mogło w tej powieści nastąpić. Skończyłam czytać "Wywiad z wampirem" i chciałam napisać jego recenzję. Niestety, książka ta jest tak filozoficzna i głęboka, że... po prostu nie mogłam. Więc spokojnie postanowiłam powrócić do świata Nocnych Łowców.
Książka wydawała mi się od pierwszych stron niezbyt ambitną, ale dość przyjemną lekturą (no, pomijając sceny walki i tym podobne, kiedy czytelnik zazwyczaj boi się o los bohaterów...). Spodobało mi się kilkoro bohaterów, min. bracia Lightwoodowie czy siostra Willa - Cecily Herondale. Ich wątki nie były nużące, a charakter Cecily sprawiał, że chciało się czytać więcej i więcej. 
Tak gdzieś mniej więcej do połowy. 
Dlaczego? Bo właśnie wtedy historia stała się bardzo przewidywalna. Miałam wrażenie, że czytam "Miasto Niebiańskiego Ognia" (Dary Anioła tom 6) , a raczej jego wersję osadzoną w nieco innych realiach historycznych z lekko pozmienianymi bohaterami i fragmentami fabuły. Pojawiły się te same motywy i wątki, min.: 
  • główna bohaterka ma służyć do zniszczenia Nocnych Łowców, 
  • jest ona także wynikiem pewnego nieciekawego eksperymentu genetycznego,
  • oraz to, że czarny charakter pragnie ją zmusić do ożenku.
Można by jeszcze trochę wymieniać, ale wśród moich Postanowień Bez Okazji znajduje się również fragment mówiący o tym, bym tak nie faszerowała Was spoilerami w moich recenzjach...
Ogółem, pocieszył mnie fakt, że chociaż raz dobra w życiu zaznała moja imienniczka, Sophie. (To też było do przewidzenia, ale... nie tak wkurzające, jak reszta.)
Co więcej?
Podsumowując, historia i tak nie zakończyła się źle. Po prostu... odpowiednio. To chyba dobre słowo. Chciałabym tylko się przekonać, czy Cassandra Clare może jeszcze zrobić takie powtórzenie - ale to dopiero po marcu przyszłego roku, kiedy ma wyjść pierwsza część nowej trylogii, w której będziemy poznawać losy Emmy Cairstairs i Instytutu w Los Angeles:)

Pozdrawiam

horsefan



piątek, 12 czerwca 2015

Lwów według horsefana #1 - Objadam się jak prosię...

Witajcie, cześć i czołem!

Dziś kontynuuję moją opowieść z wyprawy do Lwowa. (Znów dopadły mnie moje obowiązki, ale mam nadzieję, że teraz będzie gładko...)

Jedźmy z tym koksem! Zaraz, na czym to ja skończyłam...?

* * * 

Nim otrząsam się z szoku, jakiego doznaję na widok niemal pustego lotniska, moi rodzice zdążają  wychwycić w niewielkiej grupce kierowców jednego, który macha tą z naszym nazwiskiem.
I w sumie nie dzieje się nic zachwycającego, do chwili, gdy zajmujemy się wpakowywaniem naszych tobołków. 
Rozmawiamy z kierowcą do tej pory po angielsku, święcie przekonani, że tak powinno być. 
I nagle padają teksty: 
- Where are you from? 
- Ah, we're from Poland. 
- Z Polski? A, to witamy! 

Czuję , jak powoli drętwieję. Z jednej strony gdzieś we mnie nie mogłam uwierzyć, że tu jestem; długo marzyłam, żeby przyjechać do Lwowa i na Ukrainę ogółem tak, wiem, jestem dziwna, a z drugiej byłam przekonana, że tutejsi unikają raczej kontaktu z polszczyzną. A tutaj, taka miła niespodzianka! 

Wsiedliśmy do samochodu i zapięliśmy pasy jak w tej reklamie o pancerniku. 
Wyjeżdżamy z lotniska i mój tata rozpoczyna rozmowę z kierowcą. Moim oczom ukazuje się Lwów bardzo odległy od tego, co znam ze zdjęć i opowieści starszych krewnych, z których część wychowała się na tych ziemiach. Czytelniku z Polski (bo wiem, że są też zza granicy), jeśli myślisz, że blokowiska w naszym kraju wyglądają tragicznie, to przyjedź tutaj. Ten widok wyciska łzy z oczu, a przynajmniej u mnie.

Starałam się słuchać rozmowy, jednak było w tym widoku coś, co sprawiało, że chciałam patrzeć. Więcej i więcej. Jednym z nielicznych "ulepszeń" w tym widoku była cerkiew, której złote kopuły połyskiwały dumnie w słońcu, rażąc mnie dodatkowo w oczy. 

- A ta cerkiew? Prawosławna czy greckokatolicka? - zapytał się tata, wskazując palcem na świątynię. 
- Prawosławna, prawosławna, proszę pana. 
- A proszę powiedzieć... - mama postanowiła się włączyć do rozmowy.  - ...jak to właściwie było z tą wojną - jak jest właściwie - z tą aneksją Krymu i tak dalej...? 
- Wie pani, mamy kryzys. - kierowca westchnął. - Ci ze wschodu myśleli, że Rosja im pomoże. Było w nich takie "do Rosji, do Rosji", a teraz co - nie do Rosji, bo jest wojna... Poza tym tam dużo Rosjan mieszka... 
Nastaje chwila ciszy. Stajemy po raz kolejny na światłach. 
- ...teraz w sumie też ciężko, bo kryzys. - kontynuuje. - Na Zachodzie trochę jest inaczej, niż na Wschodzie. Bo wiedzą państwo, tutaj mamy inne mentalita*... takie Ewropejskie, nie Sowieckie.
- Przepraszam, co? - przerywamy razem z mamą, niepewne, o co chodzi. 
- Och, przepraszam! - Ukrainiec czuje się wyraźnie nieswojo i od razu poprawia: - Chodziło mi o mentalność, tak? Tak się u Was mówi? 
- Tak - odpowiada szybko mój tato. 
- Nie, zaraz! Pan powie, to słowo, no...! - wyrywam się. - To, co pan powiedział przed chwilą, zanim z mamą Pana poprawiłyśmy...
- Przepraszam, panienko... już zapomniałem. - kierowca stara się pomóc, jak tylko może. 
Opadam na fotel i znów mój wzrok przerzuca się na ulicę; komunistyczne bloczki powoli przechodzą w piękną, acz zniszczoną Starówkę. 
Tata ponownie zajął się zagadywaniem kierowcy; dowiedzieliśmy się, że ludzie teraz kurczowo trzymają się pracy, jemu na szczęście nie jest jeszcze tak ciężko, na utrzymanie rodziny z dziećmi wystarczy... 
Znajdujemy się już blisko centrum; widać piękną Operę Lwowską, właśnie zastawioną drewnianymi domeczkami - można się domyślać, że ma miejsce jakieś wydarzenie, które nieco przypomina mi Jarmark Dominikański z Trójmiasta. 
- Widzę, że... macie jakiś jarmark... - odzywa się ponownie tato, a ja dalej chłonę widoki. 
- Tak. Mówimy na to wernisaż - kierowca wypowiada to z charakterystycznym akcentem. - W Polsce też tak się mówi? 
- Tak, ale u nas to oznacza uroczyste otwarcie wystawy sztuki. - odpowiadam.
I co? Podobne języki? Podobne.
- A gdzie moglibyśmy coś zjeść? - pyta moja mama.
Kierowca od razu wymienia kilka restauracji; wśród nich pada nazwa Amadeusz.
Kilka sekund zajmuje nam dojechanie do hotelu. Wysiadamy, żegnamy się z kierowcą i udajemy się do recepcji. 
Czas znowu przerzucić się na angielski. Recepcjonistki sprawiają dobre wrażenie, dają nam po darmowym jabłku, które są dla mnie niezłą odmianą po wielkiej, suchej bagietce, którą zjadłam w samolocie.

*słowo odtworzyłam gdzieś w odmętach mojej pamięci. Byłabym wdzięczna gdyby ktoś mi powiedział, jak naprawdę po ukraińsku mówi się "mentalność" (i błagam - niech to nie będzie z tłumacza Google!)

*
W pokoju rozstawiamy swoje rzeczy; pomieszczenie sprawia wrażenie całkiem przytulnego. Od razu podchodzę do okna i po chwili dostrzegam, że parapet jest na tyle szeroki, że mogę na nim swobodnie się zmieścić. Gramolę się na niego i widzę uliczkę pełną ludzi, a z budynku na przeciwko spogląda na mnie naturalnej wielkości posąg Adama Mickiewicza.
Spełzam z parapetu i padam na łóżko. 
O Boże, naszła mnie myśl. Ja tu jestem. Nareszcie jestem.
Pewnie pomyślicie, że jestem stuknięta. Większość dzieciaków marzy o wakacjach na plażach Turcji czy Tunezji lub w wielkich miastach, jak Nowy Jork albo Londyn (choć w tym akurat byłam i je uwielbiam). A ja marzyłam, żeby jechać w takie biedne i trochę zapomniane miejsca. Lwów to może nie najlepszy przykład, ale jest to Ukraina - a tu od dawna chciałam przyjechać, jak już mówiłam.
Poza tym, to właśnie w niedalekim Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk) mieszkała część mojej rodziny przed wojną i przez to mam sentyment do tych dwóch miast.

Wracając do historii, od razu wyskakujemy razem z rodzicami na ulicę, przy której znajduje się nasz hotel - Szewską.
Jest już wieczór, a od jabłka trochę minęło. Zresztą, co to za posiłek, takie jabłuszko? No właśnie.
Burczy mi w brzuchu, moim kompanom także.
Udajemy się do wcześniej wspomnianego Amadeusza. Wchodząc do środka, które jest całkiem przytulnie urządzone, mama zwraca się do kelnerki:
- Excuse me, could you recommend us something?
Młoda kobieta, przez chwilę zmieszana, unosi do góry palec wskazujący i mówi:
- Zaraz! - po czym znika za drzwiami od kuchni.
Co się właściwie stało? Patrzymy po sobie, potem na pozostałych klientów. Wszyscy są normalnie obsługiwani...
Za chwilę podchodzi do nas inna kelnerka i sytuacja się powtarza; znów słyszymy wyraźne Zaraz!, po czym niewiasta znika. No to klops.
Prawie wyszliśmy z lokalu, zawiedzeni tym, jak nas potraktowano, a jednak...
Ta sama dziewczyna, co przyszła przed chwilą wróciła z trzema wielkimi zeszytami, które po chwili - dzięki mojej mamie - zyskały miano książek telefonicznych. A czym były? Oczywiście, menu.
- Would you like us to speak English or Polish? - zacnie przejmuję inicjatywę, gdy zasiadamy do stołu.
- Po polsku - pada odpowiedź.
Przeglądamy ów "książkę telefoniczną"; naprawdę trudno znaleźć coś dla siebie w takim nawale dań. Moja mama zaczęła od razu mamrotać, że jak menu jest takie długie, to jedzenie musi być do niczego, gdyż najlepsze restauracje mają bardzo skromną kartę dań. Ja staram się zachować zimną krew.
Po chwili zamawiamy zestaw przystawek, barszcz ukraiński dla taty oraz dwie kaczki dla mnie i mamy.
Niedługo na naszym zamówieniu na stole pojawia się wielka, drewniana decha z drobnymi kawałkami mięsa ozdobionymi rukolą. Plus dwa sosy. O, Boże.Moje oczy powoli wychodzą na wierzch.
Mimo niedogodności, jako potomkowie polskiej szlachty że nie mamy zwyczaju się poddawać, tym razem także działamy w ten sposób. Jemy ile się da, ale po chwili jesteśmy napchani. Ledwie upchnęłam tę tłuściutką kaczuszkę w moim żołądeczku, oj tak...
Zostawiamy rachunek po kolacji i z trudem wychodzimy na zewnątrz, właściwie, to się zataczamy co trzy kroki.
Układam w głowie puzzle z myśli. Wychodzi z nich zdanie: Kiedyś tu zamieszkam. Od razu dzielę się nim z rodziną.
- Żartujesz, prawda? - padają słowa z ust mojego taty.
- Na pewno bym chciała. No wiesz, jak się sytuacja polepszy.
Pytanie tylko - czy kiedykolwiek tak będzie...?
Idąc wtedy ponownie w stronę naszego hotelu, tuż obok Katedry Polskiej, miałam wrażenie, jakbym była tu od dawna. A właściwie, to od zawsze.

To właściwie wszystko na dziś. Mam nadzieję, że szybko uda mi się wstawić pozostałe części:)

horsefan

Szóstka Wron.